NASI SAMORZĄDOWCY DOCENIENI

PRZEZ MIESZKAŃCÓW

 

Burmistrz Międzyrzecza Remigiusz Lorenz i wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Andrzej Chmielewski zostali laureatami wojewódzkiego etapu plebiscytu Osobowość Roku. – Dziękujemy wszystkim mieszkańcom, którzy na nas głosowali – komentuje R. Lorenz.

Plebiscyt „Osobowość Roku” zorganizował regionalny dziennik „Gazeta Lubuska”. – Naszą intencją było wyłonienie i uhonorowanie tych Lubuszan, którzy wyróżniają się osiągnięciami zawodowymi i pracują na rzecz innych. Stoję tu przed znakomitym gremium, przed osobami szczególnie zasłużonymi dla województwa lubuskiego– mówił redaktor naczelny „GL” Janusz Życzkowski podczas uroczystej gali, która odbyła się we wtorek, 24 sierpnia, w Folwarku Pszczew.

W gali wzięli też udział laureaci z poprzedniego roku, którzy ze względu na pandemię nie mogli odebrać okolicznościowych dyplomów i statuetek. W obu edycjach plebiscytu wystartowało kilkudziesięciu mieszkańców naszego powiatu. Na jego wojewódzkim etapie laureatami zostało dwóch samorządowców z Międzyrzecza. Trzecie miejsce w kategorii Polityka, Samorządność i Społeczność Lokalna za 2020 r. zajął burmistrz Remigiusz Lorenz  (nominowany za aktywność i skuteczność w pozyskiwaniu unijnych i rządowych dotacji na liczne inwestycje realizowane w gminie Międzyrzecz), natomiast drugi w kategorii Samorządność i Społeczność Lokalna w 2019 r. był wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Andrzej Chmielewski (nominowany za publikacje związane z powiatem międzyrzeckim i Ziemią Lubuską oraz archiwizację wspomnień mieszkańców).

W gronie finalistów było też kilka innych osób z naszego powiatu. M.in. pochodzący z Bledzewa śpiewak operowy Andrzej Bator i dyrektorka Gminnego Ośrodka Kultury w Pszczewie Ewa Walkowska. Międzyrzeccy samorządowcy podziękowali mieszkańcom za oddane na nich głosy.

– Ponad tysiąc oddanych na mnie głosów traktuje jako wyraz uznania dla mojej dotychczasowej działalności. Oraz swoisty mandat i poparcie dla kolejnych działań, których celem jest rozwój gminy i poprawa jakości życia jej mieszkańców – komentował R. Lorenz. 

Burmistrz podziękował mieszkańcom, a także swoim zastępcom Agnieszce Śnieg i Tomaszowi Markiewiczowi, radnym, kierownikom wydziałów w ratuszu i urzędnikom oraz pracownikom podlegających gminie instytucji i spółek. Podkreślał, że może poświęcić się w stu procentach pracy zawodowej dzięki cierpliwości i wyrozumiałości małżonki Agnieszki, która – jak stwierdził cytując piosenkę Krystyny Prońko – jest dla niego „lekiem na całe zło”.

O znaczeniu prestiżowego tytułu Osobowość Roku mówi też A. Chmielewski, który podziękował mieszkańcom za oddane głosy oraz organizatorom plebiscytu i gali. – To dla mnie doping do dalszej pracy – mówił.

Dla burmistrza i wiceprzewodniczącego rady podsumowanie plebiscytu było okazją do spotkania i rozmów z innymi samorządowcami, artystami i działaczami społecznymi.  Gratulacje złożyli im m.in. właściciele folwarku Żaneta i Łukasz Robak, którzy w ostatnich latach przekształcili zaniedbane i popadające w ruinę obiekty w turystyczną wizytówkę Pszczewa.

 

Dariusz Brożek

 

 Do przemyślenia …

 

            - WSPANIAŁA JEDNA DRUŻYNA! Nie znam się na sporcie i zdarza mi się zadzwonić do sportowych pasjonatów o najbardziej nieodpowiedniej porze – Janek, przepraszam! Chociaż się nie znam, to jestem zachwycona sukcesami naszych lekkoatletów na Olimpiadzie w Tokio. I mam taką refleksję - kibice ekscytują się piłkarzami, którzy zarabiają ogromne pieniądze, a na nich z kolei zarabiają sprzedawcy szalików, koszulek i innych gadżetów, i to szaleństwo kibicowsko – handlowe jakoś nie przekłada się na stadionowe sukcesy. I jak kogoś obraziłam, to przepraszam. Prawdziwymi (dla mnie, laika) bohaterami olimpijskimi są polscy lekkoatleci. Sportowcy, którzy bez świateł, kamer i banerów trenują, szlifują formę i stają na podium… Zdobyli 14 medali w dalekiej Japonii i wzruszyli mnie ogromnie. Przy polskim hymnie nie wstydziłam się łez. To wspaniała jedna drużyna!

             - NIEDZIELNY SPACER. 8 sierpnia, piękna pogoda, trzeba ruszyć się z domu. Spacer ulicami miasta każe mi pomyśleć o historii Międzyrzecza, w którym kiedyś wspólnie i zgodnie żyli ludzie różnej narodowości i wyznań. Świadczą o tym najlepiej kościoły w ścisłym centrum miasta– katolicki św. Jana, poewangelicki – św. Wojciecha, staroluterański (o którym mówiliśmy – mały kościółek, a w latach studenckich spotykaliśmy się na mszy), obecnie cerkiew greckokatolicka, dalej synagoga, obecnie (o wstydzie) chiński market. Jedziemy do Kęszycy Leśnej. Po drodze mijamy w Nietoperku Kolejkę ogrodową Jerzego Jóźwiaka. Pisałam już o panu Jurku, który w ogrodzie zrealizował swoją kolejową pasję i pokazał miejsca, które w międzyrzeckiej gminie warto zobaczyć. Dzieci cieszą się z tej atrakcji i spora kolejka przed stacją, której właściciel gwizdkiem rozpoczyna spotkanie z przygodą. Panie Jurku, tak trzymać! Może będzie następna nagroda? W Kęszycy Leśnej kolejna atrakcja dla turystów – pomnik radiotelegrafisty, który dzięki mieszkańcom oparł się niszczącej misji dekomunizatorów i nadal jest miejscem spotkań i ciekawych zdjęć z Wanią w tle. Jedziemy do Pniewa. W Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym (MRU) wielojęzyczny tłum, parkingi i drogi dojazdowe zapchane, całe rodziny pasjonatów militariów. Można podziwiać, robić zdjęcia, zjeść coś z rusztu i wypić kawę – przy stolikach i pod parasolami. MRU to wspaniała wizytówka międzyrzeckiej gminy. Spacer kończymy na cmentarzu komunalnym, bo trzeba też odwiedzić bliskich i podlać kwiaty. Zawsze, jak wchodzę na cmentarz, to myślę z trwogą – czy nie wycięli drzewa nad grobem moich rodziców. Wiem, że korzenie, że liście, że trzeba sprzątać, ale nam to nie przeszkadza, bo te piękne drzewa i krzewy tworzą niepowtarzalny klimat i mam nadzieję, że będzie trwał, mimo chęci niszczenia go przez ludzi i czas.

            - WAKACYJNE REFLEKSJE. Parawaning nad polskim morzem jest niezniszczalny. „Plażowicze” (tylko w cudzysłowie) przychodzą już o 6 rano, żeby ogrodzić swoje terytorium nawet trzema parawanami, bo „lubią mieć wolną przestrzeń”. No i od razu mają pomysł na plażowy biznes – po stosownej cenie sprzedają miejsca spóźnialskim. Cała Europa się z nas śmieje, a my zadowoleni, że Polak potrafi…

            - POCZĄTEK ROKU SZKOLNEGO cieszy, ale i budzi wielkie obawy przed kolejnym zamknięciem i koniecznością nauki zdalnej. Ale jak tu się nie obawiać, kiedy antyszczepionkowcy atakują, a jak wiadomo – głupota jest najgłośniejsza i my, zaszczepieni, przez tę głupotę musimy obawiać się kolejnej fali pandemii. Maski i rękawiczki obowiązują w warzywniakach i sklepach spożywczych, ale niewielu je zakłada, a na zwróconą uwagę widzę wzruszenie ramion. Ręce opadają. I co ciekawe – wszystkie stacje telewizyjne  - rządowe i opozycyjne - zachęcają do szczepień, ale nie przekłada się to na wzrost liczby zaszczepionych Polaków. Jak zawodzi mądrość i nauka – to  czy mamy wierzyć szarlatanom?

 

NIECH TEN NOWY ROK SZKOLNY BĘDZIE ZDROWY DLA UCZNIÓW,

                        NAUCZYCIELI I RODZICÓW!

 

Izabela Stopyra

redaktor naczelna


 

 

 

Tadeusz Michalik - olimpijczyk z Jasieńca

Wczesne sierpniowe popołudnie, początek nowego tygodnia, prawdziwie letnia pogoda i radość oraz wzruszenie w Jasieńcu, w Trzcielu, w Poznaniu, w Polsce. A nawet na świecie, zwłaszcza tym kibicującym zapasom. Tadeusz Michalik - chłopak z Jasieńca, zapaśnik z Sobieskiego Poznań, członek polskiej kadry olimpijskiej, zdobył w Tokio brązowy medal.

 Walkę o ten medal oglądali zapewne wszyscy, którzy pracowitemu i wytrwałemu Tadeuszowi życzyli sukcesu. Jego zwycięstwo i pokonanie Węgra było niezwykłym sukcesem, wartością wyjątkową. A pokonał rywala w pięknym stylu, szybko i bezapelacyjnie. Pokazał swoją klasę oraz wolę walki na olimpijskiej macie w dalekim Tokio. Potem była radość, łzy szczęścia i wreszcie tradycyjne salto na macie. Trochę później podium, polska flaga na maszcie i gratulacje oraz podziękowania. Tak było w Tokio, a w Jasieńcu i w Trzcielu? Euforia trwała, rozdzwoniły się telefony, nastąpił najazd wszelkich mediów. O Jasieńcu i Trzcielu zrobiło się głośno w Polsce. Do rodzinnego domu Tadeusza Michalika i jego rodziców zawitali: wicepremier Piotr Gliński i wojewoda lubuski Władysław Dajczak. Były kwiaty, gratulacje, rozmowy, wspólna kawa i fotografie. Jest jeszcze duma, że mieszkaniec Jasieńca, młody sportowiec, który swoją przygodę z zapasami zaczynał w „Trzcielskich Orlętach” zdobył taką sławę i dołączył do rodziny olimpijskich medalistów. Nadal jednak pozostał skromnym, miłym, cierpliwym, uprzejmym Tadeuszem Michalikiem, chłopcem, którego znają od lat trzcielanie, mieszkańcy gminy i powiatu. Zapewne również pamiętają go liczni sportowcy, koledzy i rywale z zapaśniczych mat. Zanim jednak trafił na tokijskie igrzyska i poczuł ciężar brązowego medalu musiał uzyskać olimpijskie kwalifikacje. Starał się o nie wytrwale, nie było łatwo, ale udało się. Piąte miejsce na zapaśniczych mistrzostwach świata dało Tadeuszowi przepustkę na olimpiadę. A działo się to prawie 2 lata temu w Kazachstanie. Był to już duży sukces, bo niewielu polskim zapaśnikom udało się olimpijskie kwalifikacje uzyskać. Było ich bodajże pięciu, łącznie z kobietami, w stylu wolnym i klasycznym.

Droga Tadeusza Michalika do olimpijskiego brązu była długa i pełna różnych wydarzeń, często skomplikowana, ale także pełna mniejszych i większych sukcesów. Miał 10 lat, gdy rozpoczął zapaśnicze zajęcia w „Trzcielskich Orlętach”, a w tym klubie trenowało również jego starsze rodzeństwo, trzy siostry i czterech braci. Ich zapaśnicze dzieje są przeróżne, dłuższe i krótsze. Na pewno jednak siostry - Marzena i Monika były dla Tadeusza wzorami, a ich zapaśnicze osiągnięcia mobilizowały go do systematycznej i wytrwałej pracy na macie. Jego pierwszymi trenerami byli bracia Troczyńscy – Marek i Piotr, obaj mają więc swój udział w późniejszych sukcesach Tadeusza. Po trzech latach - w 2004 roku - zapaśniczym szkoleniem dzisiejszego olimpijczyka zajął się Mieczysław Kuryś. Trenował go do ukończenia przez Tadeusza trzcielskiego gimnazjum. Następny rozdział w sportowej biografii to Żary i klub „Agros”. Tam trenował go Ryszard Dynowski. W Żarach kontynuował szkolną edukację, uczył się w liceum ogólnokształcącym. Po ukończeniu szkoły wrócił do Jasieńca i do „Trzcielskich Orląt”. Był to jednak tylko krótki przerywnik w jego życiorysie, kilkumiesięczny. Tadeusz Michalik trafił bowiem do poznańskiego klubu „Sobieski”. Prezes tego klubu – Antoni Obrycki od wielu lat współpracuje z trzcielskim klubem, zajął się więc zawodnikiem, który po latach osiągnął tak olbrzymi sukces olimpijski. Obecnie Antoni Obrycki jest trenerem Tadeusza. W „Sobieskim” trenuje już 10 lat i tam dzięki niezwykłej pracowitości oraz zapaśniczej zaciętości odniósł wiele sukcesów. Wielokrotnie zdobywał medale mistrzostw Polski, zdobył również brązowy medal na mistrzostwach Europy. Uczestniczył w wielu różnych imprezach zapaśniczych, często w takich, w których brała udział także jego utytułowana siostra - Monika. Tadeusz Michalik jest żołnierzem, służy na poznańskich Krzesinach. Wojsko to rodzinna tradycja rodziny Michalików, piątka z nich znalazła w nim zatrudnienie. Przed Tadeuszem dalsze treningi i ponowne zdobywanie kwalifikacji, tym razem na olimpiadę w Paryżu, która będzie już za trzy lata. To sportowa przyszłość.

Brązowy olimpijczyk został szczególnie uhonorowany przez mieszkańców Trzciela. Jeszcze emocje nie opadły po zwycięskich walkach z Tunezyjczykiem, Amerykaninem i Węgrem na tokijskich matach, a już Tadeusz Michalik przeżywał następne wzruszenia. Spotkanie w Hali Sportowej im. Moniki Michalik, obok szkoły, której jest absolwentem, z trzcielskim społeczeństwem, dostarczyło mu niezwykłych przeżyć. Hala była wypełniona młodzieżą, zapaśnikami, kibicami, seniorami, ludźmi, którzy znają Tadzia od dziecka. Powitali go na stojąco gromkimi oklaskami, witali w ten sposób wspaniałego sportowca i skromnego, dobrego młodego człowieka. A Tadziu miał łzy w oczach, bo jak później powiedział, nigdy nie pomyślał, że jego, takiego zwykłego chłopca z Jasieńca spotka kiedyś taki zaszczyt, taki honor. Witało go też wielu przedstawicieli władz samorządowych różnego szczebla. Gratulacje olimpijczykowi składali – wicemarszałek lubuski Łukasz Porycki, radny wojewódzki i dawny burmistrz Trzciela Edward Fedko, starosta powiatu międzyrzeckiego Agnieszka Olender, wicestarosta Zofia Plewa, wiceprzewodniczący Rady Powiatu Jarosław Szlachetka, wójt Pszczewa Józef Piotrowski. Były oczywiście władze gminy, przewodniczący Rady Jacek Marciniak, burmistrz Jarosław Kaczmarek, radni i sołtysi. A przede wszystkim byli rodzice znakomitego rodzeństwa - Zofia i Marian Michalikowie. Wychowali oni 9 dzieci, w tym ośmioro zajmowało się zapasami. Dwójka ich dzieci zdobyła brązowe medale olimpijskie, w Rio i w Tokio. W całej historii polskich zapasów olimpijskich wcześnie było tylko jedno rodzeństwo, bracia Lipień. Tym większe więc jest to olimpijskie osiągnięcie zapaśników wywodzących się z Jasieńca. Tadeusz i jego rodzice otrzymali odznaczenia honorowe „Za Zasługi dla Miasta i Gminy Trzciel”. Było ponadto dużo kwiatów, prezentów, uśmiechów i podziękowań. Te ostatnie były także dla trenerów, którzy trzcielskie zapasy tworzyli, rozwijali je i wychowywali wspaniałych zawodników. Byli obecni na powitalnym spotkaniu: Krzysztof Augustyniak, Marek Troczyński i Mieczysław Kuryś. Nie było tylko Piotra Troczyńskiego, trenującego od lat zawodników w norweskich klubach. Pięknym akcentem spotkania był wokalny występ Agaty Śpiewak, która zaśpiewała  piosenkę zadedykowaną naszemu olimpijczykowi. Po części oficjalnej dwójka olimpijskich medalistów, czyli Monika i Tadeusz rozdali dziesiątki autografów, przyjęli mnóstwo gratulacji i życzeń. Rozmawiali i fotografowali się ze swoimi fanami. Jest to radość wielka, gdy sportowiec przynosi zaszczyt swojej rodzinie, ale także swojej „małej ojczyźnie”. To niezwykłe, wzruszające spotkanie i liczny udział w nim nie tylko mieszkańców gminy jest tego dowodem.

Organizatorzy zadbali o odpowiednią oprawę powitania brązowego medalisty z Tokio, było więc uroczyście oraz bardzo przyjemnie. Pięć lat temu w podobny sposób trzcielskie społeczeństwo witało Monikę Michalik. Może takie spotkania będą już trzcielską tradycją? Pewnie obecni zawodnicy „Trzcielskich Orląt” będą nad tym pracować, by w przyszłości osiągnąć olimpijską formę.

Jadwiga Szylar

Redakcja „Powiatowej” składa Tadeuszowi gratulacje i życzy dalszych sportowych sukcesów. Życzymy też szczęścia i pomyślności z okazji ślubu.



 

 

BOBOWICKO – SZKOŁA PAMIĘCI

 

24 września 2002 roku Zespół Szkół Rolniczych w Bobowicku otrzymał imię Zesłańców Sybiru.

 W oficjalnej uroczystości uczestniczyli przedstawiciele władz samorządowych i związkowych, poczty sztandarowe Sybiraków z Barlinka, Boleszowic, Dębna Lubuskiego, Gorzowa Wlkp., Lipian, Kostrzyna n/Odrą, Międzyrzecza, Nowej Soli, Pełczyc, Sulęcina, Świebodzina i Zielonej Góry, nauczyciele i młodzież, Sybiracy z województwa lubuskiego i zaproszeni goście. To była bardzo doniosła uroczystość.

            Tablicę z imieniem szkoły – z czarnego szwedzkiego granitu – zaprojektował Marek Lutostański, syn Sybiraczki Wandy Lutostańskiej, nauczyciel ZSR. Aktu odsłonięcia dokonali – ks. kan. Jerzy Płóciennik – kapelan gorzowskich Sybiraków, ks. Andrzej Kugielski – proboszcz parafii w Bobowicku, senator Zdzisław Jarmużek, starosta Kazimierz Puchan i Honorowy Prezes ZS Jan Minorowicz. Chór szkolny pod batutą Andrzeja Korzeniewskiego wykonał „Hymn Sybiraków”. Wielu miało łzy w oczach. Były serdeczne przemówienia, wspomnienia i program artystyczny nawiązujący do losów zesłańców. Przygotowania do uroczystego finału rozpoczęły się w 2002 roku od aktywnej współpracy szkoły z prezesem Janem Antonowiczem i członkami międzyrzeckiego Koła Związku Sybiraków (dalej ZS). Odbywały się spotkania młodzieży z Sybirakami i prezentacja wystawy „Zesłani na Sybir”, a w prasie reportaże, wspomnienia, wiersze.

            Jadwiga Ostrowska – prezes Oddziału ZS w Gorzowie Wlkp. –„trafiliśmy na wspaniałe, patriotyczne grono pedagogów i dyrektora Adama Żyłę, rodziców i młodzież, którzy od razu zareagowali pozytywnie na propozycję nadania szkole imienia wieńczącego starania ZS o upamiętnienie losu Polaków zesłanych na Syberię. Propozycję zaakceptowały też władze samorządowe powiatu i gminy”.

            Adam Żyła„Patronem naszej szkoły są ludzie, którzy zesłani na nieludzką ziemię wytrwali w wierze, nadziei i miłości. Wywiezieni w bydlęcych wagonach, urodzeni na dalekiej Syberii, w stepach Kazachstanu. Są dzisiaj wśród nas”.

            Imię Patrona zobowiązuje. Społeczność szkolna co roku we wrześniu obchodziła Dzień Patrona. Tę tradycję przerwała pandemia (2020r.), ale mam nadzieję, że w tym roku będzie normalnie. Sybiracy zawsze  uczestniczą w uroczystościach szkolnych, a związkowy sztandar, który ufundowali szkole, w asyście uczniów towarzyszy w smutnych pożegnaniach. A za rok jubileusz 20-lecia nadania imienia szkole, która obecnie nosi nazwę Zespół Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego im. Zesłańców Sybiru w Bobowicku.

            Teresa Domaszewicz – córka Sybiraków, prezes międzyrzeckiego Koła ZS: „Co roku przekazujemy pieniądze na nagrody książkowe i stypendia dla uczniów. Nie jest to duża kwota, ale i Sybiraków jest coraz mniej. Otrzymaliśmy od burmistrza Remigiusza Lorenza 1000 złotych, które chcemy przeznaczyć na „Ścianę Pamięci” w szkole, która nosi imię Zesłańców Sybiru”.

 

            A nasze dziennikarskie związki z Sybirakami? Losy moich – często sąsiadów – poznawałam bliżej dzięki kontaktom szkoły w Bobowicku, w której uczyłam języka polskiego. Zapraszałam Sybiraków na lekcje i korzyść była wspólna – uczniowie poznawali ich przeżycia i losy, a dawni zesłańcy cieszyli się, że mogą młodzieży przekazać swoje tragiczne wspomnienia z dziecięcych lat. Prezes Jan Antonowicz przedstawiał mi bohaterów  kolejnych reportaży, o których pisałam najpierw w Kurierze Międzyrzeckim, a od 1999 roku do chwili obecnej w Powiatowej. Gromadziłam dokumenty i zdjęcia, uczestniczyłam w spotkaniach związkowych, poznałam wspaniałych ludzi, którzy mimo tragicznych przeżyć umieli się cieszyć życiem. Pisałam o ich przeszłości i obecnym życiu. Wielu moich bohaterów już nie żyje, ale pamięć została.

Kronikarką trzcielskich Sybiraków jest Jadwiga Szylar. Ukoronowaniem naszych reportaży jest publikacja – Sybiracy na Ziemi Międzyrzeckiej. Antologia wspomnień i tekstów, którą wydała w 2017 roku Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Trzcielu.

 Udało nam się utrwalić historię zesłańców, którzy przeżyli katorżniczą pracę, głód, mróz i  choroby. I wspomnienia dzieci, które musiały szybko dorosnąć w warunkach, w których trudno żyć.

 

Izabela Stopyra

 

 

 

Moja niezwykła wakacyjna historia

 

     Był lipiec 1962 r. Jak co roku o tej porze wyjechałem na kolonie zorganizowane przez PSS (jechały dzieci z całego województwa), gdzie w tym czasie pracowali moi rodzice. Do Stryszawy pojechałem pierwszy raz. Jest to duża, a może lepiej powiedzieć rozwlekle rozbudowana wioska w Beskidzie Śląskim. Piękne górzyste tereny to raj dla młodych chłopców i dziewcząt. Warunki socjalne niezbyt dobre, chociaż kto wtedy zwracał uwagę na brak wygód. Grupa, do której należałem, liczyła ok. 25 osób i była zgromadzona w jednym pokoju sypialnianym. Kuchnia w drugim budynku była fajną sprawą. Po kilku dniach od rozpoczęcia turnusu jedna z pań kucharek powiedziała nam, że do wioski przyjechał biskup. Zaznaczyła, że jest on na plebanii przy oddalonym około pół kilometra od kolonii kościółku widocznym z naszego pokoju. Oczywiście o oficjalnym wyjściu nie było mowy, przecież to były czasy, gdy państwo starało się całkowicie odłączyć od kościoła, a może nawet kościół podporządkować pod swoją władzę. Oczywiście mało kto zdecydował się na delikatną ucieczkę spod opieki wychowawców. Zostało nas 3 odważnych. Był Andrzej z Międzyrzecza, ja i jeden z kolegów ze Szprotawy. W czasie ciszy poobiedniej, bo takie rzeczy też były, pobiegliśmy w stronę kościółka, a nie było to trudne, gdyż przy budynku było pole z rosnącym zbożem (po latach zorientowałem się, że był to owies). Z daleka widzieliśmy spacerującego księdza w podeszłym wieku i spytaliśmy go, czy w tej wiosce jest biskup. On najzwyczajniej w świecie odpowiedział, że tak i to on nim jest. Ja i moi koledzy wiedzieliśmy, że biskup to osobistość kościelna, ale dotychczas widzieliśmy biskupów w ubiorze oficjalnym. Rozmowa nam się nie bardzo kleiła. Bardziej odpowiadaliśmy na pytania sami nie wiedząc o czym rozmawiać. My byliśmy wtedy 11- latkami i nigdy z biskupem nie rozmawialiśmy. Troszkę rozluźniliśmy się, gdy inny ksiądz i gospodyni poczęstowali nas ciastem i czekoladkami. Biskup wypytywał nas o wszystko co działo się na kolonii, a my jeden przez drugiego odpowiadaliśmy. Czas ciszy poobiedniej się kończył i musieliśmy wracać wiedząc, że jesteśmy już spóźnieni. Na odchodne dostaliśmy obrazki Matki Boskiej Częstochowskiej z imiennymi dedykacjami. Podpisał się Stefan Kardynał Wyszyński i zaprosił na spotkanie za 3 dni.

 W tym momencie mała konsternacja. Nikt nie wiedział kto to jest kardynał. Nasz wychowawca od razu nas zgarnął i zaczęły się pytania, gdzie, dlaczego i po co tam poszliśmy. Jak dowiedział się wszystkiego, to nie pozwolił nam o tym rozpowiadać, a sam poszedł do kierownika kolonii. Za jakiś czas przed jego oblicze też się stawiliśmy. Ja już nie pamiętam czy się bałem, czy byłem dumny, gdy kierownik powiedział, że powinniśmy na górskiej hali doprowadzić do spotkania wszystkich kolonistów i biskupa. Cały czas nie wiedzieliśmy, kto to jest kardynał. Po 3 dniach już całkiem legalnie w trójkę poszliśmy zaprosić Kardynała Wyszyńskiego na spotkanie. Było inne ciasto, inne czekoladki. Jacy my byliśmy szczęśliwi i ważni. W określonym dniu na górskich łąkach spotkaliśmy się z zaproszonym gościem. Poszli wszyscy koloniści z wychowawcami, kierownictwem i obsługą kuchni. Została tylko jedna pani, która powiedziała nam o biskupie. Każdy otrzymał obrazek z podpisem, ale bez dedykacji imiennej. Były robione zdjęcia, ale nikt nie pomyślał o adresie, na który sekretarz księdza biskupa mógłby przesłać pamiątkowe fotografie. Kolejnego spotkania już nie było, ponieważ nasz ksiądz biskup za dwa dni wyjeżdżał. Oczywiście do domu wysłałem list, w którym wszystko opisałem. Nie pamiętam czy w liście pisałem „kochane pieniążki przyślijcie rodzice”. W odpowiedzi w kopercie było 20 zł i uwaga, że obrazki mam schować, żeby nikt mi ich nie zabrał. Nie wiedziałem co to miało znaczyć. Dopiero po kilku latach wszystko zrozumiałem. Dzień przed zakończeniem turnusu przyjechał mój tata i pierwsza rzecz to schowanie obrazków do jego bagażu. Byłem bardzo zdziwiony, bo pierwszy raz przyjechał jako opiekun międzyrzeckich dzieci. Nie interesowały go dyplomy jakie wywalczyłem w sporcie. W Międzyrzeczu było przechwalanie się obrazkiem, zwłaszcza tym z dedykacją. Bardzo szybko rodzice wytłumaczyli mi kto to jest w kościele biskup, kto kardynał i kto to jest prymas, ale najważniejszy obrazek, który miałem od biskupa, dostałem od rodziców jak byłem w szkole średniej. Mam ten wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej do dzisiaj i ma on swoje poczesne miejsce.

 

 Wracając do lat wcześniejszych, to moje zainteresowanie jeszcze wtedy księdzem Stefanem Wyszyńskim spowodowane było czytaniem książek, czasopism i wielu publikacji o życiu i działalności Kardynała. To był mój edukacyjny katechizm. Im stawałem się starszy, tym bardziej rozumiałem jakie znaczenie miała jego walka o miejsce i znaczenie Kościoła w Polsce oraz  miłość do ojczyzny. Jego kilkuletnie więzienie i nie poddawanie się władzom komunistycznym mogłoby służyć jako wzór i w dużej mierze służyło. W trakcie wieloletniej walki z przeciwnikami naszej ojczyzny wewnątrz niej samej, potrafił udowodnić, że właśnie ta Ojczyzna i człowiek są najważniejsi. Po latach został Prymasem, a jego działalność na wszystkich polach sprawiła, że został uznany przez większość Polaków za Prymasa Tysiąclecia. Jego słowa zapadły mi głęboko w pamięci, a najbardziej pamiętam „Piękną i zaszczytną rzeczą jest umrzeć za Ojczyznę, jednak trudniej jest niekiedy żyć dla Ojczyzny. Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale trwa to krótko. Większym bohaterstwem jest żyć, trwać i wytrzymać całe lata”. Do końca swojego żywota był wierny Marii Jasnogórskiej - której wraz z całym Episkopatem zawierzył Polskę  - Ojczyźnie i swoim przekonaniom. Jego heroizm w walce doprowadził do tego, że przez Kościół został uznany za Błogosławionego.

 

  Jan Wiśniewski

 

 

 

Kazimierz Woźny z Szumiącej – losy mojej rodziny

Kazimierz Woźny ma 91 lat, urodził się na Ukrainie, w Siworogach, w rejonie przemyślańskim, należącym do obwodu lwowskiego. Doskonale pamięta swoją rodzinną wieś, w której było około 80 zagród, a mieszkańców niecałe 500. Miał 9 lat, kiedy wybuchła II wojna światowa. Mieszkał z rodzicami i rodzeństwem w domu, który wybudował jego tata. Był to wtedy pierwszy murowany dom w Siworogach.

Już jako mały chłopak był bardzo pracowity. Pomagał w obejściu i zajmował się młodszym rodzeństwem. W domu było biednie, ale otaczała go aura miłości ze strony najbliższych. Pamięta dzień pierwszej komunii świętej i odświętne ubranie kupione u Żyda oraz piękny kościół w Przemyślanach. Do rozpoczęcia wojny wiódł w miarę spokojne, szczęśliwe życie. Później zaczęło się robić niebezpiecznie. Podsłuchiwał rozmowy starszych i wiedział, że dzieje się coś bardzo złego. Słyszał, że w listopadzie 1941 r. Niemcy przeprowadzili w Przemyślanach zbiorowy mord na Żydach. Zebrali wówczas około 500 osób,  zaprowadzili do pobliskiego lasu i przy akompaniamencie jesiennego deszczu wszystkich rozstrzelali, a wcześniej zabierali im kosztowności. Następne akcje powtarzały się co kilka tygodni i brali w nich udział policjanci ukraińscy, którzy nosili już niemieckie mundury z ich odznaką. Wkrótce zaczęto mówić o powszechnej fizycznej likwidacji całej ludności polskiej. Do końca nie wierzył, że to może być prawda. Zrozumiał, kiedy w kwietniu 1944 roku zamordowano 4 osoby i spalono kilka gospodarstw polskich. Potem mówiono już otwarcie, że Polacy są wrogami narodu ukraińskiego, że Polaków trzeba wypędzić z Ukrainy. Miał już 14 lat, kiedy nacjonaliści ukraińscy zaczęli mordować osoby narodowości polskiej. Wtedy „świat się zapadł”.
           28 kwietnia 1944 r. płonęły Siworogi. Pamięta, że był płacz, pośpiech, rozgardiasz. W maju 1944 r. grasujące bandy ukraińskich nacjonalistów coraz częściej dokonywały mordów na osobach narodowości polskiej, to wtedy rodzice  postanowili uciekać. Tato zorganizował pieniądze i udało mu się zarezerwować wagon dla rodziny. W tym czasie nie było kłopotu z wyjazdem, wagon można było załatwić, bo zawiadowcą stacji był Polak. 13 maja 1944 r. wyjeżdżali z Siworogów. Każde dziecko miało pod ręką „tobołek”. On dostał do przewiezienia pamiątki. Kilka zdjęć i książeczek. Do dzisiaj ma zdjęcie rodziców w ramce zrobione w 1924 r. i drugie z 1942 r. oraz  zdjęcie również z 1942 r. zrobione koło domu rodzinnego. Na zdjęciu są rodzice – Anastazja i Jan, siostry - Anna, Zofia i Katarzyna oraz bracia - Józef, Władysław, Tadeusz i Kazimierz. Miał jeszcze młodszego brata Piotra, który zmarł w 1941 r., gdy skończył 3 lata. Na zdjęciu brakuje Marii, która już wtedy służyła u Niemców. Trzymał mocno te pamiątki. Jak już jechali, bali się, żeby Ukraińcy nie napadli na pociąg. Jechali i nie wiedzieli dokąd. Najpierw zatrzymali się w Rzeszowie, szukali domu, ale nic nie znaleźli. Ruszyli w dalszą drogę. Przed Łańcutem było bombardowanie i musieli uciekać z pociągu. Tam również szukali domu, lecz nie było wolnych lokali. 18 maja 1944 r. znaleźli dom w pobliskim Łukawcu. Spędzili tam 1 rok i 3 miesiące. Brakowało chleba. Rodzina była liczna i musiał pomóc rodzicom zdobyć jedzenie. Czyścił konie u bogatych gospodarzy i sprzątał stajnie. Siostra Hania (tak mówili na Annę) pracowała w miejscowości Łąka w województwie podkarpackim u pana Urbana, który był krawcem. Dzięki niemu miał spodnie, które zostały uszyte z worka i czapkę, w której paradował do kościoła. Chodził boso, bo butów nie udało się zdobyć.

Pierwotnie planowali jechać na Pomorze, a w rezultacie 1 sierpnia 1945 r. trafili na zachód do Brójec. W 1948 r. przyszła na świat najmłodsza siostra - Janina. Było 10 dzieci. Pomagali sobie nawzajem i bardzo się szanowali. W domu zawsze było wesoło, nikt się nie kłócił, nie denerwował. Ojciec pracował w lesie i często zabierał go do pracy. Spodobała mu się ta praca. Nadleśniczy widział, że dobrze pracuje i  poradził mu, żeby po skończeniu podstawówki poszedł do technikum leśnego. Pracował i uczył się zaocznie w Technikum Leśnym w Staropolu. Najpierw był gajowym, później podleśniczym, a następnie leśniczym. 6 czerwca 1954 r. wziął ślub z Anną Olender, dostał służbowe mieszkanie w Szumiącej. Ma troje dzieci- Zbigniewa, Bożenę i Małgorzatę. W 1990 r. przeszedł zawał serca i musiał przejść na rentę.

 Zawsze marzył o tym, żeby zobaczyć swoją rodzinną miejscowość na Ukrainie. Nie było mu to dane ze względu na stan zdrowia. Były tam jego siostry - Zosia i Hania, które opowiedziały mu co tam zastały. W 2010 r. kiedy Siworogi odwiedziła siostra Zofia, dom był zniszczony. Obecnie jest wyremontowany i znajduje się w nim świetlica. Wodzirejem w rodzinie zawsze była Zosia. Wszystko pamiętała i zapisywała. Zostawiła w spadku córce Genowefie Malak  kilka własnoręcznie zapisanych zeszytów z informacjami dotyczącymi wszystkich członków rodzin. Jak potrzebne są jakieś dane, wszyscy wiedzą, gdzie ich szukać. Jej syn Piotr Bil przekazał kilka informacji i zdjęcia Józefowi Wyspiańskiemu, autorowi książki „Barbarzyństwa OUN-UPA. Znajdują się w niej relacje świadków napadów i bestialskich mordów Polaków przez członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Kazimierz, dopóki mógł, z rodzeństwem spotykał się często. Jeździł trabantem do Obrzyc, do siostry Kasi Czop (ur. 1941 r., zm. 2009 r.) i brata Tadeusza (ur.1941 r.) oraz do Brójec do sióstr i brata Józefa. Rok 2018 wspomina ze smutkiem. W ciągu trzech miesięcy zmarły trzy siostry. Najstarsza Maria Grabas, która mieszkała w Łagowcu (ur.1925 r.), Anna Pilipczuk (ur.1926 r.) i Zofia (ur.1933r) z Brójec. Brat Władysław ożenił się we Wrocławiu i kontakt z nim miał rzadszy (ur. 1936r. zm. 2001r.). Żyje jeszcze starszy brat Józef - mieszka w Brójcach (ur.1928 r.) i siostra Janina, która mieszka w Zielonej Górze (ur.1948 r.). Kontakty przez ostatnie dwa lata, przez pandemię koronawirusa zostały ograniczone. Wcześniej spotykali się często. Zdrowie już też nie dopisuje. Żona zmarła 7 lat temu i wokół panuje pustka. Mimo tego daje radę. Bożena mieszka w Międzyrzeczu, jeszcze pracuje, ale weekendy spędza w Szumiącej i wtedy przygotowuje posiłki. W ciągu tygodnia dzwoni o umówionej godzinie i odbiera „meldunek” jak minął dzień.

 Kazimierz codziennie dużo spaceruje do pobliskiego lasu, ogląda wiadomości i teleturnieje, rozwiązuje krzyżówki. Dzieci dbają o niego. Często wspomina swoje dzieciństwo i ogląda fotografie. Tęskni za żoną i rodzeństwem. Brakuje mu radosnego śmiechu sióstr i wspólnie spędzanych chwil. Rodzina jest dla niego oparciem, daje mu siłę, bo rodzina to jak gałęzie na drzewie, rosną w różnych kierunkach, lecz korzenie mają wspólne. Było ich dziesięcioro, zostało czworo i dużo wspaniałych wspomnień.

Halina Pilipczuk

Panie Kazimierzu, życzymy zdrowia - redakcja

 

 

 

 

 

 

 

OBRZYCKIE „KATAKUMBY”

 

W czerwcu 2021 r. doszło na terenie szpitala psychiatrycznego do zuchwałego włamania. Złodzieje przepiłowali kratę w podziemnym kanale i dostali się przez właz w posadzce do kościoła. Ukradli tam szkatułkę z datkami na leczenie poprzedniego proboszcza, w której było 1,5 tysiąca złotych. Sprawców wkrótce ujęła policja, okazali się nimi trzej mężczyźni z gminy Międzyrzecz. Swój haniebny czyn tłumaczyli rozbrajająco faktem, że byli pijani. Poza oburzeniem z powodu tego świętokradztwa, pojawiły się pytania laików, czym są w ogóle te kanały pod Obrzycami? Czy to są jakieś pradawne „katakumby” i jak one wyglądają? Na sam dźwięk słowa „katakumby” każdemu, kto czytał „Quo vadis” w myślach pojawiają się mroczne korytarze wydrążone pod Rzymem, zapełnione grobowcami, w których przy blasku pochodni modlili się pierwsi chrześcijanie.

W Obrzycach rzeczywistość jest nieco mniej mroczna i starożytna niż w Rzymie. Nie chodzi bowiem o żadne posępne korytarze wydrążone w skale, tylko o system kanałów technicznych, znajdujących się pod ziemią i łączących budynki Szpitala Psychiatrycznego.

 

Kiedy i po co zostały zbudowane kanały w Obrzycach? Jak wyglądają i jaka jest ich funkcja?

Pod kompleksem budynków szpitala faktycznie znajduje się sieć kanałów. Kanały powstały w 1904 roku i są tak stare jak szpital. Jak już było wspomniane, nie są to żadne „katakumby”, ani kościelne podziemia. Wbrew plotkom nie są to też miejsca ukrycia zrabowanych ofiarom eutanazji skarbów, szybko ukrytych przez uciekający w 1945 roku niemiecki personel szpitala. Kanały nie służyły też do przewożenia pacjentów lub ich zwłok pomiędzy oddziałami szpitalnymi podczas Akcji T4. Rzeczywistość jest nieco mniej poetycka, chyba że ktoś lubi poezję industrialną. Były to zwykłe kanały techniczne, którymi były poprowadzone rury ciepłownicze.

Najstarsze i najwyższe kanały powstały w I fazie zabudowy szpitala w latach 1901-1904 r. Łączyły z kotłownią główne budynki lecznicy, takie jak m.in. budynek administracji, kościół, kuchnia, pralnia, maszynownia, willa dyrektora, budynek warsztatów, budynek mieszkalny dla pracowników warsztatów, domek ogrodnika, kostnica i oddziały 1, 3, 5, 7, 9 dla kobiet i 11, 13, 15, 17, 19 dla mężczyzn. Przed rozpoczęciem budowy kompleksu szpitalnego, jego budowniczy potwierdzili, że teren pod budowę zakładu jest bardzo suchy i wody powierzchniowe znajdują się tu poniżej 2 metrów. W związku z tym można było wybudować sieć podziemnych korytarzy, bez obawy, że zaleją je wody gruntowe. Te informacje o suchym klimacie i piaszczystej glebie podkreśla wielu przedwojennych mieszkańców Obrawalde. Kanały były wysokie, około 170 cm, z półkolistym stropem oraz szerokie na około metr i bez problemu mógł się nimi poruszać dorosły człowiek. Były starannie zbudowane zazwyczaj ze zwykłej pełnej cegły, z wyjątkiem jednego, całkiem zaskakującego, skonstruowanego z żelbetonu (kanał między Oddziałem 2 i 1). Wewnątrz kanałów były przeprowadzone rury ciepłownicze, kanalizacyjne (doprowadzające wodę i odprowadzające ścieki), kable elektryczne i telefoniczne. Biegły tu grube rury z gorącą parą, którą ogrzewano główne budynki szpitala. Rury te były przymocowane do ścian kanałów klamrami, ocieplone watą szklaną, owinięte jutą i siatką metalową oraz zagipsowane, aby zminimalizować utratę ciepła podczas przesyłania.

       Dlaczego rur kanalizacyjnych i ciepłowniczych nie zakopano bezpośrednio w gruncie?

Przecież to byłoby znacznie mniej kosztowne niż prowadzenie ich specjalnie wybudowanymi kanałami! Otóż dlatego, że Szpital Psychiatryczny w Obrzycach był wybudowany według starej niemieckiej technologii, która zakładała, że zlokalizowanie usterki w rurze poprowadzonej w kanale i naprawienie jej jest szybsze i łatwiejsze, niż czasochłonne odkopywanie całej rury, szukanie pęknięcia i reperowanie. W kanałach na suficie znajdowały się nawet wmurowane specjalne metalowe bloczki, do których można było przymocować liny, bez problemu przetransportować odciętą uszkodzoną rurę i zastąpić ją nową.

Podczas II fazy zabudowy w latach 1908-1909 powstały Oddziały 2 i 10 dla kobiet. Między tymi Oddziałami Przyjęciowymi 1 i 2 biegł dziwny, wspomniany już wcześniej wysoki kanał żelbetonowy. Większość oddziałów była jednak połączona niskimi kanałami z cegły, zbudowanymi półkoliście, o wysokości nie przekraczającej 120 cm. Z Oddziału 12 dla kobiet prowadził na Oddział 11 również niski kanał. Podobnie rzecz się miała z oddziałami po stronie męskiej. Oddział 20 dla mężczyzn łączył się z Oddziałem 19 niskim kanałem. Między Oddziałami 9 a 10 również biegł niski kanał i krzyżował się z drugim równie niskim, prowadzącym na Oddział 7. Kanały te zbudowane z cegły z półokrągłym sklepieniem były tak niewielkie (około 120 cm wysokości), że chcąc nimi przejść, trzeba było się przemieszczać w pozycji mocno pochylonej lub na czworakach.

W kolejnych latach po stronie męskiej powstał pawilon nr 21 dla szczególnie niebezpiecznych pacjentów i budynek nr 48, który był najpierw Domem Starców a później stał się budynkiem mieszkalnym (tzw. dom leśny). Po stronie żeńskiej powstały natomiast Oddziały 22 i 23 dla spokojnych kobiet. Do nich nie dochodził już kanał ciepłowniczy, ponieważ były one ogrzewane samodzielnie piecami kaflowymi. W dokumentach dotyczących przedwojennej szkoły, znajdującej się w budynku 23 można znaleźć podanie dyrektora szkoły do magistratu z prośbą o przysłanie opału na zimę. Natomiast rury kanalizacyjne, prowadzące do tych budynków były bezpośrednio zakopane w gruncie.

W III fazie zabudowy szpitala, w latach 1911-1914, powstały Oddziały 4, 6, 8 po stronie żeńskiej i 14, 16, 18 po stronie męskiej. Do większych oddziałów jak 6 i 16 prowadziły również niskie kanały z półokrągłym sklepieniem zbudowane z cegieł. Natomiast do mniejszych oddziałów 4, 14, 8, 18 nie było w ogóle poprowadzonych kanałów. W latach 20. XX w. zaniechano kosztownej technologii umieszczania rur w kanałach i podobnie jak dziś zakopywano je bezpośrednio w gruncie. Do budynku apteki, laboratorium i instytutu rentgenowskiego nie prowadził żaden kanał ciepłowniczy. Doprowadzona jest tu tylko rura kanalizacyjna z Oddziału 11. Zaniechanie budowania kanałów było pewnie spowodowane trudną sytuacją gospodarczą po I wojnie światowej i koniecznymi oszczędnościami w szpitalu.

Wraz z obniżaniem się poziomu gruntu z południa na północ (od bramy głównej do prosektorium) kanały również biegną w dół w stronę przepompowni ścieków. Powoduje to obecnie podsiąkanie wody w kanale prowadzącym z Oddziału 9 w stronę prosektorium. W dokumentach z czasów niemieckich nie zanotowano tego zjawiska. Być może jest to spowodowane wycięciem części drzewostanu, który utrzymywał wodę w korzeniach lub zaniedbaniem drożności kanalizacji deszczowej. Dodać należy, że kanał prowadzący do prosektorium jest kanałem końcowym, z którego nie ma już przejścia do innych korytarzy ani żadnych skrzyżowań z innymi kanałami.

Podziemne korytarze w Obrzycach były efektywnie doświetlane światłem dziennym, które przesączało się przez grube szklane płytki, będące rodzajem luksferów. Znajdowały się one na trawnikach, chodnikach lub w bruku ulicy. Kiedy sieć ciepłownicza szpitala została zmodernizowana w latach 70. - większość luksferów została zlikwidowana. Ostatni taki poniemiecki luksfer znajdował się między oddziałem 11 a 12, dopóki go ktoś złośliwie nie stłukł (teraz pozostała po nim tylko zabetonowana dziura). Po wymianie starej sieci ciepłowniczej na nową kanały zostały zamknięte dla osób postronnych i zabezpieczone kratami. Wejście do nich było już utrudnione, mimo że wcześniej stanowiły częste miejsce zabaw dla młodzieży obrzyckiej.

Podsumowując rozważania na temat tego cudu techniki, jakim jest Szpital Psychiatryczny w Obrzycach, warto jeszcze wrócić do sprawy kradzieży w kościele.

W niemieckich dokumentach szpitalnych, zgromadzonych w archiwach w Poznaniu i Gorzowie nie ma ani jednego świadectwa na to, aby doszło do takiej kradzieży w latach 1904-1945. Dlaczego wtedy taka kradzież się nie zdarzyła? Po pierwsze dlatego, że za czasów niemieckich teren szpitala był terenem zamkniętym dla postronnych, przez bramę wpuszczał i wypuszczał odźwierny. Po drugie: nocami teren szpitala był regularnie patrolowany przez strażników, którzy czuwali nad bezpieczeństwem personelu i pacjentów. Po trzecie: pracownicy szpitala - godziwie nagradzani, oprócz pensji otrzymywali również wyżywienie, kartki na pieczywo i wędliny. Mieli również zapewnione mieszkanie, opiekę zdrowotną i rozrywki. Nikt nie ryzykowałby utraty takiego luksusu za cenę kradzieży skarbonki z kościoła. Poza tym okradanie kościoła nie licowało wtedy z postawą uczciwego obywatela i chrześcijanina.

Personel niemiecki bardzo silnie identyfikował się ze szpitalem w Obrzycach. To było nie tylko ich miejsce pracy, ale i ukochany dom. Dzisiaj natomiast jesteśmy świadkami upadku dawnego systemu wartości. Ostatnimi czasy wydaje się, że niszczenie mienia szpitala czy okradanie kościoła nikogo już chyba nie szokuje i nie dziwi.

 

Katarzyna Sztuba - Frąckowiak

 

 

IZABELA SPŁAWSKA – życie to teatr?

 

Rozmowa o teatrze, pracy i planach na przyszłość z Izabelą Spławską, która wprawdzie urodziła się w Sulęcinie, ale całe życie mieszka w Międzyrzeczu - z 6-letnią przerwą na studia w Poznaniu - reżyserką głośnych spektakli teatralnych na scenie Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury.

 

            - Sekcja teatralna działa w strukturach MOK. Współpraca jest na pewno owocna, bo zgodnie z Biblią - po owocach ją poznajemy.

- Szczerze - to bardzo nie lubię słowa „sekcja” i powoli działania teatralne będą wykraczać poza „sekcyjność”. Od początku chcieliśmy stworzyć pomost, który łączyłby wszystkie sztuki, coś holistycznego, w którym dziecko będzie mogło rozwijać różne swoje pasje. Bo dlaczego by nie połączyć tańca z teatrem, piosenką, muzyką, akrobatyką, chórem i może – w przyszłości – instrumentami na żywo? Wyszło nam widowisko, bo jest najszerszym i najbardziej otwartym gatunkiem teatralnym.

 

            - Przepraszam za „sekcję”, poprawię się. Edward Stachura napisał piękny i gorzki w wymowie wiersz – „Życie to nie teatr”. Jaki jest pani teatr?

- Teatr jest chyba miejscem, w którym mogę być po prostu sobą. Niby tak mało – a tak dużo jednocześnie. Dokładnie pamiętam, kiedy rozpoczęła się moja teatralna pasja. Miałam wówczas 10 lat i zapisałam się do kółka teatralnego prowadzonego przez wyjątkową i charyzmatyczną panią Jolantę Glurę. Chodziłam do „jedynki”, a pani Jola przygotowywała z nami Kopciuszka. Bardzo chciałam grać główną rolę, ale trafiła mi się postać trzeciorzędnej ochmistrzyni. Miałam dużo czasu na przyglądanie się moim koleżankom i kolegom. W pewnym momencie zafascynowało mnie to, jak przeistaczali się w kogoś zupełnie innego. Było to dla mnie magiczne. I zadziwiające. Do dziś zachwyca mnie ten stan. A najbardziej nieprawdopodobnie robią to dzieci. Im są mniejsze, tym większą radość sprawia im improwizacja. Najczęściej wystarczy hasło: „Bawimy się w rodzinę. Ty jesteś psem. Ja kotem. A ona mamą!” Ta dziecięca zabawa w teatr mocno mnie inspiruje, jest w niej dużo naturalności, prostoty, emocji, ale też sporo kontrastów i faktur. Myślę, że taki jest właśnie mój teatr.

 

            - Pani teatr to również dyskusja z widzami i nowe spojrzenie na bohaterów. „Królowa śniegu” wzbudziła wielkie emocje, „Pinokio” jeszcze większe. Co przed nami po wakacjach?

- Hmmm… Jeszcze nie wiem dokładnie. Przymierzam się właśnie do napisania scenariusza. Wybór tekstu nie jest łatwy, kiedyś pracowałam tylko na utworach dramatycznych, czyli dialogowych i było łatwiej. Przy widowisku – potrzebna jest wielowątkowość, wiele postaci, splotów akcji, budowania napięcia i mocnej kulminacji. Dlatego przeskoczyłam z baśni w powieść i sądzę, że następny wybór też będzie powieścią, arcydziełem literatury dziecięcej. Być może będą to „Opowieści z Narnii...”? Na razie czerpię z klasyki literatury dziecięcej, aby móc prowadzić z widzem wielowarstwowy dyskurs na kilku płaszczyznach. Adaptacja 1:1 według mnie jest niemożliwa. Zawsze jest to dzieło otwarte. Ponadto nasze realizacje wychodzą poza ramę artystyczną i stają się performatywem społeczno -ekologicznym. Jest to dla mnie bardzo ważne. I myślę, że dla nas wszystkich. Podczas zagrania 6 spektakli w scenach finałowych rozdaliśmy widzom 300 sadzonek drzew. Każdy spektakl pozostawił po sobie coś dobrego, a nasz Pinokio, mimo że zmieniony w chłopca – nadal miał cechy istoty drzewnej i miłość do natury. To nowe spojrzenie na „Pinokia” – pajaca, który wcześniej był żywym drzewem wydało mi się bardzo interesujące.

 

            - I widzowie to docenili. Na scenie oglądamy aktorów w różnym wieku - mówiących, śpiewających, tańczących. Jak pani wybiera takie perełki do realizacji swoich wizji?

- Do Pinokia nie było castingu, tyko nabór otwarty. Mógł zgłosić się każdy. Zapisało się 40 osób i każdy dostał rolę. Moim zadaniem było dopasować dzieci i młodzież do odpowiednich ról, aby każdy mógł się rozwinąć i być z siebie zadowolonym, a nawet dumnym.

W tym roku nowością była piosenka, stąd oprócz aktorów – musiałam zaprosić również wokalistów. Tutaj bardzo pomógł mi nasz regionalny konkurs piosenki Pro Arte, ponieważ tam właśnie się udałam, aby zobaczyć kto i jak śpiewa. I z jakim repertuarem poradziliby sobie uczestnicy. Najbardziej ułatwione zadanie miałam z tancerzami, ponieważ zaangażowało się Studio Tańca Gold – ukłony dla nich, dla rodziców i instruktorki Wiolety Robak – Gabarkiewicz. Akrobatyką zajęła się Bożenna Liberska i jej wspaniałe Artystyczne Formy Ruchu, a za partie chóralne odpowiedzialna była Ewa Witkowska i fantastyczny Chór Piccolo. Wymieniam wszystkich, bo wykonali kawał ciężkiej i bardzo trudnej pracy. W najgorszym czasie, jaki można było sobie wymyślić dla kultury. Będę im dziękować za każdym razem!

 

            - Świetnie połączyła to pani w efektowną całość.

- Elementów składowych jest bardzo dużo, ja to nazywam fakturami, im więcej, tym dzieło jest bardziej efektowne, ale trzeba bardzo uważać, żeby nie przesadzić. Wszystko musi do siebie pasować i tworzyć jedną całość. Szczególnie, że pracowaliśmy osobno, mieliśmy ograniczenia sanitarne, a kostiumy, muzyka, oświetlenie były tym spoiwem, które łączyło tę polifonię, składającą się ze 150 aktorów, tancerzy, wokalistów, gimnastyków i chórzystów.

 

            - Taka tytaniczna praca w dobie pandemii. Zadaniem reżysera jest stworzenie z różnego materiału efektownej całości, którą oceniają widzowie. Jest pani zadowolona z efektu pracy swojej i pracy aktorów?

- Bardzo! Najbardziej jestem zadowolona z relacji i więzi, które udało nam się zbudować. I jak bardzo było to potrzebne młodym ludziom – świadczy chyba ostatni, 6 spektakl, a bardziej finał, kiedy wszyscy uczestnicy wyszli na scenę, bijąc sobie brawa i płacząc, że to już koniec. Nigdy tego nie zapomnę. Aktorzy nie chcieli zejść ze sceny, a publiczność nie chciała wyjść z teatru. To chyba najwspanialsze uczucie, jakiego mogłam doświadczyć.

Muszę też na końcu podziękować publiczności. To ogromny zaszczyt móc dla Państwa tworzyć spektakle. Zawsze uważałam, że teatr to relacja aktor – widz i za tę więź bardzo Państwu dziękuję. Nawet najlepszy teatr – bez publiczności nic nie znaczy. Marzę o tym, aby udało się nam przetrwać i zagrać w przyszłym sezonie artystycznym.

 

            „Królowa śniegu” i „Pinokio” były przyjęte owacyjnie. Ludzie naprawdę kulturalni po obejrzeniu tych widowisk uwierzyli w kulturalny Międzyrzecz i w to, że Izabela Spławska ze swoją artystyczną ekipą i reżyserskim talentem może z powodzeniem występować na dużych polskich scenach. Mam jednak nadzieję, że dyrektor MOK Ewelina Izydorczyk – Lewy nie pozwoli na taki desant. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem, gratulujemy i czekamy na artystyczne wydarzenia.

 

Izabela Stopyra

 

 

 

 

 

HALINA ESKA – Z MIĘDZYRZECZA DO WARSZAWY

 

            Mgr Halina Eska - z domu Jarmolińska - to moja koleżanka z ogólniaka, której dom rodzinny na ulicy Krótkiej w Międzyrzeczu był bardzo gościnny i smaczny, bo zawsze było tam coś dobrego do zjedzenia, a i teraz Basia tę tradycję podtrzymuje. Znałam rodziców i Tadzia, a z Dankiem i Haliną (na zdjęciu) spotykamy się przy okazji ich wizyt w naszym mieście. Halina jako jedyna z naszej klasy wybrała się na studia do stolicy. Spotykamy się i zawsze jest o czym pogadać.

 

- Halina, dzieciństwo i lata szkolne wspomina się zawsze z sentymentem. Co zapamiętałaś z tamtych lat?

- Bardzo często wspominam swoje dzieciństwo. Jak przyjechaliśmy z Kresów do Międzyrzecza,  miałam 2,5 roku. Zamieszkaliśmy na ulicy Krótkiej w willi, której właścicielem był bogaty Niemiec. Po latach przyjechał jego syn, żeby zobaczyć rodzinny dom ojca. Został ugoszczony, obejrzał willę i …otworzył drzwi kluczem, który przywiózł z sobą. Ale chyba nikt nie wierzył, że klucz będzie pasował i że nowi lokatorzy nie wstawili nowych zamków. Potem były telefony, zapraszał brata do Monachium, ale więcej do Międzyrzecza nie przyjechał. Willa po wojnie była zdewastowana, ale tata starał się zapewnić rodzinie dobre warunki. Był technikiem ekonomistą, maturę zdawał już w Polsce, ale postawił na gospodarowanie i nigdy nie brakowało nam jedzenia. Walczył w Legionach Piłsudskiego, a w powojennych latach nikt się taką przeszłością nie chwalił i dlatego wolał być „panem na swoim”. Tak naprawdę cieszę się, że udało mi się skończyć ogólniak, a potem studia, bo często bywało trudno. Zawsze miałam serdeczne koleżanki i nauczycieli. Wspominam z wielką sympatią wychowawczynię Marię Łojównę, dyrektora Napoleona Szukiela i wuefistów, którzy zapoczątkowali moją sportową pasję.

 

- Jaka była ta sportowa droga? Pamiętam że byłaś gwiazdą szkolnej koszykówki…

- W szkole podstawowej pilnie się uczyłam i nie myślałam o sporcie. W ogólniaku była już koszykówka, treningi dwa razy w tygodniu i mniej czasu na naukę. Najpierw Helena Kumosa, potem Elżbieta Podłucka i coraz większy zapał do rozgrywek. Każdą wolną chwilę spędzałam na sali i rzucałam piłkę do kosza. Często piłkę podawał mi Zenek Laskowik. Ale drużynę to właściwie zorganizował nauczyciel fizyki p. Wacław Gołąbek, bo przecież musi być w szkole sport i dlatego powstała klasowa reprezentacja koszykówki. Pojechałyśmy na zawody do Skwierzyny i wygrałyśmy. Taki był początek, a potem wyjechała p. Kumosa, przejął nas p. Krajniak, jeździłyśmy na zawody, a jak nam nie szło, Jaś (tak pieszczotliwie nazywałyśmy profesora) pocieszał nas w przerwach – dziewczyny, jest dobrze…

 

- Dlaczego z prowincji pojechałaś do stolicy na studia?

- Jak już uświadomiłam sobie, że kocham sport, postanowiłam  studiować na Akademii Wychowania Fizycznego. Najbliżej był Poznań, ale w Poznaniu były zajęcia w różnych miejscach i trzeba było podróżować po mieście. Do Warszawy namawiał mnie nauczyciel WF-u p. Zbigniew Oleszek i bracia Młotkowscy, których mama mówiła – „panno Halino, jak studiować, to tylko w Warszawie, bo tam uczyli się Staszek i Miecio”. No i wybrałam. Nigdy tego wyboru nie żałowałam, bo AWF w Warszawie to zamknięte miasteczko sportowe i tylko na łyżwy jeździliśmy na Torwar. Ale przed studiami  pracowałam w sądzie w Międzyrzeczu pod czujnym okiem sędziego Orzeszki. To była prawdziwa szkoła życia, a stenografowanie rozpraw przydało mi się na wykładach, bo nie było podręczników, a moje notatki pomagały też  kolegom. Na studiach zaliczałam przed czasem wszystkie egzaminy, miałam bezpłatny akademik, stypendium socjalne i naukowe. Całe 1000 zł. Wtedy to było dużo, a z tej kwoty płaciłam tylko 270 zł na wyżywienie. Byłam bogata, życie studenckie było wesołe i tak sobie myślę, że nie zamieniłabym swojej młodości na inną…

 

- Jaką specjalizację wybrałaś?

- Miałam bardzo dobre oceny z wszystkich przedmiotów i wybrałam rehabilitację, a dodatkowo judo. Wprawdzie nigdy nie musiałam walczyć na macie, ale wiedziałam, że sobie z chuliganem poradzę. Z powodu  specjalizacji po studiach zostałam w Warszawie, bo ta dziedzina pomocy medycznej była w Międzyrzeczu w powijakach. Przez 3 lata pracowałam w Instytucie Matki i Dziecka, jeździliśmy w teren, mierzyłam normy rozwoju fizycznego dzieci. Wyszłam za mąż za inżyniera elektryka Romana, zmieniłam pracę i przez 20 lat prowadziłam rehabilitację w Spółdzielni Inwalidów. Spośród 2 tysięcy pracowników 70% to inwalidzi, często też z zaburzeniami psychicznymi, zatrudnieni w Oddziale pracy chronionej. Jeździłam z nimi na turnusy rehabilitacyjne do różnych ośrodków w Polsce. Pracę w Spółdzielni zakończyłam na stanowisku zastępcy prezesa ds. rehabilitacji. Następnie Urząd Miasta st. Warszawy zaproponował mi stanowisko dyrektora Zakładu Opiekuńczo – Leczniczego. To był duży ZOL – 170 łóżek i 100 osób personelu. Pracę rozpoczęłam od kapitalnego remontu pomieszczeń – od piwnicy po dach. Powstała gazowa kotłownia, łazienki przy oddziałach, działała kuchnia i pralnia, a na koniec zrobiłam projekt kolektora ścieków. Pracowałam tam 17 lat – do emerytury. Za swoją pracę otrzymałam Złotą Syrenkę za Zasługi dla Warszawy i od kombatantów odznakę za organizację opieki.

 

- Jak ci się żyje na emeryturze?

- Całe moje zawodowe życie było przepełnione pracą. Teraz z mężem żyjemy sobie spokojnie, mamy działkę w lesie, 50 km od Warszawy, tam jest nasz drugi dom. Mam czas na lekturę, teatr. Przyjeżdżamy chętnie do Międzyrzecza, w którym jest czysto, kolorowo i spokojnie. Ale to już dla mnie prawie obce miasto. Koledzy wyjechali, dawnych znajomych nie poznaję, dobrze, że ty zostałaś…

 

No, moja droga, zostałam i mogę się chwalić, że mam koleżankę w stolicy. A tak poważnie – cieszę się, że możemy się spotykać, prowadzić długie telefoniczne rozmowy, wspominać kolegów i szkolne lata. I zawsze mamy o czym gadać. 

 

Dziękuję – Izabela Stopyra

 

 


 

 

 

 Genowefa Maria Fietz-Przybylka i Starodworzanki

-rozmowa o sukcesach zespołu ze Starego Dworka

 

- W tym roku Starodworzanki obchodziły dziesięciolecie swojej działalności.

- Tak, zespół Starodworzanki swoją śpiewaczą przygodę rozpoczął w czerwcu 2011 roku. Nie od razu nazywałyśmy się zespołem, po prostu grupa koleżanek chciała coś robić dla siebie i innych. Mieszkamy w bardzo maleńkiej wsi, właściwie takiej zapomnianej, gdzieś na końcu gminy Bledzew, pomiędzy polami nad rzeką Obrą. To też był w pewnym stopniu wynik ówczesnej rywalizacji między sołectwami. To był czas, kiedy każda wieś chciała się w czymś wykazać. Więc my postanowiliśmy też pokazać że istniejemy, że  coś potrafimy zrobić, więc zaczęło się wspólne śpiewanie.

 

- Kto rozpoczął montowanie grupy?

- To była taka wspólna inicjatywa, ale takim dobrym przewodnikiem dla wszystkich stała się ówczesna sołtys Ewelina Ignacik -Dziembowska. Najpierw zwerbowała dziewczyny na zajęcia aerobiku, które ja prowadziłam. Koleżanki popróbowały swoich sił też w śpiewie grupowym. Wszystkich starałam się zachęcać i dopingować, tak powstała śpiewająca grupa z temperamentem.

 

- Od początku pani zajmuje się prowadzeniem zespołu?

- Ja tylko odnalazłam talent, który każda z nas miała w swoim głosie. Od początku przygotowywałam zespół do śpiewania bardzo ekspresyjnego, wesołego, takiego z przytupem i fajnymi  układami tanecznymi.

 

- A skąd pomysł na nazwę i gdzie był pierwszy występ?

- Nazwę stworzyłyśmy od nazwy wsi Stary Dworek - czyli Starodworzanki. Pierwszy nasz występ sceniczny w Bledzewie zaowocował wielkim powodzeniem i sukcesem. Była rzesza widzów pod sceną, brawa, i najwyższa ilość punktów, które sprawiły, że zespół otrzymał tytuł Najlepszego Sołectwa w gminie Bledzew.

 

- To był ten moment, że postanowiłyście kontynuować swoją przygodę ze śpiewaniem?

- To zmobilizowało nas do dalszego śpiewania, ale już takiego systematycznego. No i zaczęło się.

 

- Gdzie miałyście kolejne występy?

- Bardzo często śpiewałyśmy na uroczystościach lokalnych, gminnych, sąsiednich sołectw i to po kilka razy. Śpiewałyśmy piosenki o różnorodnej tematyce dostosowując repertuar do danej sytuacji. Nie zliczę już ile razy śpiewałyśmy i ile znamy piosenek. Zaczęłyśmy też zgłaszać swój udział w festiwalach.

 

- Jakie nagrody zdobyłyście?

- Nieskromnie powiem, od razu z wielkimi sukcesami rozpoczęłyśmy swój konkursowy występ, gdyż już za pierwszym razem  zdobyłyśmy Nagrodę Laureata na Festiwalu Folklorystycznym w Pieskach. Dalej to były kolejne konkursy - już co roku: Pieski, Trzciel, Krzeszyce, Skwierzyna, Tarnów k. Bogdańca, Międzyrzecz, Glisno, Lubniewice. Co roku przywoziłyśmy nagrody Laureata i Wyróżnienia. Byłyśmy dumne, ale jednak skromne, bo samo śpiewanie dawało nam satysfakcję i to w tym stylu, który my przekazywałyśmy na scenach. Dałyśmy się poznać już organizatorom festiwali jako zespół wart uwagi.

 

- A co dawało wam największą satysfakcję?

- Ogromną satysfakcję dawała i daje nam publiczność. Bo to dla nich śpiewamy, ich oklaski są dla nas najlepszą nagrodą. Dumne też jesteśmy z tego, że już wiadomo, że jesteśmy ze Starego Dworka z gminy Bledzew. Promowałyśmy nasz region piosenkami, swoimi strojami, rekwizytami, skoczną muzyką, tańcem. Dziesięć lat to niby niedużo, ale analizując zdjęcia z każdej uroczystości z naszym udziałem, to jednak dużo się działo. Jako że jesteśmy z małej wioski, nie wszystkie znałyśmy okoliczne miejscowości i przy okazji wyjazdów poznałyśmy wielu ludzi i wspaniale zespoły z innych stron.

 

- Wasze występy to także piękne stroje.

- Nasze stroje sceniczne też są dorobkiem tych dziesięciu lat, różne są na różne okazje i szyjemy je  same. Nie mamy stroju prawdziwie regionalnego, bo takowego po prostu nie ma. Ale nie powielamy strojów z żadnego regionu, tylko chusty i korale góralskie zakładamy aby zaakcentować, że w naszym repertuarze dominują piosenki w stylu góralskim - bardzo ekspresyjne i skoczne.

- A jak sobie radzicie z muzyką, bo waszym występom nie towarzyszy muzyk?

- Nie mamy w zespole muzyka instrumentalisty z powodów finansowych i braku takowego we wsi. Muzykę pod naszą tonację nagrywali nam znajomi muzycy, inne zespoły śpiewacze, członkowie rodzin uzdolnionych muzycznie. Śpiewamy coraz częściej a’ cappella, bez tekstów wspomagających, czego wymaga jury na festiwalach.

I w takich to klimatach Starodworzanki przetrwały te dziesięć lat. Dziesięć pań we wspaniałych  relacjach, zawsze gotowych do zaśpiewania dla uświetnienia różnych uroczystości. Skromne, a jednocześnie pełne radości i serdeczności.

Korzystając z okazji chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy przez te lata wspomagali nas. Podziękować koniecznie zespół musi ówczesnej sołtys Ewelinie Ignacik -Dziembowskiej i obecnemu sołtysowi Przemkowi Kuczera i Radom sołeckim, bo wspomagali nas też finansowo jak mogli. Duże słowa uznania dla naszych bledzewskich władz, które zawsze służyły i służą nam pomocą.

A z obecną wójt Panią Małgorzatą Musiałowską współpracuje się nam najfajniej i bardzo się rozumiemy.

 

Dziękuję za rozmowę i w imieniu swoim oraz czytelników życzę dalszych sukcesów.

 

Andrzej Chmielewski

Foto: archiwum rodzinne

 

 

Trzcielscy strażacy i szczepienia antycovidowe

Ochotnicza Straż Pożarna w Trzcielu nie tylko gasi pożary, ale także ratuje dobytek i ludzi w różnych trudnych sytuacjach. Pomaga wszystkim potrzebującym pomocy. Udowodniła to niejednokrotnie. W okresie pandemii było to szczególnie widoczne. Zna więc znaczenie szczepień antycovidowych i organizuje akcje popierające te działania.

W czasie, gdy zaczyna się obawa przed następną falą masowych zarażeń, strażacy zachęcają do szczepień tych, którzy jeszcze tego nie uczynili. Jest to niezwykle ważna sprawa, bo niestety chętnych jakby ostatnio brakowało. Trzciel wiosną przeżył gehennę masowych zachorowań, których skutki są odczuwalne do dzisiaj. Były również zachorowania z tragicznym skutkiem. Bilans jest więc smutny i wszyscy zapewne wiedzą, jakie ograniczenia mogą nas spotkać przy powtórce wzmożonej epidemii. Dzisiaj szczepienia nie są problemem, są łatwo dostępne i nie są niczym ograniczone. Ochotnicza Straż Pożarna w Trzcielu zachęca więc do skorzystania ze szczepień, bo jest to szansa powrotu do normalności i złagodzenia skutków pandemii. Trzcielscy strażacy zjawili się na spotkaniu z olimpijskim medalistą – Tadeuszem Michalikiem. Na wozach strażackich były plakaty reklamujące szczepienia, a informacje o datach i miejscach szczepień można było uzyskać u licznie zgromadzonych strażaków. Ich akcję poparło wielu wyjątkowych gości przybyłych na powitanie olimpijczyka. A byli to między innymi – Edward Fedko, Monika Michalik, zasłużeni mieszkańcy Ziemi Lubuskiej i ci, którym nieobojętne są losy ludzi zagrożonych covidem.

 Mieszkanka Trzciela ułożyła hasło – „Szczepienie zastosujesz – covidu nie poczujesz”. Trzeba nad problemem zastanowić się, a akcję trzcielskich strażaków potraktować odpowiedzialnie i bardzo poważnie.

Jadwiga Szylar

   

Podróż za jeden uśmiech,

czyli jak zdobyłyśmy Trójmiasto

 

  Jak każdego roku, rozpoczynamy nasze wakacyjne wojaże od wyjazdu na przełomie czerwca i lipca. W tym roku wybór padł na dobrze mi znane Trójmiasto. Zamieniłyśmy naszą czerwoną strzałę na Inter City pędzące z Berlina do Gdańska. Uwielbiam te klimaty wagonu bez przedziałów, gdzie słychać wielojęzyczny gwar. Pociąg pędził osiągając chwilami 160 km/h i w niecałe 4 godziny jesteśmy na miejscu. Można pogadać, podrzemać i zjeść coś w wagonie restauracyjnym. Cieszę się, że wnuczce też to podróżowanie przypadło do gustu. Jest wieczór, choć na dworze jasno i ciepło. Dojeżdżamy do hotelu mieszczącego się w sercu Gdańska, czyli na Starówce. Lubię hotele sieci Radisson, które wyróżnia luksus, choć bez prostackiego szpanu i usytuowanie - często w najpiękniejszych miejscach miasta. Widok z naszego hotelowego pokoju jest magiczny - Motława rozświetlona blaskiem lamp i różnorodnością kolorowych statków wypływających każdego dnia na Westerplatte, Hel i w inne ciekawe miejsca. W wodzie odbijają się kolorowe lampiony zawieszone w okolicznych knajpkach. Patrząc na ten obraz, zapomniałyśmy o zmęczeniu i ruszyłyśmy na Stare Miasto, które dopiero zaczynało budzić się do życia. Widząc rozświetlone wieczornym słońcem kamieniczki, jesteśmy zauroczone. Przemierzamy Trakt Królewski, który jest centralną osią gdańskiej Starówki. Spacerują tłumy ludzi, którzy podobnie jak my, są oczarowani tym miejscem. Knajpka przy knajpce z uśmiechniętymi ludźmi, co parę kroków jakiś uliczny grajek coś wystukuje na swoim instrumencie. Tak idziemy, patrzymy i cieszymy się widząc te cuda, które pokazują, jak nasza historia może współgrać z teraźniejszością. Czas mija, noc zapada, a ludzi tysiące snuje się Długim Pobrzeżem wzdłuż Motławy. Siadamy w knajpce, aby nie tylko zjeść, ale i poczuć atmosferę tej wtorkowej nocy. Siedzę obok 13-letniej wnuczki i cieszę się, że ona tak samo, jak ja, zachwyca się tym miejscem. Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy są pogodni, bo wypoczęci, a jak wypoczęci, to życzliwi dla innych. Zwróciłyśmy uwagę na większą niż gdzie indziej uprzejmość kelnerów i obsługi. Dziwne miejsce- wszyscy są mili i sympatyczni. Powoli wracamy do hotelu, by w błogim nastroju zakończyć ten dzień. W pokoju czeka na nas niespodzianka- tort i życzenia urodzinowe od pani manager hotelu. To właśnie jest Radisson. Budzimy się rano wypoczęte i z głowami pełnymi wrażeń po wczorajszym spacerze. Mamy mnóstwo planów na kolejny  dzień, ale najpierw śniadanko. Restauracja nie za duża, ale oferująca spory wybór śniadaniowych specjałów. Lubię ten nastrój poranka, gdy tak snujemy się z talerzami w ręce i wybieramy to, co najbardziej lubimy. Te śniadania to rytuał, na który przeznaczamy dużo czasu. Po posiłku chwila relaksu i ruszamy. Znalazłyśmy firmę, która w meleksach z przewodnikiem wozi turystów po Gdańsku. To dobry wybór, bo zobaczymy to, co najważniejsze i usłyszymy ciekawe historie. Ruszamy. Przewodnikiem jest młody człowiek, który imponuje mi swoją wiedzą i swobodą językową. Opowiada niezwykle ciekawie i barwnie o wszystkim, co po drodze widzimy. Mijamy wiele zabytkowych kościołów, a wśród nich kościół św. Katarzyny, na którego tyłach jest Bazylika św. Brygidy znana z czasów Solidarności. Zatrzymujemy się przy budynku Poczty Polskiej, jedziemy pod mur stoczni, który zawsze będzie kojarzył się z Lechem Wałęsą. Jak stocznia to i Europejskie Centrum Solidarności – muzeum, które pozwala powrócić do czasów i wydarzeń z najnowszej historii Polski. To nie tylko historia Solidarności, ale przede wszystkim lekcja patriotyzmu. Trochę dalej zatrzymujemy się przy Muzeum II Wojny Światowej, ale niestety nie wchodzimy, bo bilety trzeba zamawiać wcześniej. I tak jedziemy uliczkami Gdańska, a każda z nich ma swoją niezwykłą historię, która niejednokrotnie zmieniła bieg wydarzeń w Polsce. Wycieczka była bardzo udana. Wracamy na naszą Starówkę, by w pełnym słońcu podziwiać Ratusz Starego Miasta, przejść Długim Targiem, zatrzymać się przy Dworze Artusa i zrobić sobie fotkę przy fontannie Neptuna. Dla relaksu wsiadamy na statek i płyniemy na Westerplatte. Jest to rejs rozpoznawczy, bo bez przewodnika. Płyniemy i słuchamy z głośników historii obrony Westerplatte. Niestety trochę kropi, więc tylko pobieżnie traktujemy to ważne miejsce. Wracamy do

Gdańska w rytmie szant śpiewanych przez marynarza. No chyba na dziś dość wrażeń, jutro też jest dzień. Następnego ranka trochę przyspieszamy, bo jedziemy do Sopotu, a jak Sopot to wiadomo, że molo. Byłam tam już wiele razy i jakoś nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia, na wnuczce też nie. Posiedziałyśmy sobie na plaży, nawet zamoczyłyśmy nogi i stwierdziwszy, że najpiękniej jest u nas (czyli w Gdańsku), wróciłyśmy, aby tam poszaleć w wesołym miasteczku. Uwielbiam takie zabawy z wnuczką, bo czuję się wtedy młodsza i zdrowsza, choć maksimum moich możliwości to przejażdżka kołem. Wracamy do hotelu, już prawie noc… kolejny aktywny dzień za nami.

Ranek wita nas ciepłymi promieniami słońca. Przed nami wypad do mojej ukochanej Gdyni. Gosia musi wejść na Błyskawicę i Dar Pomorza, poczuć atmosferę Skweru Kościuszki. W tych samych miejscach bywałam dziesiątki lat temu z moim synem, a teraz przemierzam te szlaki historii z jego córką. Gdynia to także miejsce, gdzie spotykamy się z naszą rodziną i choć są to spotkania niezwykle rzadkie, to zawsze serdeczne i ciepłe. Zaliczyłyśmy także słynne gdyńskie oceanarium. Tyle wspaniałych miejsc, ludzi i przeżyć stało się naszym udziałem. Zanim wrócimy do domu, musimy jeszcze raz być na Westerplatte, tym bardziej że szkoła, do której chodzi wnuczka, nosi to imię. Tym razem jedziemy z przewodnikiem, który 2 godziny oprowadza nas po tym niezwykłym miejscu. Wspaniała lekcja historii.

 Niestety, wszystko co dobre, kończy się. Pędzimy Inter City do domu, aby trochę odpocząć i na spokojnie przeżyć tę podróż jeszcze raz.

 

   Mariola Solecka

   

NIGDY WIĘCEJ NAD POLSKIE MORZE…

Czy można to nazywać wypoczynkiem?

 

Względy rodzinne sprawiły, że po blisko dwudziestu latach po raz pierwszy wybrałem się wraz z bliskimi nad polskie morze. Wystarczył jednak tydzień nad Bałtykiem, by upewnić się w tym, że nie był to zbyt trafny wybór i wspólnie podjęliśmy decyzję, że był to nasz pierwszy, a zarazem ostatni wyjazd na polskie wybrzeże o tej porze roku. Wprawdzie przed wyjazdem z różnych źródeł docierały do nas informacje o wysokich kosztach wypoczynku oraz obscenicznym zachowaniu rodaków, ale jak mówi staropolskie przysłowie „jak nie doświadczysz tego na własnej skórze, to nie uwierzysz”. Uważam, że po tym co zobaczyliśmy i przeżyliśmy oraz czego „doświadczył” rodzinny portfel, decyzja nasza nie może być inna.

 Po pierwsze i chyba najważniejsze - kiedy jesteś z małymi dziećmi, a w naszym przypadku parą wnuków (na zdjęciu) - to chciałbyś pokazać im choć skrawek polskiego morza, by w słonecznym skwarze mogły w nim zażyć kąpieli. I w tym momencie natrafialiśmy na pierwszy, a zarazem nie ostatni problem. Choć na miejsce naszego zakwaterowania świadomie wybraliśmy hotel na obrzeżach nadmorskiej miejscowości, ponieważ liczyliśmy na mniejsze oblężenie plaży, to okazało się, że jesteśmy zbyt słabo zorientowani w tradycjach rodaków. Kiedy w pierwszym dniu wchodziliśmy na plażę, którą mieliśmy na „wyciągniecie ręki” - przeżyliśmy prawdziwy szok, a na twarzach wnucząt pojawiło się wielkie zdziwienie. Okazało się bowiem, że chcąc zobaczyć wodę „zapomnieliśmy” zabrać ze sobą platformę widokową, gdyż od morskiego brzegu dzieliły nas rzędy kolorowych parawanów, przy których kordony policji na protestach polskich kobiet to „mały pikuś”. W tej sytuacji przedostanie się do linii brzegowej wcale nie było proste i trzeba było dokonać nie lada wyczynu, by temu podołać, choć to nie było ostatnią przeszkodą. Przecież znani jesteśmy z budowania wraz całą rodziną zamków z piasków i wzajemnego zakopywania się na plaży. Jeżeli czynią to rodzice dla swoich milusińskich, to jeszcze bym zrozumiał, gdyż czymś dzieci trzeba zająć, ale jak bawią się w to dorośli, wygląda to bardzo głupio. Proszę sobie wyobrazić jak na naszych oczach tatuś zakopywał mamusię o „słusznych” gabarytach, czyli „3 razy X” aż po szyję, bez najmniejszego zainteresowania potomków, a po kilkunastu minutach po tym incydencie na plaży powstał lej jak po wybuchu bomby lotniczej. A że takie „wyczyny” wczasowiczów działy się co kilkanaście metrów, to miejsce do wypoczynku w efekcie przypominało raczej teren, gdzie prowadzone są prace archeologiczne. Sztuką więc było poruszanie się po plaży, by nie doznać uszczerbku na zdrowiu.

Kolejną ciekawostką polskich plaż są wszechobecne plastikowe latawce, które w pierwszym wypadzie do sklepów rodzice zakupują dla swoich dzieci. I tu kryje się ciekawostka, bowiem zakup niezbyt długo cieszył się zainteresowaniem obdarowanych, gdyż okazywało się, że tak naprawdę nabytek nie chciał latać, więc szybko zostawał porzucony. Wtedy do akcji wkraczali tatusiowie, pragnąc udowodnić dzieciom swoją wyższość i zaimponować im umiejętnością obsługi tak prostej konstrukcji. Działo to się bez najmniejszego zainteresowania „właściciela” latawca, który wcale nie rozpaczał nad niezbyt trafionym zakupem, ale za to przy wzmożonej uwadze innych plażowiczów. Ich zainteresowania nie wzbudzał wcale „wysoki kunszt pilotażu” tatusia, ale to, by nie dostać latawcem, ponieważ plastikowa konstrukcja po kilku sekundach w powietrzu  pikowała ostro ku ziemi i nie miało najmniejszego znaczenia w czyich rękach były zwoje żyłki mające utrzymywać latawiec na uwięzi.

Do powyższych „ciekawostek” znad polskiego morza należy jeszcze dodać notoryczne spożywanie przez przedstawicieli obojga płci sporych ilości piwa, palenie papierosów oraz wulgaryzmy czy też oddawanie moczu na wydmach, co raczej niezbyt świadczy o poziomie kultury wypoczywających. Dlatego też z powodu  tych przykładów zachowania rodaków, codziennie nakładaliśmy sporo metrów, by mieć łatwy dostęp do morza i miejsca na plaży, gdzie wraz z wnukami mogliśmy spokojnie wypoczywać.

Na koniec powrócę do tzw. „parawaningu”. Kiedy zapytaliśmy plażowiczkę dlaczego odgradza się kilkunastometrową płachtą materiału od innych, usłyszeliśmy „że potrzebna jest jej strefa intymności i spokoju”! Po tym, czego byliśmy przez tydzień świadkami, trudno w te słowa uwierzyć i ludzi tych zrozumieć. Powtórzę jeszcze raz „nigdy więcej nad polskie morze w sezonie wakacyjnym”.  

 

 Jerzy Rudnicki

    

Poigrzyskowe i nie tylko remanenty Jana W.

 

      Igrzyska Olimpijskie TOKIO 2020 zakończone. Opadł już kurz po wszystkich zawodach. Nadszedł czas na podsumowanie sportowych sukcesów i porażek naszych olimpijczyków.

Jak zawsze były głosy zachwytu nad naszymi zawodnikami i głosy potępiające w czambuł nie tylko sportowców, ale szkoleniowców i działaczy w poszczególnych dyscyplinach. Pięć dni po zgaśnięciu znicza olimpijskiego – ja - wyspany i wypoczęty mogę wyrazić swoje spostrzeżenia. Imponująco wypadło otwarcie Igrzysk jeśli chodzi o ilość reprezentacji poszczególnych państw biorących udział w tych oczekiwanych od roku zawodach. Część artystyczna otwarcia była w miarę ładna, ale puste trybuny sprawiały wrażenie niezbyt korzystne. Te puste trybuny w dalszej części zawodów nie służyły sportowcom. Pandemia zabrała wiele radości zawodnikom zwłaszcza plasującym się na czołowych lokatach. Oczekiwania kibiców naszego kraju w tym i moje były stosunkowo wysokie. Z pewnością nie należałem do tej części kibiców, która wzorem wielu dziennikarzy i samych zawodników dmuchała w balonik przewidując sukcesy, do których nasi zawodnicy nie dorośli, lub byli nieprzygotowani zarówno pod względem sportowym, mentalnym, jak i personalnym. W całych Igrzyskach wystąpiło 205 reprezentacji krajowych, w tym Rosjanie pod flagą Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego i reprezentacja uchodźców. W sumie brało udział 11326 zawodników w 339 konkurencjach 33 dyscyplin sportowych.

 Na Igrzyskach reprezentowało nasz kraj 211 zawodników, a w sumie z działaczami i szkoleniowcami było nas tam 428 osób. Nasi zawodnicy wystąpili w 28 dyscyplinach sportowych, w 137 konkurencjach. To są dane oficjalne, gdyż w rzeczywistości było tam dużo więcej przedstawicieli naszego kraju. Warto wspomnieć o 6 przedstawicielach pływania, którzy pojechali do Tokio i wrócili bez możliwości startu. To nastąpiło z oczywistych błędów Związku Pływackiego, który na hura wysłał zawodniczki i zawodników mających startować w sztafetach pływackich. Wina Związku ewidentna, ale mało kto zwrócił uwagę na niewypełnienie przez sportowców norm kwalifikacyjnych na Igrzyska. Tak więc dużo winy, a może większość leży po stronie pływaków. To był tylko jeden z przypadków nieprawidłowości u pływaków. Mnie najbardziej „wkurzyło”, gdy okazało się, że najmłodsza nasza 14- letnia pływaczka nie miała tam swojego szkoleniowca, a do doświadczonych pływaków jechało 2 trenerów.

Pomijając tę jedną z wielu wpadek polskich działaczy, przejdę do najradośniejszych momentów startu naszych reprezentantów. Co najmniej na 5 spisali się nasi lekkoatleci, zdobywając 9 medali. Według wcześniejszych prognoz 2 złote można było przewidzieć. Były to medale w rzucie młotem kobiet – Anita Włodarczyk i rzucie młotem mężczyzn – Wojciech Nowicki. Trzeci złoty medal „aniołki” Matusińskiego zdobyły wraz z częścią męską w sztafecie mieszanej 4 x 400 m. Medal wywalczyły zawodniczki: Natalia Kaczmarek, Justyna Święty Ersetic, Karol Zalewski i Kajetan Duszyński. Ponadto za tę konkurencję złote medale odebrali zawodnicy startujący w półfinale w zastępstwie koleżanek i kolegi: Iga Baumgart – Witan, Małgorzata Hołub - Kowalik i Dariusz Kowaluk. Czwarty złoty medal to wielka niespodzianka dla kibiców, działaczy i samego zawodnika. Dawid Tomala zwyciężył w chodzie na 50 km. Dyscyplina może nie jest widowiskowa, ale sposób rozegrania tej konkurencji przez Tomalę rewelacyjny, żadnej asekuracji tylko walka, walka i jeszcze raz walka. Nasuwa się tylko jedna myśl, gdyby zawodnicy innych konkurencji i dyscyplin  tak nie kalkulowali, a dawali z siebie wszystko, to dorobek medalowy naszych reprezentantów byłby znacznie okazalszy. U większości zawodniczek i zawodników brak było waleczności. Tych chyba zadowalał sam start w zawodach. Srebrnymi medalami mogły poszczycić się zawodniczki biegające w sztafecie 4 x 400: N. Kaczmarek, I. Baumgart – Witan, M. Hołub – Kowalik, J. Święty – Ersetic i Anna Kiełbasińska. Cztery pierwsze biegły w finale zawodów. Kolejne srebro „przygarnęła” Maria Andrejczyk. Ta wspaniała sportowo i nie tylko zawodniczka tuż po zakończeniu konkurencji poinformowała, że swoje srebro odda na licytację, aby wspomóc chorego na serduszko młodego Miłosza z Cieszyna. Wielkie brawa należą się Marysi za wywalczenie srebrnego medalu i nie mniejsze za gest, który jest godny naśladowania. Brązowe medale wywalczyli Patryk Dobek w biegu na 800 m. po pięknej rywalizacji z plejadą dużo wyżej notowanych przed Igrzyskami zawodników, Malwina Koproń w rzucie młotem kobiet i Paweł Fajdek w rzucie młotem mężczyzn. Rzut młotem okazał się najbardziej medalodajną konkurencją dla zawodników naszego kraju. Malwina bardzo ładnie walczyła i była bardzo bliska srebra, ale z medalu brązowego cieszyła się razem ze swoim dziadkiem, który jest jej szkoleniowcem. Z kolei Fajdek przełamał swoją niemoc z poprzednich dwóch Igrzysk, gdzie jako wielki faworyt nie potrafił rzucać na swoim normalnym poziomie. Przecież on jest czterokrotnym Mistrzem Świata. Zapowiedział, że w najbliższych Igrzyskach w 2024 r. będzie lepiej. Oby! Srebrni medaliści Tokio 2020 w konkurencjach „wodnych” to w wioślarstwie czwórka podwójna w składzie: Agnieszka Kobus – Zawojska, Marta Wieliczko, Maria Sajdak i Katarzyna Zillmann.

 Warto było w godzinach nocnych oglądać wspaniałą walkę naszych pań uwieńczoną sukcesem. Czy sukces był spodziewany? Każdy medal to wieloletnia praca, ale wywalczony w taki sposób sprawia wiele satysfakcji. Na mecie 2 km wyścigu różnice są niewielkie i te kilka centymetrów decyduje o niebie lub piekle. To już historia i za trzy lata dziewczyny zapowiadają walkę o większe sukcesy. Żeglarstwo kobiet też dostarczyło nam kibicom wiele radości i wzruszeń. Startujące w klasie 470 Agnieszka Skrzypulec i Jolanta Ogar w ostatnim wyścigu „wyszarpały” srebro. Przez kilka dni na akwenie wodnym nasze dzielne zawodniczki zmagały się z rywalkami, warunkami atmosferycznymi i gronem sędziów. O tym gronie sędziów nie napisałem przypadkowo, gdyż inni nasi zawodnicy startujący w innych klasach doświadczyli sędziowskiej nieprzychylności. Po prostu przepisy naginali pod odpowiednich zawodników z różnych krajów. Trzeci „wodny” medal zdobyły kajakarki Karolina Naja i Anna Puławska płynąc w dwójce na dystansie 500 m. Przyjemnie ogląda się zawodniczki płynące z wielkim zaangażowaniem, a do tego zdobywające srebrny medal. Obie panie były bardzo dobrze przygotowane do startu olimpijskiego, co udowodniły w wyścigach kajakowych czwórek na takim samym dystansie. Startując wraz z Justyną Iskrzycką i Heleną Wiśniewską w tej drugiej konkurencji plasując się na 3 miejscu wywalczyły medal brązowy. Medal tym cenniejszy, że Iskrzycka do osady dołączyła bardzo późno ze względu na kontuzję koleżanki. Pozostał do omówienia ostatni brązowy medal. U mnie jest on ostatni, ale ma wyjątkowe znaczenie. Zdobył go Tadeusz Michalik wywodzący się Jasieńca koło Trzciela, czyli nasz człowiek obecnie reprezentujący klub poznański. Dla formalności dodam, że startował on w zapasach stylu klasycznego w kategorii do 97 kg. Jego walki było przyjemnie oglądać, a walka o medal dostarczyła tyle emocji, że zasnąć było ciężko. Tym bardziej że w studiu telewizyjnym komentowała walkę siostra Tadzia - Monika, brązowa medalistka igrzysk w Rio przed 5 laty. Nie wiem kto więcej łez uronił. Muszę przyznać, że też miałem mokre oczy, a głos był sztuczny.

 

W imieniu czytelników Powiatowej gratulacje i podziękowania za masę wzruszeń dla wszystkich medalistów i zawodników, którzy uzyskali dobre wyniki, ale rywale byli lepsi.

 

 Nie ujmuję w tych gratulacjach sportowców, którzy za punkt honoru uznali tylko olimpijski start. Nie wiem dlaczego komentatorzy uznali za sukces wyniki maratończyków. Już po kilku kilometrach zarówno kobiety jak i mężczyźni „okopali” się na końcowych lokatach i bez żadnego zaangażowania starali się dobiec do mety, co nie wszystkim się udało. Najbardziej rzucało się w oczy to, że po tych paru kilometrach byli zniechęceni do kontynuacji biegu. Byłem przekonany o rychłym zejściu z trasy naszych i innych zawodników, co niebawem nastąpiło. To jeden z wielu przypadków, gdzie zawodnicy z naszej drużyny nie byli zdolni do podjęcia sportowej rywalizacji. Z głębokim żalem wspominam medalodajne konkurencje, które przysporzyły nam złotych, srebrnych i brązowych medali w latach minionych. Konkurencje te to boks, szermierka, podnoszenie ciężarów, zapasy (z wyjątkiem naszego Tadzia), judo i w mniejszym stopniu inne. Wyjaśnienie takiego stanu rzeczy upatruję w rozpadzie dawnego państwa o nazwie ZSRR. Dawne republiki, a dzisiaj nowe państwa, wystawiają swoich bardzo mocnych sportowo zawodników i zrobił się po prostu większy ścisk na czołowych pozycjach. Z tym, że takich konkurencji było więcej.

 Osobny rozdział to postawa i wynik naszych siatkarzy i jej trenera Vitala Heynena. Szumne zapowiedzi słyszane już od wielu miesięcy we wszystkich środkach masowego przekazu, a przekazywane przez zawodników i trenera zapewnienia o wręcz rodzinnej atmosferze dawały  niektórym kibicom gwarancję, że tak się stanie. Do tego dziennikarze znajdujący się blisko siatkówki pompowali balonik. Wszystkie drobne potknięcia były bagatelizowane. Patrzący bardziej racjonalnie dziennikarze zaczęli mieć drobne wątpliwości po ogłoszeniu składu drużyny na Igrzyska. Mylące było 2 miejsce w Lidze Narodów, gdzie nasza reprezentacja zajęła taką lokatę. Już wtedy było widać, że inne zespoły miały dobry poligon doświadczalny, a nasi stawiali na szali wszystko. Można było mieć wątpliwości co do imiennych wyborów trenera, ale zarazem większość trenerowi wierzyła. Któryś raz z kolei nie udało się naszym orłom przebrnąć ćwierćfinałów. Żadnym pocieszeniem nie jest to, że przegraliśmy z późniejszym złotym medalistą, drużyną Francji. Słaba gra wystawiacza – nie rozgrywającego (już po pierwszym pojedynku z Iranem – przegranym -  uważałem, że Drzyzga boi się grać i w tej formie tego zadufanego w sobie zawodnika pożytku nasza kadra mieć nie będzie), zbyt delikatne serwisy, brak kapitana (dlaczego jechał Kubiak, delikatnie mówiąc niedysponowany) i wiele innych niedoskonałości było przyczyną porażki, bo za taką należy uznać zajęcie 5-8 lokaty, a nie jak podają nasze publikatory 5 miejsca, ponieważ meczów o lokaty powyżej 4 nie grano. Osobny rozdział to trener i niezrozumiałe dla znawców zmiany dokonywane podczas meczów. Heynen po prostu bał się coś ruszyć, a przecież gorzej być nie mogło. Nie wiem dlaczego duża część kibiców nie chciała dopuścić do siebie myśli, że siatkarze ponieśli porażkę (nie klęskę) i śpiewała piosenkę znaną z boiska piłkarskiego „Polacy nic się nie stało”.

Osobny rozdział to również sprawozdawcy sportowi w telewizji TVP. Byli tacy co dogłębnie poznali zasady konkurencji, które relacjonowali i tacy, którzy wprowadzali chaos i niezrozumienie dla widzów. Rozpływanie się w zachwytach p. Babiarza tylko przeszkadzało w oglądaniu, a i doświadczony D. Szpakowski też potrafił doprowadzić do wściekłości.

 Igrzyska Olimpijskie Tokio 2020 przeszły już do historii. Jeszcze w sierpniu rozegrane zostaną Igrzyska Paraolimpijskie, gdzie nasi reprezentanci mają szansę zdobyć dużo więcej medali, z zaznaczeniem - mają szansę. Tylko niecałe pół roku poczekamy do Zimowych Igrzysk Pekin 2022 i 3 lata do letnich Igrzysk w Paryżu. Duża część zawodników wytrwa do tego czasu jako czynnie uprawiająca sport. Tym,  którzy teraz zakończą kariery, a jest ich też dużo, dziękujemy i życzymy zdrowia i odnalezienia się w innej roli, już nie tylko sportowej. Powrócę jeszcze do Tadzia Michalika przepraszając go za zbyt familijną formę. Spowodowane to było oglądaniem jego walk i komentarzem jego siostry Moniki, która cały czas  powtarzała Tadzio, Tadzik - i bardzo było to piękne.

 

W imieniu sportowej części czytelników Powiatowej gratulacje dla Tadzia i jego wybranki Pauliny z okazji ślubu w poniedziałek 16 sierpnia. Jednocześnie życzę wielu sukcesów sportowych i w życiu prywatnym już we dwoje, później co Bóg da. Sto lat!

 

     W cieniu Igrzysk odbywały się inne nieolimpijskie sporty. Na początek żużel i lider Bartek Zmarzlik, który na naszym terenie ma bardzo wielu kibiców. Na pierwszych dwóch turniejach w Pradze wyniki były co najwyżej dostateczne, ale trzy następne zwycięskie i podparte 2 miejscem zawody doprowadziły naszego asa na czoło klasyfikacji Grand Prix. Jeszcze 5 turniejów i wszystko będzie jasne. Liczę, że reprezentant klubu Moje Bermudy Stal Gorzów Bartosz Zmarzlik po raz 3 z rzędu zdobędzie tytuł Mistrza Świata. Tego życzę Bartoszowi z całego serca. Nie będą z tego zadowoleni - moja córka, mieszkanka Zielonej Góry i syn z wnukiem, mieszkańcy Wrocławia. W tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że większość polskich kibiców nie kibicuje zawodnikowi naszego kraju, a obcokrajowcowi reprezentującemu miasto, z którego kibice pochodzą. Do zakończenia rywalizacji o Mistrzostwo świata pozostały jeszcze 4 turnieje i mistrza poznamy 2 października, chyba że lider uzbiera tyle punków przewagi nad rywalami i jego start w ostatnim turnieju będzie formalnością. Na dzień dzisiejszy przewaga Zmarzlika wynosi 3 pkt. nad wiceliderem.

 W cieniu tych imprez znajdują się rozgrywki piłkarskie. Zawodnicy ekstraklasy już grają i jakoś cicho o rozgrywkach. O europejskich pucharach i grających w niej naszych drużyn lepiej nie wspominać, chociaż na plus należy zapisać zespół Rakowa Częstochowa, który przebrnął przez kolejne etapy rozgrywek i jeden rywal pozostał do osiągnięcia celu sportowego i finansowego. Powoli startują też piłkarze niższych lig i klas rozgrywkowych oraz innych dyscyplin. A więc kibicujmy swoim ulubieńcom!

 

   Jan Wiśniewski

   

Orzeł mierzy wysoko

 

Siatkarze międzyrzeckiego Orła rozpoczęli przygotowania do sezonu 2021-2022.

Zawodnicy klubu LBS Bank Janas Logistics KS Orzeł Międzyrzecz rozpoczęli treningi przed rundą zasadniczą drugoligowych rozgrywek. Podczas popołudniowych zajęć w hali sportowo-widowiskowej spalają zbędne kalorie i odzyskują formę po wakacyjnej labie.

Sprawdzianem formy będzie dla międzyrzeczan towarzyski turniej, który rozegrają we własnej hali w ostatni weekend września z siatkarzami z Żagania, Gorzowa Wlkp. i Poznania. Ligowe rozgrywki rozpoczną meczem z siatkarzami z Torunia, który odbędzie się 2 października w hali w Międzyrzeczu.

W sezonie 2021-2022 w biało -niebieskich barwach Orła grać będzie kilku nowych zawodników. Obowiązki trenerów wzięli na swoje barki doskonale znani kibicom Piotr Haładus i Dominik Sroga. Niebawem poznamy nazwisko trenera.

Zawodnicy Orła będą grać w pierwszej grupie, która składa się aż z 12 zespołów. Nie kryją apetytu na czoło w tabeli i awans do fazy play off po rundzie rewanżowej. – Liczymy na wsparcie kibiców oraz sponsorów – zaznacza P. Haładus.

Głównym sponsorem klubu jest Gmina Międzyrzecz.

Skład Orła w sezonie 2021-2022: 1. Dawid Zarębski, 2. Piotr Pabisiak, 3. Artur Troska, 4. Piotr Haładus, 5. Bartosz Belchnerowski, 6. Dominik Sroga, 7. Tomasz Chwirot, 8. Mariusz Szulikowski, 9. Bogdan Jurant, 10. Patryk Zarębski, 11. Maciej Walczak, 12. Bartosz Dorosz, 13. Marcin Wanat, 14. Kacper Szala, 15. Konrad Woroniecki, 16. Arkadiusz Mitas.

 

Dariusz Brożek

   

Z zapaśniczej maty

W czasie wakacji zapaśnicy z „Trzcielskich Orląt” mają przerwę w treningach, ich aktywność na macie jest znacznie ograniczona. Wszyscy raczej skupili się na zapasach prezentowanych na ekranach telewizyjnych, szczególnie tych rozgrywanych na igrzyskach olimpijskich w Tokio, tym bardziej że walczył na nich ich starszy kolega – Tadeusz Michalik, przed laty również zawodnik „Trzcielskich Orląt”. Inny, do niedawna jeszcze trzcielski zapaśnik, a obecnie zawodnik „Sobieskiego” Poznań także odniósł duży sukces. Jest nim Adam Fietz, który zdobył złoty medal podczas Mistrzostw Europy Kadetów w Sumo. Wielkie gratulacje od redakcji! Mistrzostwa odbyły się w Siedlcach. Jest to dyscyplina sportowa podobna do zapasów. Wielu więc zapaśników startuje również w sumo. Adam Fietz ma już wiele osiągnięć w zapasach rangi krajowej i ma sporo szans na dalszy rozwój swojej kariery w nowym klubie, do którego przeszedł w styczniu tego roku. To przejście jest związane z nauką w średniej szkole, którą podjął w Poznaniu.

Od nowego roku szkolnego „Trzcielskie Orlęta” będą miały również zajęcia trenerskie z Moniką Michalik, brązową medalistką z Rio. I to jest bardzo interesująca wiadomość i zapewne zachęcająca, zwłaszcza dla dziewcząt, do podjęcia treningów w „Trzcielskich Orlętach”.

Jadwiga Szylar

 

SMUTNO – RADOSNE IGRZYSKA

A miało być tak pięknie …

 

Jak setki milionów kibiców rozsianych po całym świecie przez długie miesiące oczekiwałem wiadomości dochodzących z Japonii, a dotyczących Letnich Igrzysk Olimpijskich Tokio ‘2020. Prawie codziennie przeglądałem wszelkie nośniki medialne, by na bieżąco być z tematyką dotyczącą największego święta sportu, a pozyskanymi wiadomościami starałem się dzielić z naszymi czytelnikami, za co mi wielokrotnie dziękowano. Aż wreszcie nadszedł piątek 23 lipca, dzień tak długo oczekiwany zarówno przez gospodarzy imprezy, sympatyków sportu, jednak głównie przez samych sportowców, którzy musieli o rok dłużej wyczekiwać na start na obiektach olimpijskich.

Smutne igrzyska? Szybko tłumaczę, dlaczego użyłem przymiotnika „smutne”, choć to przecież wspaniałe wydarzenie sportowe o wymiarze globalnym. Słowa te padły z ust mojej żony Danuty, z którą wspólnie oglądaliśmy ceremonię otwarcia igrzysk. W czasie trwania uroczystości żona na co dzień nie będąca tak naprawdę zbyt wielkim sympatykiem sportu (choć może trudno w to uwierzyć, kiedy jest moją wybranką już od tylu lat) patrząc na telewizyjny ekran stwierdziła, że jest jej strasznie żal wszystkich uczestników tego wydarzenia. Wprawdzie wszystko przebiegało zgodnie z ceremoniałem, sprawnie i bezpiecznie, ale przy pustych trybunach stadionu, na którym przecież powinno zasiąść kilkadziesiąt tysięcy kibiców. Nawet wkraczające na płytę boiska kolorowe jak zawsze z tej okazji reprezentacje wszystkich krajów i świetna oprawa uroczystości nie były w stanie zastąpić entuzjazmu płynącego ze strony tych, którzy to wszystko na żywo mieli oglądać z trybun stadionu. Kiedy czołowa tenisistka świata Naomi Osaka zapalała znicz olimpijski, to miałem łzy w oczach, gdzieś w sobie czując jak nieme mogą być to igrzyska. Nie wiem ilu czytelników zgodzi się z moim spostrzeżeniem, że ta smutna atmosfera została przeniesiona do hal, na pływalnie, inne stadiony i obiekty, gdzie toczyła się rywalizacja o medale olimpijskie. Radość i szczęście było tylko przy tych zawodnikach, którzy w danej dyscyplinie mieli więcej przedstawicieli swojego kraju, albowiem nie pozostawali sami w sportowej rywalizacji. Przykładem są nasi lekkoatleci mogący się nawzajem dopingować, a oglądać to mogliśmy na ekranach telewizorów i mamy tego dowód w ilości zdobytych medali. Wielokrotnie z ust zawodników różnych dyscyplin sportów indywidualnych czy zespołowych słyszy się, jak ważnym czynnikiem do osiągnięcia końcowego sukcesu jest obecność kibica na trybunach, na trasie biegu czy wyścigu. Dlatego uważam, że wielu sportowcom w bezpośredniej walce o medale w Tokio tego zabrakło, czego przykładem niech będzie występ na igrzyskach reprezentacji polskich siatkarzy. Tyle w temacie „Smutne igrzyska”.     

Igrzyska radosne? – W lipcowym wydaniu „Powiatowej” w tytule mojego artykułu postawiłem pytanie: „Ile wart jest polski olimpijczyk” i zamieściłem swoją analizę porównawczą z innymi krajami ilości medali wywalczonych do Letnich Igrzysk Olimpijskich Tokio ‘2020.

Niestety, nie wypadamy w niej zbyt korzystnie, choć dla porównania nie wziąłem w ogóle pod uwagę takich krajów jak: Francja, Niemcy, Rosja, Włochy czy Wielka Brytania, dlatego kończyłem pytaniem: „ile tak naprawdę brakuje obecnym czempionom do takich gwiazd sportu jak Irena Szewińska, Jerzy Pawłowski, Robert Korzeniowski, Witold Woyda”.

Mieliśmy się o tym przekonać na przełomie lipca i sierpnia po występach naszych sportowców. Początek igrzysk okazał się niezbyt przychylny dla polskich reprezentantów. Czekaliśmy prawie tydzień, aby na podium dla medalistów pojawili się nasi zawodnicy. Chociaż na igrzyskach reprezentowało Polskę ponad 200 zawodników, którzy startowali w 28 dyscyplinach i prawie 100 konkurencjach, to dopiero czwórka wioślarek jako pierwsza z polskiej ekipy „odebrała medale” olimpijskie. Słowo „odebrała” jest adekwatne do tego, co działo się w czasie ceremonii medalowej, kiedy to same musiały nagradzać siebie medalami. Nie był to odosobniony przypadek, gdyż obowiązywał wszystkich sportowców od pierwszego do ostatniego dnia igrzysk i do szczęściarzy należeli ci, co nie startowali indywidualnie, gdyż mogli liczyć na partnera, który zawiesi mu medal na szyi. Aha! z medalem naszych wioślarek wiąże się jak dla mnie „oryginalna dość” wypowiedź jednego z telewizyjnych dziennikarzy sportowych, który komentując zwycięstwo polskiego żużlowca w Grand Prix pozwolił sobie połączyć oba wydarzenia słowami cyt.Polska jest sportową potęgą”! Kiedy to usłyszałem, przypomniał mi się film „Kilerów - 2” i słowa Janusza Rewińskiego, filmowego Stefana „Siary” Siarzewskiego, który zwrócił się do jednego z aktorów słowami cyt.Czy tobie czasem Wąski sufit na łeb się nie spadł” i to samo od razu pomyślałem o autorze owego komentarza. Choć radował mnie każdy kolejno zdobyty medal, to ani przez moment nie wpadło mi do głowy stwierdzenie, że jesteśmy sportową potęgą. Faktem jest, że przyjemnie było patrzeć, jak biało - czerwoni stawali na olimpijskim podium, a szczególnie ci, na których mało kto stawiał, jak zdobywca złotego medalu w chodzie na 50 km Dawid Tomala czy też nasz „brązowy” zapaśnik Tadeusz Michalik, ale w sumie to zaledwie 14 medali ! Może mnie ktoś  uważać za malkontenta, ale sądzę, że mam rację i nie jestem w takiej ocenie odosobniony. Wyniki polskich olimpijczyków świadczą o usportowieniu Polaków i z polskim sportem nie jest tak dobrze, jak można sądzić na podstawie klasyfikacji medalowej. Powtórzę raz jeszcze, to tylko czternaście olimpijskich krążków. Dla porównania sportowcy Holandii, która liczy 17,3 miliona mieszkańców - zdobyli w japońskiej stolicy 36 medali w tym 10 złotych, Węgrzy z kraju liczącego 9,6 miliona wywalczyli 20 medali, w tym 6 złotych, a nasi południowi sąsiedzi Czesi, których jest 10 milionów - do kraju powrócili z 11 medalami, w tym 4 były z najcenniejszego kruszcu. Przypomnę, że Polskę zamieszkuje 37,6 miliona mieszkańców, dlatego każdego czytającego ten tekst proszę, aby sam głęboko się zastanowił i odpowiedział sobie na pytanie: „Czy Polska jest sportową potęgą”? Proszę w ocenie nie łączyć występów olimpijczyków z „wyczynami” polskich piłkarzy na europejskich boiskach np. na EURO ‘2020, bo po prostu szkoda na to czasu.

I jeszcze jedno - jak niewdzięcznym jest naród francuski za to, że „to my Polacy nauczyliśmy go posługiwania się widelcem” – bo nie dosyć, że ich reprezentanci wybili naszym siatkarzom marzenia o medalu, to jeszcze niemal w każdej dyscyplinie zespołowej, zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn, stawali na olimpijskim podium, a suma w ogóle zdobytych medali przez reprezentantów Francji to 33 - 10 złotych, 12 srebrnych i 11 brązowych.

 

Jerzy Rudnicki

   

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.