Do przemyślenia …

            - WIOSENNY MAJ. Maj to miesiąc kwitnących kasztanów, czas matur, majówek i zakochanych. Maj –choć dobry na miłość – to nie sprzyja małżeństwu i niewiele par decyduje się w tym pięknym miesiącu na sakramentalne „TAK”. Takie dziwne przekonanie towarzyszy nam od wieków. Maj prawie we wszystkich językach nazywa się podobnie i różnie go wspominamy. W czasach szkolnych to radosny przedostatni miesiąc lekcji, ale i maturalne zmagania. W czasie studiów to zbliżająca się sesja egzaminacyjna, a że słońce świeci i słowiki śpiewają – to trudno zakuwać. Mimo wszelkich za i przeciw - maj to jednak miesiąc piękny, zielony i ma być radosny.

            - DRZEWA NA CMENTARZU to temat kontrowersyjny. I coraz ich mniej, bo wystarczy napisać pismo i piły tną. Albo odstawić samowolkę i po sprawie, czyli nawet po pięknym zdrowym drzewie. Na  międzyrzeckich cmentarzach są jeszcze drzewa i krzewy, ale jak długo jeszcze? Cmentarne kamienne pustynie budzą moją grozę i sprzeciw. Ale do kogo apelować o umiar w wycince? Straciłam nadzieję na taką możliwość, jak urzędniczka powiedziała mi, że cmentarz to nie park! Pisałam już o tym wiele razy i ciągle z obawą patrzę, czy ktoś nie uwziął się na „moje” drzewo. I ciekawe, że najbardziej przeszkadzają spadające z drzew liście tym, którzy przychodzą odwiedzać groby bliskich tylko raz w roku! A te ogłowione przez „artystów” kikuty drzew wyglądają koszmarnie. No cóż, jaka firma, tacy artyści.  

            - DOBRE, BO POLSKIE! „Swój do swego po swoje”! Takim hasłem przedwojenni nacjonaliści namawiali „prawdziwych Polaków” do bojkotu żydowskich sklepów. Nie ma już w Polsce żydowskich sklepów, ale hasło nadal jest aktualne. Teraz mamy kupować polskie produkty, bo to ma opanować recesję, utrzymać miejsca pracy i zwiększyć siłę nabywczą tego co polskie, nasze… I co ciekawe – my lubimy zagraniczne samochody i markowe ubrania światowych projektantów mody. Takie marzenia można spełniać kupując auto w serwisach i autokomisach, a sukienki w lumpeksach, w Internecie i na internetowych aukcjach. W dawnej „Jedynce” na krzyżówce pojawił się second hand – to taka zagraniczna nazwa lumpeksu. Tak to brzmi lepiej, z drugiej ręki światowe marki! I żeby nie było, że mi się ta forma handlu nie podoba, bo przecież każdy chce zarobić, ale międzyrzeczanom marzyła się w tym miejscu kawiarenka. Wracając do tematu DOBRE, BO POLSKIE - jak widzę, że polskie jabłka są dwa razy droższe od pomarańczy, a ceny polskich pomidorów malinowych reklamowanych w różnych telewizyjnych stacjach w każdym tygodniu są coraz wyższe - to tracę wiarę w prawdziwość tego hasła. To tylko dwa przykłady, można je mnożyć, ale cena jabłek jest porażająca. Widziałam ogromne sady w południowo – wschodnich regionach naszego kraju i nie tylko tam, widziałam przydrożnych sprzedawców jabłek, którzy oferowali je za grosze, więc dlaczego w sklepach i warzywniakach ceny są takie wysokie? Ja nawet rozumiem, że każdy pośrednik chce zarobić, ale aż tyle? Jak obowiązywały na produkty ceny państwowe, to można było robić zakupy w najbliższym sklepie, a teraz trzeba ganiać po całym mieście, żeby kupić coś taniej. Ta ogólna drożyzna to już problem wszystkich polskich rodzin i strach myśleć, co będzie dalej…

            - BAKOMA. Zostaję przy handlu. Wprawdzie byłam w tym markecie tylko kilka razy, bo dosyć daleko, ale zawsze byłam zadowolona z zakupów. Czysto, przestronnie, miła obsługa, ceny porównywalne, a sery i jogurty doskonałej jakości. I nie mogę zrozumieć, dlaczego mieszkańcy dużego osiedla Piastowskiego w Międzyrzeczu wolą robić zakupy daleko od domu. Pewnie się przyzwyczaili, że tak trzeba. Podobno po otwarciu ceny były o wiele wyższe niż w Biedronce i Netto, ale czas je zweryfikował i jest jak wszędzie. Jeżeli mieszkańcy osiedla będą omijać Bakomę, to właściciel sklep zamknie, a oni znowu będą narzekać, że mają po zakupy daleko …

Izabela Stopyra

redaktor naczelna

 

 

 

 

     ,,Takie tam" - rozmyślania

 

Różne bywają rocznice

zdarzeniom przypisane

jedne przynoszą smutek

inne czcimy szampanem.

 

Tak wiele od nas zależy

gdy chcemy by życie sens miało

kiedy zły los nas dotyka

zależy od nas tak mało.

 

Mówimy NIE złu wszelkiemu

w potrzebie z pomocą spieszymy

gotowi jesteśmy na wszystko

gdy trzeba się łączyć z innymi.

 

Kiedy spokojna codzienność

do wyzwań nas wielkich nie zmusza

już nie ma ciepłych słów

życzliwych gestów

bo nie ma powodu do wzruszeń.

 

Tak wiele od nas zależy

zależy od nas tak mało

może trzeba coś przeżyć

by żyć się naprawdę chciało.

 

              Halina Relich

 

 

 

Święta lubiane i nielubiane

 

Święta religijne wszyscy lubią – wierzący i niewierzący. Z innymi świętami bywało różnie, zwłaszcza że udział w nich był w PRL-u przymusowy, a wszystko co przymusowe, budzi opór. 

 Mam na myśli głównie 1 Maja. Zbiórka w szkole, wymarsz na stadion, gdzie trzeba było wysłuchać przemówienia z chrypiących głośników, następnie przemarsz przez miasto na oczach licznie zgromadzonych na trasie gapiów, potem defilowanie przed trybuną na rynku. Na trybunie stali miejscowi oficjele, m.in. pewien pan, którego życiorys nie był bynajmniej kryształowy, bo okazało się, że ten głośny (dosłownie) działacz społeczny sprzeniewierzył jakieś pieniądze i był potem poszukiwany listem gończym. Znaleziono go gdzieś w Górach świętokrzyskich. A przedtem spowodował, że jeden z naszych kolegów, zanim przyszedł pracować do szkoły, został wyrzucony z zakładu pracy za dowcip o Związku Radzieckim. Rozwiązanie pochodu następowało w okolicy restauracji „Piastowska”, która mogła być otwarta dopiero po pochodzie. Spragnieni jadła i napoju korzystali z tego skwapliwie. Inni – głównie kobiety – biegły do jatki zwanej „Na zamku”, bo tego dnia można było łatwiej coś kupić. Kiedyś to szczęście spotkało i mnie – wróciłam do domu z kilogramem parówek. Ale nie zawsze tak było. Zakłady pracy załatwiały sobie, że w następnych latach one będą zajmowały czołowe miejsca w pochodzie, a szkoły na końcu. Wiadomo, zakłady produkcyjne mają większą siłę przebicia niż szkoły. Na pociechę pozostawał stadion, gdzie sprzedawano kiełbasę z ciężarówki, a w mleczarni wódkę. Niektórzy wspominają te czasy z sentymentem, ja jakoś nie mogę. Uważam że kiełbasę powinno się kupić w sklepie mięsnym codziennie, a nie na święto na stadionie.

            Przypomina mi się, jak w Warszawie w 1956 roku, za moich studenckich czasów, dołączyła do nas tzw. późna repatriantka ze Związku Radzieckiego. Wczesnym rankiem weszła do naszego pokoju w akademiku dziwna istota w jakiejś długiej różowej szacie, na to męska marynarka, na głowie chustka, w ręku duża torba. Istota z innego świata! Okazała się później dziewczyną całkiem do rzeczy i dobrą koleżanką, ale pierwsze wrażenie było wstrząsające. Gdy pytałyśmy ją o życie w ZSRR mówiła, że nie było wcale tak źle, bo na 1Maja był nawet cukier. Nie wiedziała, biedaczka, dlaczego wybuchnęłyśmy śmiechem. Cóż, takie pojęcia jak dobrobyt i nędza są względne.

            1 maja nie kursowały autobusy, część młodzieży nie mogła więc dotrzeć ze swoich wsi do miasta i uczestniczyć w pochodzie. Nie pomagały żadne tłumaczenia, karą było obniżenie stopnia ze sprawowania i odebranie stypendium na jeden miesiąc. My, wychowawcy, nie mogliśmy nic na to poradzić, choć rozumieliśmy tę sytuację. Musiało to być wyraźne polecenie z góry. Szczytem wszystkiego był nakaz uczestnictwa w pochodzie w 1986 roku, bowiem cztery dni wcześniej, 26 kwietnia nastąpił wybuch w elektrowni w Czarnobylu, a skorzystanie z płynu Lugola możliwe było dopiero po pochodzie. Przed wymarszem ze szkoły nasza fizyczka przyniosła z gabinetu licznik Geigera i wszyscy mogli zobaczyć jak on działa i że jest sprawny, bo przedtem uczniowie podejrzewali, że jest zepsuty. Tego lata w ogrodzie moich znajomych pod Warszawą pięknie rozkwitły białe narcyzy, choć były zdziczałe i od kilku lat nie kwitły. Najbardziej ucierpiała Białoruś. Jedną z ofiar tej katastrofy był mieszkający tam mój stryjeczny brat, który zmarł na białaczkę w wieku 40 lat.

            A nasze władze milczały… Dopiero gdy Szwedzi ujawnili katastrofę w Czarnobylu, nie dało się już tego dłużej ukrywać. I dzisiaj jeszcze są ofiary w ludziach. Telewizja podaje, że rosyjscy żołnierze, którzy okopali się w strefie czarnobylskiej, chorują na chorobę popromienną i leczą się na Białorusi. Długo jeszcze będziemy odczuwać skutki tej katastrofy.

            Mówi się, że jeżeli nie możemy czegoś zmienić, to musimy to polubić. Nie udało mi się polubić tego święta, choć razem z kolegami starałam się je przynajmniej „oswoić”, dać mu jakąś sympatyczną otoczkę. W przededniu majowego święta zbieraliśmy się u Hani G. na imieninach, które obchodziła na drugie imię – Katarzyna. A pierwszego, po pochodzie, szliśmy na spacer w kierunku wsi Święty Wojciech i cieszyliśmy się pełnią wiosny – kwitły fiołki, kaczeńce, kumkały żaby… Bywało, że do tego święta dopłacaliśmy – tak, dosłownie, bo z powodu wolnego dnia przepadały lekcje, choć nie z naszej winy, a jeśli ktoś miał nadgodziny, to mu nie płacono. Podobnie obchodzono 22 lipca, chociaż nie dotyczyło to szkół, bo były wakacje.

 

Krystyna Hulecka



 

 

Jubileusz Święta Tańców w Trzcielu

To już 15 lat mieszkańcy gminy podziwiają taneczne popisy swoich pociech. I zawsze to wyjątkowe święto odbywa się w I kwartale roku. Tym razem trzcielscy tancerze świętowali 20 marca, a cała uroczystość odbywała się w Hali Sportowej im. Moniki Michalik

Było więc wygodnie, z rozmachem oraz prawdziwie jubileuszowo. Impreza ma swoją rangę i już sporą historię. A wszystko zaczynało się skromnie, chociaż zawsze kolorowo i radośnie. Początkowo świętowano tańce w sali widowiskowej Centrum Kultury, potem powiększyła się  grupa tancerzy oraz ich fanów, potrzebna więc była większa estrada. Święto Tańców trafiło do tzw. sali miejskiej. Tam przynajmniej przez kilka lat odbywały się te wyjątkowe taneczne imprezy. Miejscem, które szczególnie podkreślało niezwykłość Święta Tańców były Brójce, hala sportowa przy tamtejszej szkole. To miejsce miało specyficzny klimat – swobodę ruchu, dobrą widoczność sceny przygotowywanej na tę okoliczność, bajeczne dekoracje. Było więc kolorowo, radośnie, świątecznie i dla wszystkich było miejsce. Od roku 2020 Święto Tańca ma nowe lokum – trzcielską halę sportową, miejsce, które spełnia oczekiwania tancerzy, ich instruktorki i widzów. Piętnasta edycja święta jest tego świetnym przykładem. Edycje 13 i 14 miały skromniejszy charakter,  ponieważ panowała pandemia i były wprowadzone obostrzenia dotyczące organizacji masowych imprez. Jubileuszowa za to miała wszystkie atuty nadzwyczajnej imprezy. A tak się stało dzięki tancerzom, organizatorom, a zwłaszcza dzięki instruktorce, od początku tej samej. Jest nią Agnieszka Glapka, która pracuje z tancerzami w Trzcielu od 18 lat, od 15 natomiast odbywają się pokazowe imprezy dla widzów, czyli Święta Tańca. Na początku, zafascynowana tańcem, pracowała z dziećmi i młodzieżą szkolną gratisowo. To był jej wolontariat, realizacja marzeń, a także pomoc starszej siostrze. To było w czasach kierowania trzcielską kulturą przez Rafała Kaszubskiego. Agnieszka Glapka dokształcała się w zakresie choreografii, zdobywała taneczne doświadczenia, powiększała swoje umiejętności. Wreszcie dostała angaż i na stałe zagościła w Centrum Kultury. Obecnie Agnieszka pracuje z siedmioma grupami tanecznymi, jest to ponad setka adeptów tanecznej sztuki w przeróżnym wieku i z różnych miejscowości, nie tylko z gminy Trzciel. Centrum Kultury w Trzcielu słynie z wielu imprez i zadań, ale tańce szczególnie je wyróżniają. Na tę sławę zresztą pracują wszyscy zatrudnieni w CK, to jest bardzo zgrany i odpowiedzialny zespół.

Tegoroczna taneczna ceremonia miała niepowtarzalny charakter, bo rocznicowy. Wszystkie miejsca dla widzów były zajęte, rodziny i znajomi, goście zaproszeni, liczni sponsorzy oraz  mieszkańcy miasta  z entuzjazmem oklaskiwali bajeczne, taneczne widowisko. W gronie gości byli: przewodniczący Rady Miejskiej w Trzcielu Jacek Marciniak z żoną Beatą, burmistrz Jarosław Kaczmarek, radni, sołtysi. Imprezę prowadził z niezwykłą werwą Witold „Vito WS” Ostynowicz. A tancerze zaprezentowali wspaniałe układy taneczne, pokazali prawdziwy talent, pasję i miłość do tańca. Do każdego układu tanecznego były inne stroje, barwne i ciekawe, które wykonała Wiesława Oleksyn. A są to prawdziwe dzieła sztuki krawieckiej. Ich autorka od wielu już lat projektuje i szyje je dla trzcielskich artystów. Były też  interesujące rekwizyty, inne dla niemalże wszystkich tańców. W rękach tancerzy pojawiły się parasolki, pluszowe misie, czerwone papierowe serca. Wzruszającym akcentem były w jednym z układów tanecznych stroje w narodowych barwach Ukrainy. Dla wielu tancerzy, zwłaszcza najmłodszych, marcowe występy w Hali Sportowej im. Moniki Michalik były debiutem scenicznym. Dzieci po krótkiej nauce tańca rozbrajająco dobrze sobie radziły w widowisku. Taniec był dla nich radością, czymś wyjątkowym, niezwykłym. I to było widać. Organizatorzy przygotowali dla uczestników XV Święta Tańca sporo niespodzianek i atrakcji. Każdy tancerz otrzymał dyplom okolicznościowy, kubek jubileuszowy oraz medal pamiątkowy. Dla wszystkich był smakowity tort autorstwa Elżbiety Florczyk i dodatkowe występy zaproszonych artystów. Przed trzcielską publicznością wystąpili: choreograf i tancerz z Warszawy – Paweł Zając i zespół „Tulinki”. Zatańczyła również solowy taniec Maja Sadowska. Fotobudka oraz strzelające confetti dostarczyły mnóstwa wrażeń młodym tancerzom.       Impreza była bardzo udana, a jej świąteczny charakter podkreślał udział tancerzy. Było ich ponad stu. Organizacja tak wspaniałego, urozmaiconego, bogatego w atrakcje widowiska wymagała potężnej, wielorakiej pracy, a także sporych nakładów finansowych. Wszystko jednak się udało dzięki działaniom rodziców tancerzy, sponsorom, wolontariuszom, pracownikom Centrum Kultury w Trzcielu z dyrektor Anną Struzik na czele.

Ja oglądałam prawie wszystkie „Święta Tańców”, ale w pamięci zostało mi szczególne widowisko. Było to wówczas V Święto Tańca – Agnieszka, jeszcze wtedy Białowąs, zaprezentowała piękny solowy taniec. Było to zjawiskowe.

Jadwiga Szylar

 

 

 

 

 

Przed VI Spotkaniami

Kameralnymi Międzyrzecz - 2022

 

Jak co roku wre praca nad organizacją kolejnych Spotkań Kameralnych Międzyrzecz 2022. Koncerty odbywają się w Państwowej Szkole Muzycznej, gdzie całkiem niedawno wyremontowano salę. Niewątpliwie najważniejszym atutem tej placówki jest znakomity instrument. Pianiści zawsze chętnie grają na fortepianie klasycznym.  

 

Trochę historii

 

W ciągu minionych 5 lat przez Międzyrzecz przewinęło się kilkoro ciekawych artystów. Bardzo młodzi instrumentaliści, których jeszcze niedawno wspieraliśmy w konkursach skrzypcowych i pianistycznych, a także śpiewacy, którzy byli laureatami polskich Fryderyków, europejskiego „Złotego Orfeusza”, wreszcie nominowanych do Nagrody Grammy. Przed publicznością Międzyrzecza wystąpiły dwie znakomite skrzypaczki Celina Kotz i Amelia Maszońska, pianiści Piotr Szychowski, Maciej Gański, Szymon Musioł i Mischa Kozłowski, wreszcie śpiewacy tej miary, co Maria Domżał, Aleksandra Borkiewicz, Michał Janicki i Jarosław Bręk. Paradoksem Polski jest fakt, iż niewiele wiemy o dokonaniach polskich artystów, którzy dziś osiągają szczyty światowych estrad. A szkoda, bo są ambasadorami naszego kraju i to z najwyższej półki. Niczym kopalnia diamentów.      

 

Inter arma silent musae

 

Szczegółową informację o festiwalu napiszę w czerwcu, gdyż sytuacja jest dziś wyjątkowo dynamiczna. Wojna w Ukrainie, jak i kłopoty przedsiębiorców w kraju zmusiły nas do weryfikacji wielu planów. Najważniejsze, że festiwal zabrzmi oraz nie obniży swego poziomu. A skoro jestem przy promocji kultury w tak trudnym czasie, to pozwolę sobie przytoczyć wspomnienie moich najbliższych z czasów Powstania Warszawskiego. Byli oni świadkami koncertów takich artystów jak Jan Ekier, Witold Lutosławski czy Andrzej Panufnik. A przecież takich koncertów z wykonaniu innych mistrzów fortepianu czy skrzypiec było dużo. Ja wiem, że wojna niszczy kulturę, jednak kultura, obok nauki, to jedyne, co po nas zostaje i o co toczymy wojny, gdy agresor próbuje nas tego dziedzictwa pozbyć.  

 

Dumna historia polskiej kultury

 

Idea koncertów wzięła się z potrzeby zaprezentowania wybitnych polskich artystów w miejscach dalekich od centrów kulturalnych. Nie ukrywam, że fakt, iż Międzyrzecz ma swoją szkołę muzyczną jest wielkim atutem. To w tej placówce rośnie kadra przyszłych wielkich skrzypków, pianistów, wiolonczelistów, a nawet jeśli niewielu sięgnie gwiazd, to tu wykuwają słuchacze najwyższej klasy. Co ciekawe, niewielu Polaków zna nazwiska naszych genialnych artystów, którzy zdobywali najlepsze sceny świata: Józef Hoffman, Jan i Edward Reszke, Tadeusz Bawół, Adam Didur i wielu innych. Także wśród dyrygentów mieliśmy Artura Rodzińskiego, Emila Młynarskiego, Leopolda Stokowskiego, Grzegorza Fitelberga. Na przestrzeni ostatnich 300 lat nasza historia tak się potoczyła, że jakoś nigdy nie potrafiliśmy docenić genialnych rodaków, a w okresie zaborów kojarzono ich z ojczyzną agresora. Tych także wydobywamy z kart zapomnianej historii: Nowakowski, Jarecki, Zarębski, Mirecki i wielu innych.

 

Na koniec pozwolę sobie przypomnieć, że wszystkie koncerty odbędą się w Państwowej Szkole Muzycznej, os. Centrum 10. Już dziś zapraszamy.     

 

   Wiesław Pietruszak

 

 

 

 

 

 

 

Poznański koncert z międzyrzeckim rodowodem

 

11 maja o godzinie 18:00, w Auli Nova, sali koncertowej Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu odbędzie się koncert monograficzny międzyrzeczanki Aliny Kubik, która pomimo pracy poza rodzinnym miastem, z sentymentem do niego wraca. Tym razem kompozytorka zaprasza krajan na swój koncert w Poznaniu. Wykonawcami będą wykładowcy oraz studenci poznańskiej Akademii, m. in. z klasy altówki prof. Marcina Murawskiego. Wśród występujących jest m. in. Julia Mróz, wokalistka, zwyciężczyni jednego z odcinków „Szansy na sukces” oraz uczestniczka programu „The Voice of Poland”. Wykonanie zaprezentuje również zdobywca tegorocznego Fryderyka (Zespół wokalny Partes) w kategorii Muzyka chóralna, Bartosz Gorzkowski. Podczas koncertu swoją premierę będą miały kompozycje wokalne, które są efektem współpracy trzech pochodzących z Międzyrzecza osób. Autorem tekstu jest Michał Wieczorek (na zdjęciu), którego rodzina związana była z Międzyrzeczem i Obrzycami od czerwca 1945 roku. Muzykę do wierszy napisała Alina Kubik, a Chór Kameralny Akademii Lubrańskiego poprowadzi jego dyrygent, również międzyrzeczanin Kasjan Drogosz, absolwent Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu.

Wydarzenie zorganizowane jest w ramach VI Międzynarodowego Forum Altówkowego i zapowiadać będzie premierę monograficznej płyty Aliny Kubik. Program koncertu dostępny będzie na stronie poznańskiej Akademii.

 

Alina Kubik

 

 

Krystian PAWLAK

- Tanecznym krokiem iść przez życie

 

Studio Tańca Gold zachwyca nas od 10 lat. Jesteśmy wdzięczni artystom za to, że dostarczają nam emocji. Podczas jubileuszowej gali mogliśmy zobaczyć premierowe choreografie. Mieliśmy także okazję do wspomnień i refleksji, za co należą się ogromne podziękowania Krystianowi Pawlakowi za przypomnienie choreografii NA ORBICIE. Dokonał czegoś niesamowitego, wzruszającego, wspaniałego. Krystian jest absolwentem Studia Tańca Gold. Rozpoczął nowy rozdział w dorosłym życiu, ale znalazł czas na przygotowanie tego niesamowitego występu. Po koncercie miałam okazję podziękować mu za ten wspaniały gest.

 

- Krystian, bardzo dziękuję, że znalazłeś czas na rozmowę ze mną. Spotykamy się po jubileuszowych koncertach Studia Tańca Gold. Wasze występy to niesamowita, energetyczna i emocjonalna przygoda z tańcem. Tak było i tym razem. Dzięki tobie publiczność miała okazję odświeżyć wspomnienia… Dla mnie, jako widza, przedstawienie było wspaniałe. Przyznaję, że łza zakręciła mi się w oku. Dlaczego zdecydowałeś się przypomnieć układ NA ORBICIE?

- Dziękuję za miłe słowa. Taniec powinien wzruszać i nie powinien pozostawiać widza obojętnym. Mam nadzieję, że wszystkim się podobało. Dlaczego NA ORBICIE? Wróciliśmy z choreografią po dziesięciu latach (w „konspiracyjnym” porozumieniu z p. Eweliną Izydorczyk – Lewy) na deski Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury, aby wzruszyć panią Wiolettę i przy okazji ciebie. Postanowiliśmy powtórzyć układ na gali urodzinowej, aby przypomnieć początki Studia Tańca Gold. 

 

- Pamiętasz swój początek?

- Oczywiście. Moja przygoda z Goldem rozpoczęła się we wrześniu 2012 roku, czyli od momentu powstania. Na pierwszym spotkaniu poznaliśmy p. Wiolettę Robak – Gabarkiewicz (założycielka Studia Tańca Gold, tancerka, pedagog, choreograf, sędzia, trener – przyp. R.D.), która podzieliła nas na grupy i zaprosiła na piątkowe dni. Na pierwszej próbie zaczynaliśmy od akrobatyki i gimnastyki. I oczywiście przyszedł czas na naukę pierwszego tańca NA ORBICIE. Po 2 miesiącach prób odbył się koncert dla mieszkańców Międzyrzecza. Ten układ wszystkim się spodobał. Potem były Mistrzostwa Polski, liczne festiwale, na których Gold błyszczał. 

 

- Zasłużyliście na to. Jak wspominasz swój pobyt w zespole?

- W ciągu tych lat poznałem wielu kolegów i koleżanek. Z niektórymi spotykam się do dziś. Mieliśmy ciekawe pomysły, nigdy się nie nudziliśmy. Było sympatycznie, miło, czasem ciężko, czasem zabawnie. Bardzo dziękuję wszystkim za te wspaniałe chwile.

 

- Taniec łączy ludzi. Pamiętam, że byliście bardzo zżyci, przyjaźniliście się…

- Zgadza się. Grupa taneczna to dla mnie niemal jak rodzina. Spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie, byliśmy ze sobą na dobre i złe. Wiem, że wśród obecnych członków Goldu jest tak samo.

 

- Czym jest dla ciebie taniec?

- Taniec to pasja. Dla mnie jest prawdą, środkiem do przekazywania myśli i uczuć. To oderwanie się od rzeczywistości. W tańcu jest się sobą i to dla mnie bardzo cenne. Taniec daje mi mnóstwo radości, nauczył dyscypliny, wytrwałości, pokory, odporności na stres i zmęczenie, współpracy, odpowiedzialności. To kształtuje charakter i przydaje się w codziennym życiu.

 

- Chciałbyś znowu tańczyć w Goldzie, gdyby pojawiła się taka możliwość?

- Tak. To wspaniała formacja. Zachęcam wszystkich, którzy chcą tańczyć, by dołączyli do Studia Tańca Gold.

 

- Gdzie widzisz się w przyszłości?

- Mam nadzieję, że uda mi się żyć z tańca. Moim marzeniem jest robić coś związanego z kulturą, sztuką i rozwijać się jako tancerz. Chciałbym tanecznym krokiem iść przez życie.

 

Tego ci życzę! Mam nadzieję, że jeszcze nie raz nas zaskoczysz. Dziękuję za rozmowę.

 

Renata Dyla

 

 

 

Nagrodzeni za wrażliwość

 

W ratuszu podsumowano konkurs, którego celem jest promocja adopcji bezpańskich kotów i psów z naszej gminy, przebywających obecnie w schronisku w Młodolinie.

Konkurs odbył się z inicjatywy Ireny Buzarewicz, która od lat pomaga bezpańskim zwierzakom i kieruje Fundacją Cztery Łapki. (O konkursie pisaliśmy w kwietniowym numerze- przyp.red.). Pomysł  bardzo spodobał się burmistrzowi Remigiuszowi Lorenzowi, który objął wydarzenie swoim patronatem i ufundował nagrody dla autorów najładniejszych prac . Uczestnicy na zdjęciu na okładce.

- Nie spodziewaliśmy się aż tak dużego zainteresowania. Wpłynęło sto prac, których autorami są uczniowie naszej gminy – komentował burmistrz. Burmistrz podziękował i pogratulował uczestnikom wrażliwości na los bezpańskich zwierzaków, kreatywności i zdolności plastycznych.

Jurorki - Irena Buzarewicz, Sylwia Najderek i Katarzyna Ejsmont nie miały łatwego zadania. Po drugiej naradzie pierwsze miejsce przyznały Hannie Czyż z klasy VB z SP3, drugie Oli Topolskiej z klasy VIA z SP3, a trzecie Hubertowi Forszt z klasy VIIA z SP1.

Komisja postanowiła wyróżnić też 20 innych prac, których autorami są: Julia Chamarczuk (SP 1), Aleksandra Szynal (SP 3), Wojtek Kozanecki (SP 3), Maciej Waltrowski (SP 3), Kacper Puławski (SP 3), Oliwia Kwiatkowska (SP 3), Roksana Hałuszczak (SP 3), Gabryela Nędzi (SP Kaława), Julia Olbrych (SP 1), Wojciech Rożek (SP 3), Milena Retkiewicz (SP Kaława), Nadia Brylewska (SP 2), Liliana Przyrodzka (SP 1), Wojtek Ginowicz (SP Kaława), Kesja Kędrak (SP 3), Nikodem Moraczyński (SP 1), Pola Markiewicz (SP 1), Szymon Kozłowski (SP 3), Dorota Prymas (SP Kaława), Kinga Mikołajska (SP 1).

 

Burmistrz podziękował pomysłodawczyni konkursu. Dziękuję pani za wielkie serce dla zwierząt – mówił wręczając Irenie Buzarewicz list gratulacyjny. 

 

Dariusz Brożek

 

 

Międzyrzeckie bieliki

 

            Bielik, najprawdopodobniej nasz ptak herbowy, jest największym europejskim orłem i wg ornitologów jest podobno czwartym pod względem wielkości ptakiem drapieżnym na świecie. Osiąga długość ciała od 66 do 94 cm i rozpiętość skrzydeł od 178 do 245 cm. Samice są większe od samców. Bieliki  należą do rodziny jastrzębiowatych i objęte są ścisłą ochroną we wszystkich państwach.

 

            Mirosław Pluciński z Międzyrzecza obserwuje od wielu lat przyrodę, robi piękne zdjęcia ptaków i zwierząt, które można spotkać w naszych lasach.

 

- Co wyjątkowego „upolował” pan swoim obiektywem?

- Wokół nas są piękne tereny, bogate w lasy, jeziora, faunę i florę. Tam dopiero toczy się życie,

 czasem brutalne, tajemnicze, ale bardzo ciekawe. Raj dla miłośników przyrody. Moje wszystkie zdjęcia pokazują piękno przyrody, a na swojej drodze często spotykam starszych ludzi i poznaję historię ich życia.

 

- Nie pytam gdzie, bo to tajemnica każdego przyrodnika, ale czy to prawda, że u nas są bieliki?

- Tak, są. Są wszędzie tam, gdzie jest woda i ryby, główne pożywienie bielików. Bieliki to ptaki

osiadłe, ale część populacji jest wędrowna. Nasze w większości tu zimują, bo i zimą je widzę. Jak zimą lód skuje jeziora i stawy, i nie mogą polować na  ryby, to muszą szukać innego pożywienia. Polują na różne zwierzęta mniejsze i większe, na ptaki też, ale boją się kruków, które potrafią skutecznie je przegonić.

 

- Co pana najbardziej intryguje w tych drapieżnikach?

- Chyba sposób zdobywania pożywienia. Siedzą sobie w koronach drzew, wypatrują ryb i w

odpowiednim momencie atakują koszącym lotem ofiarę, a potem z rybą w pazurach wracają do gniazda, aby kawałkami mięsa nakarmić potomstwo. Na pokarm czeka 1 – 3 piskląt. Bardzo ciekawe są ich podniebne igraszki w czasie godów – wtedy można podejść do nich kiedy siedzą w koronach drzew na 100 -150 metrów i robić fantastyczne zdjęcia.

 

- Jakie muszą mieć warunki do życia i czy jest szansa na powiększenie rodziny bielików?

- Bieliki budują wielkie gniazda na wysokich starych sosnach, często na platformach, które budują  im

przyrodnicy. To gniazda jednorodzinne, bo bieliki przywiązują się do swoich miejsc.

 

- Panie Mirku, co pan ma w swoich zbiorach?

- Fotografowanie to moja pasja. „Poluję” z obiektywem nie tylko na ptaki, ale na zwierzęta i ciekawe

krajobrazy zmieniające się z porami roku. Przyroda jest piękna i ciągle mnie fascynuje.

 

Dziękuję. Panie Mirku, mam nadzieję, że będziemy w kontakcie, bo tyle ciekawych tematów przed nami.

 

Izabela Stopyra



 

 

Mój Oman … cz. II

 

   Po pobycie na pustyni myślałam, że nic mnie już tak nie wzruszy, jak widok tego bezkresu z maleńkim człowieczkiem w tle... Pomyliłam się, bo Oman to góry i pustynia, ale także Karaiby Orientu.

 

         Wycieczka rozpoczęła się rano, ale nie świtem, więc mogliśmy delektować się pysznym śniadaniem. Uwielbiałam naszą restaurację, której atmosferę tworzą turyści z całego świata - różne języki, różne kolory skóry, ale uśmiechy zawsze serdeczne i szczere. Odebraliśmy nasze lancz box i wsiadamy do dobrze nam już znanych, białych jeppów, by wyruszyć w kolejną, fascynującą podróż. Karaiby Orientu to zupełnie inne oblicze Omanu. Jeppy mkną szeroką drogą omijając centrum Salala, ale nawet stąd widać charakterystyczne dla tego miasta zabudowania i wielbłądy, które niczym królowie przechadzają się wolno i majestatycznie poboczami dróg. Tak jak wszystko co żyje, tak i one żyją swoim rytmem, który musi jednak być zauważony przez wszystkich. W pewnym momencie auta zjeżdżają trochę w dół i w lewo skręcając zatrzymują się. Wyszliśmy z tych klimatyzowanych samochodów i czujemy uderzenie gorąca. Naszym oczom ukazuje się piękne szmaragdowe jeziorko otoczone skałami, roślinami i cudownymi widokami. Nie możemy przestać zachwycać się tym cudem przyrody. Siadamy na jednym z murków, by z bliska dojrzeć ten szmaragd wody i pływające ryby. Ruszamy dalej. Kierując się w stronę wybrzeża przejeżdżamy krętą drogą otoczoną skalistymi zboczami, po których spacerują sobie wszechobecne wielbłądy. Przed wielkimi plażami mamy jeszcze tylko jeden przystanek - to urocza knajpka,w której nie tylko można coś przekąsić, ale i poczuć tę niesamowitą atmosferę. Wchodzimy do środka, jeden z naszych ulubionych kierowców włącza przebój tej omańskiej przygody -Mój jest ten kawałek podłogi … tak, tak to nie moja pomyłka, nasz wspaniały driver śpiewa i tańczy w rytm tej polskiej piosenki. Nagle, zanim się spostrzegłam, porywa mnie do tańca i kręcimy kółka w restauracyjnym korytarzu. Cudowne chwile... patrzę przed siebie, a tam widok lazurowego Morza Arabskiego i tych skał … uśmiechnięty kelner podaje nam lody o smaku, jakiego nie znałam wcześniej. Za chwilę okaże się, że to Algierczyk. Ucieszyłam się, że mogę pogadać … Ruszamy dalej, by już za chwilę znowu jechać pod górę stromym zboczem. Kolejny postój. Wspinamy się trochę, by mimo upału dotrzeć do miejsca skąd widać ukrytą zatokę. Jej szmaragdowy kolor kontrastuje z szarymi skałami. Jest cudownie. Mówią, że nie ma już dzikich plaż, ale dzięki dbałości sułtana o piękno Omanu, mogłam zobaczyć prawdziwe, dzikie plaże. Na jednej z nich odpoczywamy. Piasek niezwykle drobny i gorący, ale kierowcy dbają o swoich gości, więc wiozą nie tylko nas, ale i picie, ręczniki, a nawet parasole żebyśmy się nie spalili. Temperatura +35 stopni, indeks uv 12. Leżymy na tej odludnej plaży, kąpiemy się w wodzie w temperaturze +25 stopni. Patrząc na te cuda natury, żyjemy tylko tą chwilą, przepełnieni zachwytem i wdzięcznością.

   Wracamy późnym popołudniem do naszego kurortu. Kolejny dzień to dzień wypoczynku. Leżymy leniwie na brzegu bezkresnego Morza Arabskiego, popijając zimne napoje. Ogarnia mnie smutek na myśl, że nasz pobyt w tym niezwykłym kraju dobiega końca. Wiem, że tu wrócę, ale póki co, zabawa trwa nadal. Ciepły wieczór, który pozwala nam rozkoszować się otaczającym nas światem, daje nadzieję.

Ranek budzi nas słońcem, wstajemy w cudownych nastrojach, choć musimy się sprężyć, bo o 9 rano wypływamy na spotkanie z delfinami. Śniadanie jemy trochę w pośpiechu i ruszamy. Płyniemy z portu położonego nie bardzo daleko od naszego hotelu. Widzimy piaszczyste plaże i jakiś hotel, ale większość okolicznych plaż jest nadal dzika i pusta. Co chwilę z wody wyskakują delfiny, które pokazują się turystom,  by po chwili zniknąć w głębi wody. Są momenty, że cale stada bawią się w berka lub chowanego. Raz się pokazują by za chwilę zniknąć… Płyniemy sobie spokojnie i z ciekawością obserwujemy te cuda przyrody. Wracamy do hotelu, by chwilę odetchnąć i ruszyć w ostatnią już podróż. Późnym popołudniem, wyjątkowo autokarem, wyjeżdżamy do centrum Salala, by zobaczyć ekskluzywną arabską galerię Gardens Mall. Jakże zupełnie inne centrum handlowe niż te, które znamy. Sklepy ekskluzywne, głównie ze znanymi na całym świecie kosmetykami, choć są w nich też nieznane nam, ale bardzo drogie perfumy arabskie. Z bliskich nam sklepów możemy wejść do Carrefoura, zjeść w Costa Coffe czy Mc Donaldzie. Przed wszystkimi sklepami stoją sprzedawcy, którzy z uśmiechem zachęcają do wejścia. Czystość na szóstkę, obsługa przemiła. Taka niby zwykła, ale jednocześnie w swej atmosferze niezwykła galeria. Usiedliśmy w jednej z knajpek, aby napić się czegoś zimnego, bo mimo klimatyzacji nasz organizm czuje to gorąco. Zakupów zrobiliśmy mało, parę pamiątek i to wszystko. Wieczorem wracamy do hotelu, by odpocząć i spakować się, bo jutro świtem żegnamy gościnny Oman. Po kolacji leżąc na leżakach przy basenie, patrzyliśmy z zachwytem na to nasze małe, wielkie odkrycie.

          Zakochaliśmy się w Omanie i jego gospodarzach. Mimo dzielących nas różnic kulturowych, językowych i klimatycznych, czuliśmy się tutaj swojsko, odpoczywaliśmy wśród cudów przyrody i śmialiśmy się tak szczerze, jak Omańczycy. Musimy wracać do rzeczywistości, od której jeszcze nie raz „uciekniemy” do naszego Omanu.

                                                                                                             Mariola Solecka

 

 

Wyprawa pełna wrażeń

– uczniowie Dwójki na wycieczce w Suntago

 

Wprawdzie zima już odeszła, ale wiosna jeszcze nie chce rozgościć się u nas na dobre, a do lata wciąż daleko...

Stęsknieni za letnim wypoczynkiem uczniowie Szkoły Podstawowej nr 2 w Międzyrzeczu postanowili zaznać przygody w iście tropikalnej strefie i wybrali się do Parku Wodnego Suntago we Wręczy.

Cóż to była za wycieczka!

Najpierw relaks wśród palm przy 32 stopniach Celsjusza... Baseny na zewnątrz, jacuzzi, plaża, rwąca rzeka, niosąca ku przygodzie fala...

Później zaś nieokiełznane szaleństwo w strefie Jamango – czyli na zjeżdżalniach. W błędzie jest ten, kto myśli, że były to zwyczajne zjeżdżalnie – o, nie! Każda z nich niosła w nieznane i gwarantowała niezapomniane przeżycia! Kto zaryzykował, przekonał się, że do odważnych świat należy!

Teraz wypoczęci i wzbogaceni o te doświadczenia zabieramy się do dalszej pracy – w oczekiwaniu na zasłużone wakacje.

 

Aleksandra Biela

 

Kącik Twórczy - SP2

Świat zwierząt

 

Nie tak dawno temu żyło sobie rodzeństwo - ośmioletni Bartek i jego młodsza siostra Ola.

Pewnego razu, gdy byli na feriach u swojej babci, która mieszkała niedaleko lasu i pięknych, zielonych łąk, zobaczyli na podwórku dziadków małego, białego pieska. Poszli więc za nim, myśląc, że uda im się go złapać. Niestety, pogoń za pieskiem nie udała się, jednak nagle znaleźli się w dużym, ciemnym, gęstym lesie. Przed sobą zobaczyli portal... Weszli do niego i co się okazało? - że po drugiej stronie był świat zwierząt. Ta kraina była ogromna, kolorowa i mieszkały tam wszystkie zwierzęta świata.

- Witajcie - powiedziała kura.

- Ty mówisz? – spytał Bartek.

- Tak, tu każde, ko-ko, zwierzę mówi - odpowiedziała kura.

- Co to za kraina? - dopytywała ciekawa Ola.

- To kraina, ko-ko… zwierząt.

- Ale fajnie!!! - wykrzyknął Bartek.

- Ja mam na imię Jola – gdakała kura.

- A ja Ola, a to mój brat Bartek - powiedziała dziewczynka.

- Miło było was poznać, ale niestety, mam robotę w kurniku, ko-ko, więc muszę lecieć. Pa, pa – i kura odfrunęła.

Nagle przybiegł pies, którego wcześniej goniło rodzeństwo.

- Hau, hau, to ja, ten, którego ścigaliście w innym świecie. Jestem Burek.

- Aaa, to ty! Przepraszamy, że cię łapaliśmy, ale chcieliśmy cię tylko pogłaskać - tłumaczyło się rodzeństwo.

- Nic się nie stało, dla mnie to była superzabawa – mówił piesek.

- A możemy jeszcze pobiegać i pobawić się razem z tobą? – pytały dzieci.

- No pewnie. W co się bawimy? – spytał piesek.

- Pobawmy się w berka, co? - krzyknęła Ola.

- Jej!!!!- wykrzyczeli razem.

Minęło parę godzin, które spędzili, świetnie się bawiąc. W końcu Bartek poczuł ogromny głód.

Przypomniał sobie o obiedzie.

- Ola, musimy wracać do domu. Babcia i dziadek powiedzieli, że musimy być w domu o 13:00, a jest za dziesięć.

- Och, nie! – krzyknęła Ola. – Szybko, szybko, idziemy.

Podziękowali pieskowi za zabawę, pożegnali się ze zwierzętami i obiecali, że jeszcze tu wrócą.

Udali się do teleportu i już po chwili były w domu dziadków...

 

Tymon Młynarczyk

 

 

TRADYCYJNA I NOWOCZESNA

9 kwietnia 2022 r. członkinie Koła Gospodyń Wiejskich z Brójec wzięły udział w konferencji i warsztatach „Tradycyjna i Nowoczesna”, które odbyły się w Świebodzinie. Organizatorem było stowarzyszenie Tworzec EGO CREO i Świebodzińskie Koło Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych. Prezes stowarzyszenia Jolanta Starzewska wysoko postawiła sobie poprzeczkę i przygotowała bardzo ambitny program, który bardzo podobał się uczestnikom. W programie był wykład „Aktywność po izolacji”, prezentacja „Sztuka ludowa w wystroju wnętrz”, warsztaty przygotowania palm i stroików, degustacja potraw wielkanocnych. Miłą niespodzianką był występ zespołu cygańskiego RomaniDance z Gorzowa Wlkp. na czele z Anną Dębicką.

 Spotkanie zostało zorganizowane dzięki środkom pozyskanym przez stowarzyszenie z PROW. Dziękujemy za zaproszenie i wspaniałą atmosferę.

Halina Pilipczuk

 

 

 

PZLA Mistrzostwa Polski w biegu na 10000 m

      

W sobotę 23 kwietnia na stadionie im. dra Adama Szantruczka w Międzyrzeczu odbyły się MP w biegu na 10000 m. Od dłuższego czasu trwały przygotowania do tej imprezy. Już samo dojście do stadionu wskazywało, że odbywa się tam duża impreza. Masa samochodów z rejestracjami całego kraju. W szkołach przy stadionie dzieci miały nie tylko sportowe zabawy. Było to dobre posunięcie pań dyrektorek SP 1 i SP 2.  Jeśli chodzi o bieg  w ramach MP.  Dystans ten został wyodrębniony z mistrzostw ogólnych w lekkiej atletyce ze względu na czas trwania imprezy. W sumie odbyło się 5 biegów, każdy trwał powyżej 30 minut, a z przygotowaniami, startem i zakończeniem biegów to godzinę. Kiedy i gdzie odbywałyby się inne konkurencje. Dlaczego 5 biegów? Dwa biegi kobiet i trzy mężczyzn, w których startowało po 20-25 zawodniczek lub  zawodników. We wszystkich przypadkach nie było losowania, a brane były czasy dotychczasowej kariery. Oprócz zawodników tłumnie do Międzyrzecza zjechali działacze różnych szczebli i trenerzy. W większości po raz pierwszy zawitali na gościnną Ziemię Międzyrzecką. Gościnność podkreślali na każdym kroku. i to nie tylko zwycięzcy. Jeszcze przed oficjalnym otwarciem imprezy odbyły się 2 biegi, jeden mężczyzn i 1 kobiet. Wszyscy podkreślali idealne warunki atmosferyczne na tego typu biegu. Pomimo że zwycięzca i kolejni zawodnicy poprawiali swoje najlepsze życiowe rezultaty, nie wystarczyło to do zajęcia wysokiego miejsca w całości zawodów. Z kronikarskiego obowiązku podam, że zwyciężył Krzysztof Tschirch - KRT Jelenia Góra z czasem 31min.19,37 sek. W biegu kobiet zwyciężyła Iwona Wicha z klubu KS PREFBE Łomża czasem 36,50,97, który też nie plasował jej całościowo na wysokim miejscu. Zanim nastąpiło oficjalne otwarcie imprezy licznej publiczności zademonstrowali swoje bardzo ciekawe pokazy członkowie Studia Tańca GOLD pod fachowym okiem Wioletty Robak- Gabarkiewicz i Zespół TRANS z instruktorką Anną Bubnowską. Najwięcej braw otrzymały 6- latki ze Studia Gold.

 

 Czas na przemówienia i pochwały. Wiceprezes PZLA Zbigniew Polakowski pochwalił przygotowanie obiektu do zawodów i bardzo dobre przygotowanie organizacyjne. Zaznaczył, że bardzo dawno nie widział takiego zaangażowania wszystkich związanych z organizacją, a  stadion to taka perełka wśród tej wielkości obiektów. Burmistrz Międzyrzecza podziękował władzom PZLA za przyznanie zawodów rangi mistrzowskiej naszemu miastu i wszystkim, którzy przyczynili się do zrealizowania tej imprezy, w głównej mierze sponsorom. Prezes Okręgowego Związku LA Robert Paluch chwalił władze centralne i Międzyrzecza licząc, że to początek inwazji lekkiej atletyki na Ziemi Lubuskiej. Na koniec Bogusław Wontor - szef Wojewódzkiej Federacji Sportu też zachwalał wszystko i wszystkich. Panowie Polakowski i Lorenz wypowiedzieli formułkę rozpoczynającą zawody sportowe i otwarcie stało się faktem. Czego mi zabrakło? Zabrakło mi hymnu Polski, ale może w przyszłości usłyszę.

 Jedno jest pewne – w sobotę 23 kwietnia 2022 r stolicą Polski biegów długodystansowych był Międzyrzecz. Zgodnie z harmonogramem - bieg mężczyzn serii B. Od samego początku widać było, że czas tego biegu będzie wyraźnie lepszy od tego w poprzedniej serii. Tak też się okazało. Zwycięzca Krzysztof Żegienda reprezentujący klub AZS Poznań ustanowił nowy rekord życiowy czasem 30 min 37,37 sek., który w ogólnym rozrachunku dał mu miejsce w 2 dziesiątce. Tym sposobem dotarliśmy do najważniejszych biegów kobiet i mężczyzn. Kobiety narzucają duże tempo. Początkowo utworzyła się 10 -osobowa czołówka, ale po przebiegnięciu kilku okrążeń zostało 6 zawodniczek. Już wtedy widać było, że nie wszystkie wytrzymają tempo. Tak też się stało. Do przodu wysforowała się Aleksandra Lisowska i na mecie miała ponad 100- metrową przewagę. Czas tego biegu był tak dobry, że wszystkie trzy zawodniczki stanęły na podium Mistrzostw Polski. Czas A. Lisowskiej to 32 min 55,07 sek. Czas ten jest gorszy od rekordu Polski o ponad minutę, z tym że w zawodach o MP biegnie się na miejsca, a nie na bicie rekordów. Tytuł Mistrzyni Polski w kategorii U23 wywalczyła Julia Koralewska z AZS AWFiS Gdańsk, która w tym biegu zajęła 6 miejsce. Po 15 minutach nastąpił start do najważniejszego biegu mężczyzn. Bieg miał jednego faworyta Krystiana Zalewskiego, który już 3 razy był Mistrzem Polski na tym dystansie, ale wiemy jak często faworyci zawodzą. Od samego początku utworzyła się 3- osobowa czołówka z faworytem. Na kilka okrążeń przed metą Zalewski z łatwością pozostawił za sobą rywali i postanowił sam dobiec do mety. Tak się stało i z czasem 28:46.47 jako jeden z nielicznych nie poprawił życiówki. Gdyby wcześniej „oderwał” się od współprowadzących, to szansa była. Czas Zalewskiego też jest o ponad minutę gorszy od rekordu Polski, który należy do Jerzego Kowala i ma już 44 lata, a do rekordu świata to brakuje niecałe 3 minuty. Wszyscy trzej zawodnicy z tego biegu zostali medalistami Mistrzostw Polski. Czwarty w biegu Adam Kołodziej z czasem 29:33.68 zdobył złoty medal MP w kategorii U23. Jeszcze przed dekoracją ponownie pokazały się w układach tanecznych członkowie zespołu Trans.

 I przy zapalonych lampach nastąpiły dekoracje zwycięzców. W grupie kobiet zwycięstwo i złoty medal zdobyła Aleksandra Lisowska z KS AZS UWM Olsztyn, której trenerem jest Jacek Włosiek. Jest to 2 złoty medal na tym dystansie sympatycznej zawodniczki (poprzedni w 2019 r). 2 miejsce i srebrny medal zawisł na szyi Beaty Topla z ULKS Talex Borzytuchom woj. pomorskie, na trzecim stopniu podium z brązowym medalem  stanęła Weronika Lizakowska z KUKS Kościerzyna. Jak już wcześniej wspominałem złoty medal i tytuł Mistrza Polski w biegu na 10000 m zdobył Krystian Zalewski z UKS Barnim Goleniów, którego trenerem jest Jacek Kostrzeba. Krystian Zalewski złoto zdobył po raz 4 na tym dystansie, a licząc wszystkie medale z MP to jest 15 medal złoty nie wspominając o innych kolorach. Kolejne 2 miejsca zdobyli zawodnicy reprezentujący RL TL Radom. Zdobywcą srebrnego medalu był Patryk Kozłowski, a brąz „przytulił” Michał Kaczor. Przeprowadziłem wiele rozmów z uczestnikami mistrzostw. Widać było, że wszyscy byli zadowoleni. Nawet sportowcy, którzy plasowali się na dalszych pozycjach. Trzeba podkreślić, że ponad połowa na międzyrzeckiej bieżni ustanawiała swoje rekordy życiowe i to o kilkadziesiąt sekund, a były też poprawy liczone w minutach. Brakowało mi wśród zawodników naszych , czyli z naszego województwa. Raptem doliczyłem się i 3 reprezentantów Astry Nowa Sól. Już z tego wynika, że poziom zawodów był duży. Dla większości sportowców wizyta w naszym mieście to  nowość. Wiedzieli o Międzyrzeczu niewiele, albo nic. Tylko było zbyt mało czasu na zwiedzanie. Na pytanie czy odwiedzą nasze tereny zapewniają, że nastąpi to najprawdopodobniej po sezonie lekkoatletycznym. W każdym razie z Międzyrzecza wywiozą miłe wspomnienia, a już zwycięzcy i medaliści bardzo miłe.

Zawody sportowe dobiegły końca i należy podkreślić, że najważniejsi uczestnicy i „oficjele byli bardzo zadowoleni z poziomu mistrzostw. Po zawodach wiceprezes PZLA Zb. Polakowski nie mógł się nadziwić jaki entuzjazm i dobra atmosfera do sportu  panuje w Międzyrzeczu, a  bardzo dobre wyniki niech będą odpowiedzią na to czy poziom sportowy był wysoki. Jego wspomnienia z Międzyrzecza to jeden wielki pozytyw. Będąc w naszym mieście, jak na byłego sportowca przystało, zrobił pieszo około 10 km. Niedzielę przeznaczył na zwiedzania MRU. Na każdym kroku podkreślał bardzo dobry stan naszego stadionu.  Międzyrzecz wywarł na nim bardzo dobre wrażenie i gdy tylko nadarzy się okazja, wskaże nasze miasto jako organizatora imprez centralnych. Jednoznacznie podkreślił, że bieżnia w Międzyrzeczu jest „szybka”, a to podoba się zawodnikom. Kibice w większości byli zadowoleni z zawodów, jednak moim zdaniem było ich  mało. Frekwencje zrobili dzieci i zawodnicy. Mało to było w moim przekonaniu. Jak zaznaczył szkoleniowiec kilku zawodników, to frekwencja była dwa razy taka jak na mistrzostwach w roku poprzednim w Goleniowie. Jak zawsze znajdują się malkontenci takich imprez, ale to jest marginalna sprawa do której powrócę za miesiąc.                

 

      Jan Wiśniewski 

     Zdjęcia Dariusz Brożek                         

  

 

Sinusoida międzyrzeckiej piłki nożnej

 

      Drużyny z naszego powiatu rozgrywają mecze wiosennej rundy bardzo różnie. Jedne zespoły grają dobrze, jedne średnio, a co niektóre bardzo słabo. Patrząc na to z perspektywy matematycznej wychodzi sinusoida z tendencją opadania coraz niżej. Zastanawiam się, gdzie są zapowiedzi większości klubów co do dobrej formy i dobrego przygotowania do sezonu. Nie wiem skąd brał się optymizm przed sezonem. Błędy i słabości popełniane w rundzie jesiennej popełniane są i wiosną z jeszcze większym natężeniem. Cały czas zastanawiam się dlaczego osoby podające się za szkoleniowców na siłę chcą dostosować grę do swojej wizji. Przecież na tych szczeblach rozgrywek nie ma zawodników wielkiej klasy. Z nich trzeba wydostać jak najwięcej i do tego dostosować taktykę, jeśli to słowo ma jakiekolwiek znaczenie dla osób prowadzących szkolenie. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich drużyn, ale co najmniej połowy zespołów  z naszego powiatu. Tylko jak można mówić o taktyce, jeśli umiejętności indywidualne są na poziomie klasy C sprzed 20-30 lat., nic nie ujmując tamtym zawodnikom. Niektóre drużyny nie potrafią oddać na bramkę rywali 3 strzałów przez cały mecz, nie mówiąc już o celnych. W takim przypadku trudno jest wygrywać mecze. Takie stwierdzenie daję pod rozwagę większości „szkoleniowców” naszych drużyn.

Rozpatrując postawę drużyn z naszego powiatu zgodnie ze zwyczajem zaczynam od Budowlanych Murzynowo, drużyny występującej w JAKO IV liga lubuska. Co można napisać o zespole pretendującym po pierwszej rundzie do czołówki rozgrywek, a nawet awansu, który w rundzie wiosennej zdobył 4 punkty w 6 meczach, a na domiar złego nie pojechał na mecz do Ilanki Rzepin? Już od kilku kolejek wyniki Budowlanych zapowiadały pogorszenie poziomu gry, jednak kibice nie znali przyczyn takiej sytuacji. Mój dotychczasowy informator z Murzynowa nie odbiera telefonu, a klubowy telefon milczy (święta mają swoje prawa). Zwłaszcza zastanawiająca jest sytuacja z nieprzystąpieniem do meczu w Rzepinie. Jak sytuacja się wyjaśni, oby była właściwie uzasadniona, to czytelnicy Powiatowej zostaną poinformowani. Oby nie było tylko sytuacji jaka od dłuższego czasu owiana jest tajemnicą i nie jest to dobra informacja. Jako że może to być tylko plotka, nie chcę podawać jej szerszemu gronu sympatyków piłkarzy z Murzynowa. JAKO klasa okręgowa lubuska (Gorzów) to grupa, w której występują 4 zespoły naszego powiatu. Pogoń Skwierzyna plasująca się na 3 miejscu ma ogromne szanse na awans i jeśli będzie spisywała się tak jak w ostatnich meczach, to z pewnością upragniony awans sobie wywalczy. W grze tej drużyny widać olbrzymie zaangażowanie, a umiejętności poszczególnych zawodników są na dobrym poziomie. W przypadku skwierzynian atmosfera w zespole jest co najmniej znakomita, a to w meczach o stawkę jest bardzo istotne. Godne odnotowania jest stare porzekadło w grach (i nie tylko), sprawdza się w Pogoni znakomicie. Do końca sezonu pozostało jeszcze 10 kolejek i obyśmy po każdej bili brawo Pogoni za punkty i na koniec za awans do wyższej klasy rozgrywek. Kolejny zespół to GKP Pszczew plasujący się na 10 miejscu w tabeli. Miejsce i gra drużyny z Pszczewa jest na tyle dobra, że nie powinni obawiać się złego. A przy odrobinie lepszej postawy może być mała poprawa lokaty w tabeli. Nie znaczy to, że pszczewianie mogą sobie pozwolić na lekceważenie rywali i zbyt nonszalancką grę. Sport takiej postawy nie toleruje. Jednak znając szkoleniowca zespołu GKP mam pewność, że do tego nie dopuści. Trzecim zespołem w lidze okręgowej jest Orzeł Międzyrzecz. Co dobrego można napisać o Orle? Po prostu nic. W trakcie pisania nasuwa się wiele przekleństw i niecenzuralnych wyrazów na temat gry oraz sytuacji w klubie. Jeśli chodzi o grę, to wykładnikiem niech będzie 1 punkt zdobyty wiosną i przedostatnia lokata w tabeli. Czy trzeba coś dodawać? Chyba nie. Wydawało się, że gra jesienią to było już dno, ale wiosna pokazała, że jest jeszcze gorzej. Ruchy kadrowe w zarządzie Orła też są co najmniej niezrozumiałe. A jeszcze tak niedawno posądzało się osobę chcącą poprowadzić Orła, że ma zamiar „spuścić” ten zasłużony klub do klasy A. Wydaje się, że obecni sternicy klubu robią to w sposób perfekcyjny w negatywnym znaczeniu. Tylko coraz mniejszej liczby kibiców żal. Dotychczas narzekali, ale przychodzili. Ostatnio jeden z najzagorzalszych kibiców Zbigniew M. zapowiedział, że następny mecz spędzi w domu. Nie bardzo chcę w to wierzyć, ale już brak innych kibiców, którzy byli z klubem na dobre i na złe każe mi się zastanowić czy jest tak zdeterminowany. Tylko cud i inna gra może  być drogą do uratowania się przed spadkiem. W jeszcze gorszej sytuacji jest drużyna GKS Bledzew. Ostatnie miejsce w tabeli ze stratą 4 punktów do przedostatniego Orła i słaba gra nie napawają optymizmem. Nie można odbierać szans tej sympatycznej drużynie i jej zawodnikom, ale realia piłki nożnej są brutalne nie ma litości dla słabeuszy. Miejmy nadzieję, że nasze zespoły jednak powalczą i nawet spadek nie będzie tak bolał, jeśli widać będzie trochę dobrej gry. Szczebel niżej to JAKO klasa A. Gorzów – Drezdenko. Występują tutaj piłkarze Zjednoczonych Przytoczna. 10 miejsce nie jest szczytem marzeń zawodników i działaczy Zjednoczonych. Jeden mecz wygrany w tym roku to jest mały sukces, zaznaczam mały, ale wielką porażką jest oddanie meczu walkowerem bez względu na przyczyny. Wiem, że działacze okręgu różnie traktują poszczególne zespoły i były uzasadnione przyczyny uznania walkoweru dla rywali. Piłkarze powinni zostawiać serducho na boisku. Tego oczekują od nich kibice. Gdy kibice widzą zaangażowanie zawodników w grę, to wybaczają wszystko, nawet porażki. Przecież w sporcie zawsze musi być w końcowym rozrachunku wygrany. Równoległą klasą rozgrywkową jest JAKO klasa A Gorzów – Słubice, w której biorą udział piłkarze FC Kursko. 6 miejsce z 26 punktami jest wykładnikiem siły i możliwości piłkarzy z Kurska. Na pewno odezwą się zwolennicy tej sympatycznej drużyny, którzy powiedzą, że nie doceniam ich piłkarzy. Wręcz odwrotnie, jest to mi drużyna bardzo bliska i nic tego nie zmieni, a jeśli będą wyniki powyżej 5 miejsc to z wielkimi pokłonami „zwrócę sportowy honor”. Trzecim takim samym poziomem rozgrywek jest JAKO klasa A Zielona Góra I, w rozgrywkach której biorą udział piłkarze Obry Trzciel. Obra spisuje się bardzo dobrze i plasuje się na 3 miejscu mając do lidera stratę 3 punktów. Wiosną Obra straciła kilka punktów z czołówką tabeli, ale pokonała lidera, co jest wskaźnikiem dobrego przygotowania do sezonu. Teraz będzie oczekiwać meczów z teoretycznie słabszymi rywalami i należy oczekiwać od nich zwycięstw. Tego piłkarzom Obry życzę. Tak doszliśmy do najniższego poziomu rozgrywek w naszym województwie i powiecie. Jest to KEEZA klasa B Gorzów – Drezdenko. Dwie dobre drużyny Pogoń II Skwierzyna i As Pieski plasują się odpowiednio na 2 i 3 miejscu. Lider ma nad skwierzynianami 6 punktów przewagi, a nad drużyną z Piesek 11. Dodać należy, że obydwie drużyny wygrały w tym roku wszystkie mecze. Tak trzymać, a wszyscy będą zadowoleni.

Osobny rozdział to największe wychylenie krzywej sinusoidy w kierunku minusowym. Występująca w tej grupie drużyna rezerw Orła została wycofana z rozgrywek. Zastanawiający jest fakt zgłoszenia jesienią do rozgrywek tego zespołu. Przecież już wtedy w klubie nie było wystarczającej ilości zawodników do 2 pełnych zespołów. Zawsze w systemie awaryjnym poszukiwano piłkarzy, którzy bez treningu jeszcze pograją. Czy musiało się to odbyć w trakcie rozgrywek? Zdecydowanie tak, gdyż każdy wyjazd jest kosztowny, a pieniędzy w kasie klubowej nie ma już od dawna.  W grupie KEEZA klasa B Świebodzin mamy drużynę Chrobrego Brójce, która zajmuje 8 miejsce. Niepokoją tylko rozmiary porażek jakie ponosi drużyna Chrobrego. Tak się składa, że w roku bieżącym piłkarze z Brójec wygrali tylko 1 mecz, a porażki 0:10 i 0:6 sławy nie przynoszą. Życzyć piłkarzom Chrobrego należy tylko dobrej postawy na boisku. 

    Jeszcze kilka zdań o piłce większej, chociaż rozmiarowo jest ona taka sama. W ekstraklasie trwa zacięta walka o mistrzostwo kraju. Podejrzewam, że duża część mieszkańców Międzyrzecza kibicuje Lechowi Poznań, który ściga się o mistrzostwo z jeszcze 2 drużynami. Chociaż nie można innym odbierać możliwości walki o największe  laury, to tylko „kolejki cudów” mogą tego dokonać. Walka o utrzymanie się w ekstraklasie toczy się pomiędzy większą ilością zespołów i tutaj 1 lub 2 mecze mogą decydować o wszystkim. Reprezentacja Polski zakwalifikowała się do finałów Mistrzostw Świata i w listopadzie i grudniu mecze pokażą nam, kibicom, miejsce tej drużyny w szeregu. Dzisiaj mamy dużo hurra optymistów i dużo pesymistów, którzy przedstawiają swoje racje.

 Od lipca będę co miesiąc przybliżał naszych rywali w grupie i ogólnie historię i zamierzenia światowych władz piłki nożnej.

 

   Jan Wiśniewski

 
 

Kolejny sukces mistrzyni z Kaławy!

 

Podczas Mistrzostw Polski w Sumo zawodniczka UKS Korona z Kaławy pod Międzyrzeczem Aleksandra Waroch wywalczyła brązowy medal! Gratulujemy!

Mistrzostwa Polski Seniorek i Seniorów, Juniorek i Juniorów rozegrane zostały 2 i 3 kwietnia w Krotoszynie. Gminę Międzyrzecz reprezentowali zawodnicy Uczniowskiego Klubu Sportowego Korona, działającego przy Szkole Podstawowej i Przedszkolu w Kaławie.

Trzecie miejsce i brązowy medal w kat. +80 wywalczyła Aleksandra Waroch, która ma na swoim koncie kilka złotych, srebrnych i brązowych medali zdobytych na Mistrzostwach Polski i Mistrzostwach Europy.

 

Gratulacje dla medalistki i jej trenera Krzysztofa Idzikowskiego.

 

Dariusz Brożek

 

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.