Do przemyślenia…

      - I JESZCZE RAZ O DRZEWACH. Międzyrzecz był zielonym miastem, a teraz jest miastem okaleczonych kikutów drzew, których niemy krzyk oskarża wszystkich, którzy na to pozwalają. W naszych pięknych lasach smutne łysiny po wyrębach, które podobno mają zostać zalesione. Tylko i sami leśnicy nie usłyszą już szumu tych drzew, bo las rośnie długo. A w mieście? Pamiętam, ile trzeba było napisać udokumentowanych podań, żeby wyciąć drzewo chore i zmurszałe, i jak się drzewa ratowało różnymi metodami. A teraz? Nie ma już pięknych kasztanów na rynku, nie ma lip, jarzębin. Komuś przeszkadza gałązka czy korzeń – to wycina się drzewo, albo tak je okalecza, żeby umarło. I w tym szaleństwie jest metoda – kikuty uschną i w majestacie prawa drzewa się wytnie. A my będziemy mieszkać w kamiennej pustyni. Czy w Międzyrzeczu są ekolodzy? Jeszcze słychać śpiew ptaków, ale jak długo jeszcze …

      - TABLEAU MAJĄ ZNIKNĄĆ ZE SZKÓŁ?– Tableau to tablice ze zdjęciami absolwentów  uczelni, szkół, różnych placówek i instytucji, które pokazywały historię tych miejsc. I czy mają zniknąć te pamiątki ze szkół i z nimi wieloletnia tradycja? Przeczytałam taką informację i zainteresowałam się dlaczego tak się dzieje. Dyrektor międzyrzeckiej budowlanki (nowy) powiedział dziennikarzowi, że absolwent sprzed lat nie życzy sobie swojego zdjęcia na tableau. No i ma być dziura po zdjęciu? Panie dyrektorze, po co pan dyskutował z takim dziwakiem! W latach 60. XX wieku żadne RODO nie obowiązywało, a pana zadaniem jest dbanie o zachowanie historii szkoły. W Bobowicku dyrektor jest absolwentem tego technikum, podobnie jak i wielu nauczycieli, i wszyscy, mam nadzieję, będą dbać o zachowanie tradycji, pamięci o dyrektorach i nauczycielach. Uczyłam w obu tych szkołach i wiem, że uczestnicy zjazdów jubileuszowych najpierw szukają „swoich” tablic  i cieszą się, że zostawili w szkole jakiś ślad. Kiedyś w Bobowicku zrobiliśmy z okazji jubileuszu taką wystawę na korytarzu –i  było to najbardziej oblężone miejsce. W obu szkołach obecnie trwa remont, ale myślę, że tableau wrócą na swoje miejsca. W tym roku i tak będzie inaczej – nie było studniówek, na maturze abiturienci będą zamaskowaniu, no i problem sam się rozwiąże – bo nikt nie będzie chciał po kilku latach oglądać swojego wizerunku w masce. A z tym RODO to wyszliśmy przed szereg. Wczasy spędzamy na Rodos (otoczonym siatką lub murem) , w urzędach i przychodniach jesteśmy numerkami i dojdzie do tego, że naukowcy, aktorzy, gwiazdy sportu, dziennikarze, artyści i politycy będą anonimowi. Komu tak przeszkadza historia, tradycja i zdrowy rozsądek? Obawiam się, że teraz wszystko, co było kiedyś – przeszkadza, szczególnie historia. I jak mówi klasyk – niczego już nie będzie. Może wtedy wróci drugi obieg, konspiracja,  tajne nauczanie. I znowu będzie normalnie.

      - SZCZEPIMY SIĘ!  Nie ma innej możliwości, trzeba się zaszczepić, bo to nas ochroni przed zarazą XXI wieku. Ilość zachorowań w naszym, kiedyś „białym powiecie”, rośnie w zastraszającym tempie. Ale co się dziwić – wiele osób chodzi bez masek, nie trzyma dystansu, w marketach warzywa i owoce ludzie przebierają bez rękawiczek. Rękawiczki są w każdym sklepie, podobnie jak płyn do dezynfekcji rąk i wszelkie ostrzeżenia. Ale kto Polakowi będzie coś kazał?

A teraz drugi problemGDZIE SIĘ ZASZCZEPIĆ?  Międzyrzeczanie tłumnie ruszyli do Bledzewa, gdzie można się dodzwonić bez czekania na połączenie. W Media – Plus Świadczenia Medyczne Marzena Kucharska w Bledzewie zarejestrowało się wielu moich znajomych. Ta ościenna gmina potraktowała nas serdecznie i gościnnie. Bałagan z miejscem szczepień w międzyrzeckim szpitalu to osobny kwiatek - ul. Konstytucji 3 Maja 35 to adres szpitala i poradni specjalistycznych (dla międzyrzeczan dawny żłobek). Ludzie zdezorientowani, zdenerwowani, bo nikt ich nie poinformował, gdzie mają iść (adres ten sam), a chcą się zaszczepić. Nikt nie czeka 15 minut po szczepieniu, bo nie ma tu miejsca na korytarzu i nikt tego nie przestrzega . I ogólnie wszyscy narzekają na służbę zdrowia. Ja nadal narzekam na to, że nie ma na drzwiach mojej przychodni skrzynki na kartki z powtórzeniem leków. Co wiem? Wiem, że można telefonicznie, ale jak zapłaciłam za czekanie na połączenie telefoniczne 100 zł, to już nie zaryzykuję. Wiem, że można przez Internet, ale nie wszyscy mają komputery, a samotni seniorzy nie mają o tym zielonego pojęcia. Wiem, że ludzie źle wypełniają te kartki, ale przecież jest tam numer telefonu do sprawdzenia. Wiem, że teleporadę trzeba zgłosić o 9.00, 12.00 lub o 16.00. To wszystko wiem, ale dalej nie rozumiem, dlaczego takiej skrzynki nie można rano wystawić, a potem zabrać.  I nie piszę tego w swoim imieniu, ale w imieniu stojących w kolejkach.

Dowiedziałam się, że PRO-VITA OTRZYMUJE TYLKO PO 30 DAWEK PIERWSZEJ I 30 DAWEK DRUGIEJ SZCZEPIONKI NA TYDZIEŃ, STĄD TAKIE OPÓŹNIENIA SZCZEPIEŃ. (Informacja z 18 marca)

      MAMY JUŻ 22 LATA! - 2 KWIETNIA 1999 ROKU ukazał się pierwszy numer Powiatowej i w ciągu tych 22 lat – mimo różnych zmian politycznych i samorządowych staraliśmy się wypracować sobie sojusz między władzą i czytelnikami. Mimo różnych zdań na różne tematy staramy się służyć czytelnikom. I jako regionalne media przez 22 lata piszemy historię powiatu - pięknej Ziemi Międzyrzeckiej.

ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ INTERNETOWĄ - www.powiatowa.com.pl

Izabela Stopyra

redaktor naczelna

 

 

 

 

 

 

SKWIERZYŃSKIE  ZWIĄZKI

- rozmowa z  EWĄ  ZDROWOWICZ-KULIK,

 HONOROWYM OBYWATELEM SKWIERZYNY,

PREZESEM FUNDACJI SERCE NA DŁONI

 

- Pani biografia jest w dwóch encyklopediach: WHO IS WHO w POLSCE- Encyklopedia biograficzna z życiorysami znanych Polek i Polaków [wydanie 9 z 2010r.] oraz w MULTIMEDIALNEJ ENCYKLOPEDII GORZOWA WLKP.[2019], gdzie możemy wyczytać szczegóły ciekawego życiorysu - od urodzenia, poprzez edukację, pracą zawodową, działalność społeczną i charytatywną, pasje życiowe oraz uhonorowania i odznaczenia, które otrzymała pani za swoją działalność publiczną. Intryguje mnie niewiadoma - jak to się stało, że w pani życiu pojawiła się Skwierzyna?

- Urodziłam się w Bagniewie- maleńkiej wiosce w gminie Drezdenko, położonej na skraju Puszczy Noteckiej i rozległych nadnoteckich łąk. Miałam piękne i pracowite dzieciństwo w gospodarstwie rolnym, z dobrymi i mądrymi rodzicami. To moi rodzice śp. Marianna Drabik i Feliks Wcisło przyczynili się do moich pierwszych kontaktów ze Skwierzyną, ukształtowali moją osobowość i wspomagali w każdy możliwy sposób, za co jestem im serdecznie wdzięczna. Ukończyłam Szkołę Podstawową w Gościmiu, do której  codzienne wędrówki przez las wspominam z miłym rozrzewnieniem. Dobrze, że wówczas nikt nie uszczęśliwił mnie „gimbusem”… Jestem absolwentką I Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki w Gorzowie [1975], ukończyłam Wydział Pedagogiki i Psychologii na Uniwersytecie Bydgoskim im. Kazimierza Wielkiego [1979], Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim [1983], Wydział Budownictwa i Architektury na Politechnice Szczecińskiej [2001] oraz wiele kursów podnoszących moje kwalifikacje w trakcie całej pracy zawodowej.

- Zatem jak toczyła się praca zawodowa?

- Chociaż kocham zawód nauczyciela, po skończeniu studiów [ 1979r.] nie mogłam sobie pozwolić na jego wykonywanie z powodu mizernych zarobków w oświacie, których poziom jest porównywalny z dzisiejszym. Miałam na utrzymaniu syna i sporo wydatków z remontem domu w Bagniewie. Szczęście mi sprzyjało, gdyż znalazłam pracę jako zawodowy kurator rodzinny i nieletnich w Sądzie Rejonowym w Gorzowie Wlkp. otrzymując do zaopiekowania teren gmin Drezdenko i Santok oraz dzielnicę śródmieście w Gorzowie Wlkp. Zajmowałam się nieletnimi niedostosowanymi społecznie i rodzinami dysfunkcyjnymi. W grudniu 1981r. [stan wojenny] przeszłam na zasadzie porozumienia między stronami do pracy w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Mając lat 26 i nie bardzo wiedząc czym różni się renta od emerytury, zostałam najmłodszą kierownik największego w kraju Inspektoratu ZUS, z pięcioma Obwodowymi Komisjami Lekarskimi. Oddział ZUS mieścił się wówczas w Sulęcinie. Przyjmował mnie do pracy dyrektor śp. Henryk Jarosz i powiedział; „Bierz pani byka za rogi, jak wytrzymasz 3 miesiące, to zostaniesz z nami na lata”. Tak też się stało. Po kilku latach na bazie mojego Inspektoratu, który rozbudowywałam kadrowo, organizowaliśmy oddział w Gorzowie Wlkp. Decyzją polityczną Oddział ZUS z Sulęcina został przeniesiony do Gorzowa Wlkp. do budynku po byłej siedzibie Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie jest do dzisiaj. Ówczesne władze byłego województwa gorzowskiego ładnie mi podziękowały „Odznaką Honorową za Zasługi dla Rozwoju Województwa Gorzowskiego”. Zrezygnowałam z propozycji posady wicedyrektora Oddziału ZUS, gdyż ówczesny prezes Sądu Wojewódzkiego w Gorzowie Wlkp. śp. Zbigniew Bartkowski zaproponował atrakcyjniejsze dla mnie stanowisko - Wojewódzkiego Kuratora dla Dorosłych w Sądzie Wojewódzkim i zachęcił słowami: „Ewunia wracaj do nas”. Przez kolejne lata zajmowałam się dorosłymi skazanymi mając w nadzorze pracę kuratorów zawodowych dla dorosłych w Sądach Rejonowych: Gorzów Wlkp., Słubice, Choszczno, Myślibórz i Międzyrzecz. W tym czasie równolegle pracowałam w Wojewódzkim Zespole Pomocy Społecznej jako konsultant pedagog rozpoczynając długą przygodę z pomocą społeczną, Fundacją Serce na Dłoni, Szkołą Policealną Pracowników Służb Społecznych w Gorzowie Wlkp. i samorządem pełniąc funkcję wicewójta gminy Santok.

 

- No tak pani Ewo, ale ja w tej relacji szukam pierwszych związków ze Skwierzyną...

- Pani Izabelo, zaskoczę pewnie, ale moje związki ze Skwierzyną datują się od niemowlęctwa. Mój ojciec przyjaźnił się z doktorem śp. Konstantym Kieso - ówczesnym ordynatorem oddziału ginekologii i położnictwa w Skwierzynie, którego córka Danuta jest moją matką chrzestną. Ojcem chrzestnym jest mój kuzyn- lekarz medycyny śp. Feliks Wcisło, który odbywał staż w skwierzyńskim szpitalu. Do tego szpitala trafiłam jako kilkuletnie dziecko ze złamanym obojczykiem, kilka lat później przyjeżdżałam tutaj pociągiem relacji Krzyż- Skwierzyna Gaj w odwiedziny do chorej mamy. W naszej rodzinie ceniono fachowość skwierzyńskich lekarzy. Moja siostra Helena Wojtaszek jest absolwentką Liceum Ogólnokształcącego w Skwierzynie, a brat śp. Czesław Wcisło absolwentem szkoły samochodowej w Skwierzynie.

 

- Nie pomylę się twierdząc, że dziecięce związki ze skwierzyńską medycyną po latach- w życiu dorosłej kobiety umocniły się miłością i małżeństwem z lekarzem Mieczysławem Kulikiem pochodzącym ze Skwierzyny?

- Dokładnie tak. Po latach znalazłam  wspaniałego człowieka pochodzącego ze Skwierzyny i zostałam z nim na resztę życia. Zacni teściowie - śp. Janina i Józef Turczyńscy przyjęli mnie serdecznie do rodziny. Mieszkaliśmy wówczas i pracowaliśmy w Gorzowie Wlkp. Mąż Mieczysław Kulik jest epidemiologiem. Prowadził Terenową Stację Sanitarno- Epidemiologiczną w Gorzowie Wlkp. Był dyrektorem Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej i Lekarzem Miejskim. Równolegle  ponad 30 lat przewodniczył Obwodowej Komisji Lekarskiej ZUS.

 

-A pani?

- Po pracy w Sądzie Wojewódzkim w Gorzowie przeszłam do pomocy społecznej. Zwerbowała mnie ówczesna dyrektor Wojewódzkiego Zespołu Pomocy Społecznej - Jadwiga Wiszniewska. Wygrałam konkurs  na wicedyrektora DPS w Gorzowie Wlkp. Nasz dom prowadził inwestycję przystosowującą budynki przy ul. Przemysłowej w Skwierzynie do funkcji domu pomocy oraz zajmował się jego organizacją. Do czasu jego usamodzielnienia był naszą filią. Łączył nas stosunek służbowy z tą placówką i często ją odwiedzałam. Później - jako wicewójt Santoka - bywałam także służbowo w Skwierzynie za czasów burmistrza Arkadiusza Piotrowskiego, gdyż nasze samorządy współpracowały ze sobą.

 

- Można by rzec, że skwierzyński DPS to trochę pani dziecko, o które troszczy się pani nadal jako prezes Zarządu Fundacji „Serce na dłoni”.

- Utrzymuję relację ze skwierzyńskim domem. Zaproszono mnie na uroczystość jubileuszu 20- lecia. W 2019r. na prośbę Starosty Powiatu Międzyrzeckiego Agnieszki Olender i dyrektor domu Agnieszki Błajet, dofinansowaliśmy kwotą 50.000.- zł ważną inwestycję likwidującą bariery architektoniczne poprzez budowę szybu windowego dla 47 niesprawnych mieszkańców.

 

- Na liście samorządów, z którymi pani teraz współpracuje, jest także gmina Skwierzyna.

- Zgadza się. Na prośbę obecnego burmistrza Lesława Hołowni w 2016r. wsparliśmy zakup busa kwotą 70.000-zł służącego do przewozu niepełnosprawnych mieszkańców gminy do placówek opiekuńczych, wychowawczych i leczniczych. Często widzę jak bus z naszym logo kursuje po uliczkach miasta. W 2017r. sfinansowaliśmy zakup środków dydaktycznych kwotą 20 000,-zł dla niepełnosprawnych uczniów placówek oświatowych na terenie gminy.

 

- Gmina Skwierzyna doceniła zaangażowanie na rzecz mieszkańców, a także pomoc dla chorych dzieci i nadała pani tytuł „Honorowego Obywatela Skwierzyny”.

- Jestem wdzięczna wnioskodawcy i skwierzyńskim  radnym minionej kadencji za taki elegancki gest i miłe uhonorowanie mojej osoby. Dekoracja odbywała się na uroczystym jubileuszu XXV- lecia działalności Fundacji, w Skwierzyńskim Ośrodku Kultury wśród wielu znakomitych gości na czele z Wojewodą Lubuskim Władysławem Dajczakiem.

 

- Może się pani pochwalić wieloma dowodami uznania pani działalności. Proszę wymienić.

- Wszystkie są dla mnie ważne, zarówno państwowe, samorządowe i inne, bo wszystkie są formą niepieniężnej gratyfikacji za moją społeczną pracę. Wymienię niektóre: Złoty Krzyż Zasługi, Srebrna Odznaka Honorowa za Zasługi dla Dobra Niewidomych w Polsce, Srebrny Medal Zasługi Łowieckiej, Odznaka Honorowa Miasta Gorzowa Wlkp., Odznaka Honorowa za Zasługi dla Województwa Lubuskiego.

 

- Wróćmy jeszcze do skwierzyńskiej rodziny.

- Teściowa Janina Turczyńska w 1989r. została wdową. Dzielnie sobie radziła przez kolejne 25 lat. Byliśmy dla niej dostępni w każdej chwili, wszak do Gorzowa ze Skwierzyny żabi skok. Godziliśmy pracę zawodową ze społeczną i doglądaliśmy mamę. Przyszedł jednak taki czas, że nie mogła sama funkcjonować, a chciała dożyć końca swoich dni we własnym domu. Mówiła - „starych drzew się nie przesadza”. Potrzeba życiowa była taka, że zmieniliśmy swoje życie o 180 stopni, aby zapewnić jej opiekę. Gdy była już leżącą,  mąż zabezpieczał leczenie, praktycznie zrobił mały OIOM w domu, ja zajmowałam się pielęgnacją, żywieniem, rehabilitacją przyłóżkową wykorzystując wiedzę i umiejętności nabyte w pracy w domu pomocy społecznej. Teściowa zmarła w 2012 r. w wieku 93 lat, na rękach syna Mieczysława. Zobowiązała mnie do troski o swojego syna [ serce matki ], o jej dom i ogród. Obiecałam.

 

- Zapytam na koniec o pasje i zainteresowania.

- Jestem pasjonatką przyrody, natury, zwierzyny dziko żyjącej. Fascynuje mnie magia lasu i kultura przyrodniczo- łowiecka, którymi zaraziłam się w dzieciństwie. Na drugim miejscu są podróże małe i duże. Zwiedziliśmy z mężem kawałek świata i całą Polskę, poznaliśmy zabytki i kulturę różnych narodów i grup etnicznych. Lubimy wędrować z plecakiem po górskich szlakach i zaglądać do schronisk. Mąż jest zapalonym fotografikiem. Rejestrował nasze podróże w filmach i na zdjęciach. W czasie pandemii COVID-19 wracamy do tamtych miejsc na szklanym ekranie. Lubimy pracować w ogrodzie, czytać książki. Uwielbiamy filharmonię i operę. Ciągle stawiamy na pracę intelektualną i fizyczną, gdyż obie są dla nas fundamentem rozwoju i kondycji.

 

- Dodam do tego, że jest pani w zespole redakcyjnym „Powiatowej”.

 - To także miłe i pożyteczne zajęcie, dzięki któremu lepiej poznaję mieszkańców Skwierzyny.

 

Rozmawiała Izabela Stopyra

 


 


 

 

 

 

 

Z Anną Bubnowską, założycielką, choreografem

i instruktorką Zespołu Tanecznego TRANS

rozmowa o 21 latach pracy i sukcesów...

 

Bez względu na to, ile popełniasz błędów, albo jak wolno idą postępy i tak jesteś przed tymi, którzy nie próbują wcale”.

 

Po wielu latach  ponownie spotkałam się z Anną Bubnowską w hali MOSiW , aby porozmawiać o zespole, który jest dumą nie tylko pani Ani, ale i tancerzy, mieszkańców miasta i wszystkich miłośników tańca.

 

-    Świętujecie swoje 21 urodziny. Tym razem bez fety i blasku fleszy, bo taka jest nasza rzeczywistość. Jak pani -założycielka, choreograf i instruktor podsumowałaby te lata?

-    To było piękne 21 lat pracy z dziećmi i młodzieżą. Z roku na rok nasi tancerze rozwijają się w różnych dziedzinach tańca. Na początku był taniec nowoczesny, który miał roztańczyć i dać początek całemu rozkwitowi. Potem wprowadziliśmy taniec współczesny i przy tym modern jazz, taniec jazzowy. W dalszych latach doszła akrobatyka, gimnastyka, bo wszystko jest po to, aby tancerze nieustannie rozwijali się i aby poprzez nowe techniki dostarczać im ciągle nowych  bodźców, które dadzą tym młodym ludziom wiatru w żagle i zachęcą do  dalszego rozwoju. Jestem bardzo dumna, bo patrząc z perspektywy lat wiem, że zespół nie zatrzymał się w miejscu, że cały czas się rozwija i idzie do przodu. To bardzo budujące.

-    TRANS to rozwój i sukcesy, dwa ważne elementy w życiu człowieka.

-    Ten wszechstronny rozwój jest podstawowym warunkiem sukcesów dzieci, rodziców i nas wszystkich. Na ten sukces składa się wiele elementów- dyscyplina, która musi być, która dotyczy każdego z nas, ale także współpraca z rodzicami, którzy są bardzo zaangażowani w całe to przedsięwzięcie. To dzięki temu zespół zdobywa puchary, laury, medale i popularność. Jestem bardzo dumna z wszystkich osiągnięć TRANSU, osiągnięć krajowych i zagranicznych.

-    Wiem, jak ważne dla młodych tancerzy są nagrody i kontakt z prawdziwym światem show- biznesu. Jak to się stało, że zespół jest nieodłączną częścią dużych projektów telewizyjnych?

-    Myślę, że trochę pomogła moja kariera zawodowa i czasy, kiedy występowałam w Rampie i znałam wiele osób z tej branży, bo to ułatwiło wprowadzenie TRANSU do tego świata. Pracowitość, talent i zaangażowanie zespołu sprawiło, że stał się obecny w tym medialnym świecie rozrywki. Dla tancerzy tańczenie podczas wielkich produkcji telewizyjnych jest ważnym wydarzeniem i nagrodą za pracę.

-    Od 2011 roku jesteście Stowarzyszeniem, co to zmieniło w funkcjonowaniu zespołu?

-    Faktycznie, działamy jako Stowarzyszenie. Zmiana formy prawnej naszej działalności dała nam przede wszystkim niezależność w decydowaniu o miejscu i formie naszych występów. Celem naszego Stowarzyszenia i oczywiście zespołu jest przekazywanie młodym ludziom pasji do tańca. Nie każdy zapewne zostanie w przyszłości zawodowym tancerzem, ale jeśli  ma mu się przydarzyć jakaś taneczna przygoda w życiu, to pragniemy, aby była na najwyższym poziomie.

-    Podchodzi pani i wszystkie trenerki do tańca holistycznie. Co to oznacza w praktyce?

-    Podejście holistyczne jest dbaniem o rozwój fizyczny ciała i ducha. Wymagania, choreografie muszą być dopasowane do wieku i możliwości młodego człowieka. Taniec to dziedzina artystyczna, która kształtuje w naszych młodych artystach wrażliwość emocjonalną i otwartość na sztukę.

-    Od roku trwa pandemia, która zmieniła wszystko. Jak zespół funkcjonuje w tym trudnym czasie?

-    Wiadomo, że i nas to dotknęło, musieliśmy pewne rzeczy przeorganizować, inne zaakceptować. Nie ma żadnych praktycznie festiwali, czyli spotkań i rywalizacji, które dla naszego zespołu są bardzo ważne.  Tym bardziej się cieszę, że udało się w styczniu zorganizować w Jeleniej Górze Mistrzostwa International Polish Championship, gdzie TRANS zdobył trzy I miejsca za choreografie, a dodatkowo nasze solistki Z. Bogucka i J. Ortyńska stanęły na podium. Mimo pandemii udało nam się także zorganizować w Międzyrzeczu, Gorzowie i Sulęcinie zimowe warsztaty taneczne Winter Dance Camp by TRANS. Nie załamujemy się i pracujemy pełną parą. Dbamy o to, aby nikt o nas nie zapomniał i dlatego wysyłamy taśmy z naszymi choreografiami. Wkrótce zaczynają się festiwale online, w których będziemy brać udział. Jesteśmy pozytywnie nastawieni i mimo trudnych czasów mamy wiele szczęścia. Pokazaliśmy się w styczniu 2021 r. w TV Polsat w czasie gali Miss Polski. Zaprezentowaliśmy się także razem z takimi gwiazdami, jak V. Gabor i D. Kwiatkowski. Niestety, przez Covid musieliśmy ograniczyć zajęcia w wielu grupach zamiejscowych, np. w Deszcznie. Powód był prosty -zamknięcie szkół. Tym bardziej jestem dumna, że mimo trudnego czasu, my istniejemy dalej, rozwijamy się, pracujemy i możemy się ze sobą spotykać na ile jest to możliwe.

-    Życie dzieci i młodzieży należącej do TRANSU jest pełne przeżyć, doznań i wyzwań. Z moich rozmów z młodymi tancerzami wynika, że bycie w TRANSIE hartuje, rozwija psychicznie i fizycznie, wyzwala emocje i wpływa na ich życie …

-    W zespole TRANS przyjaźnie zawiązuje się na całe życie. Członkowie zespołu spędzają ze sobą mnóstwo czasu, bo to wiele godzin treningów, wspólne wyjazdy, występy i rozmowy sprawiają, że wszyscy się dobrze znają i zżywają ze sobą. W czasach przedpandemicznych w czasie wakacji wyjeżdżaliśmy często. Te wyjazdy uczyły dzieci i młodzież życia na wielu płaszczyznach (od utrzymania porządku po relacje społeczne). W czasie tych podróży członkowie naszego zespołu poznawali zabytki naszego kraju, ale i wielu państw Europy.

-    O TRANSIE i pani- osobie, która powróciwszy z wielkiego świata kariery, postanowiła stworzyć tutejszym dzieciom i młodzieży zespół, który uskrzydlił nie tylko rodziców, można by pisać bez końca. Co na zakończenie chciałaby pani dodać?

-    Jestem dumna, że w naszym zespole jest taka duża grupa ambitnych młodych ludzi, dla których taniec stał się życiem i pasją. Oprócz mnie pracują tutaj wspaniałe instruktorki: Katarzyna Piechowiak, Anna Osipiuk, Marta Trochimczuk, Weronika Cierach i Weronika Krompaszczyk oraz asystentki Julia Ortyńska, Amelia Piotrowicz, Karolina Bankom. To są dziewczyny, które potrafią stworzyć świetną, rodzinną atmosferę i doprowadzić do zwycięstw.

 

Dziękuję za rozmowę pełną przyjaźni i optymizmu.

Mariola Solecka

 



 

 

ZOSTAŃ RODZINĄ ZASTĘPCZĄ

 

Niebawem rozpocznie się szkolenie kandydatów na rodziców zastępczych. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w  Międzyrzeczu przyjmuje jeszcze zgłoszenia chętnych, którzy chcą pełnić funkcję rodziny zastępczej. Możliwe formy to: niezawodowa rodzina zastępcza, zawodowa, zawodowa o charakterze pogotowia rodzinnego, rodzinny dom dziecka.

Aby uzyskać skierowanie na szkolenie, kandydaci muszą przejść wstępną kwalifikację.

Rodziną zastępczą mogą zostać osoby posiadające świadectwo ukończenia szkolenia organizowanego przez organizatora rodzinnej pieczy zastępczej oraz uzyskały świadectwo kwalifikacyjne.

Czasu zostało niewiele, kandydatów zapraszamy do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Międzyrzeczu, III piętro, pokój 313a, ul. Przemysłowa 2, tel. 957428480 (zespół pieczy zastępczej) lub 957428471 (sekretariat), Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Rodziny zastępcze mogą liczyć na wsparcie finansowe, specjalistyczne, psychologiczne Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Międzyrzeczu. Wszystkie rodziny zastępcze otrzymują świadczenia, w przypadku rodzin zawodowych i rodzinnych domów dziecka także wynagrodzenia.

Rodzicielstwo zastępcze jest jedną z misji, jaką może podjąć dorosły człowiek wobec dziecka: ofiarować swoje serce, troskę, radość, ciepłą atmosferę, spokój i bezpieczeństwo. Codzienna bezwarunkowa opieka może sprawiać wiele satysfakcji.

 

Zaprasza Organizator

Rodzinnej Pieczy Zastępczej w Międzyrzeczu (PCPR)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

O NICH NIE MOŻNA ZAPOMNIEĆ

 

Władysław Rafał Kubiak (1946 – 2005)

 

Władysław Kubiak urodził się 24 października 1946 r. w Kosieczynie k/ Zbąszynka. Imię otrzymał po swoim dziadku, Władysławie Różyckim, który w czasie II wojny światowej był więźniem w sowieckich więzieniach w Brzeżanach i Starobielsku, zesłańcem do łagrów na stepach nadwołżańskich i żołnierzem armii generała W. Andersa, z którą przeszedł szlak bojowy od Iranu przez Monte Cassino po Bolonię. Po wojnie został w Anglii, a Władek poznał swojego dziadka w wieku 12 lat, kiedy odwiedził go w Anglii.

Władysław Kubiak ukończył szkołę podstawową w Kosieczynie oraz ognisko muzyczne w Zbąszynku w klasie fortepian i akordeon. Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego w Międzyrzeczu, idąc w ślady swojej matki, która była nauczycielką i dyrektorką przedszkola w Kosieczynie, kończy Studium Nauczycielskie w Zielonej Górze, a następnie na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu uzyskuje tytuł magistra matematyki. 

Pierwszą pracę zawodową podjął w Szkole Podstawowej w Kosieczynie w 1966 r. jako nauczyciel matematyki. Uczył tu do 1972 roku. Również w Kosieczynie wstąpił w związek małżeński z Donatą Olender (1968). W latach 1973 – 1977 pełnił funkcję gminnego dyrektora szkół w Zbiorczej Szkole Gminnej w Trzcielu. Od marca 1977 roku był związany z Międzyrzeczem. Pracował w oświacie na różnych stanowiskach. W latach 1977-1982 był nauczycielem matematyki i zastępcą dyrektora SP nr 2. W latach 1982 – 1990 pełnił funkcję inspektora oświaty i wychowania. Jako inspektor pozyskał dwa budynki od gminy, które po kapitalnym remoncie zostały przeznaczone na mieszkania dla nauczycieli. Był inicjatorem międzyszkolnych zawodów lekkoatletycznych o Puchar Inspektora Oświaty oraz międzyszkolnych rozgrywek nauczycieli w piłkę siatkową. W tym też okresie był przewodniczącym Zarządu Miejsko -Gminnego Szkolnego Związku Sportowego i przewodniczącym Międzyszkolnego Klubu Sportowego „Piast”. Pełnił te funkcje również w czasie gdy był burmistrzem. W 1990 r. na cztery lata wraca do pracy w szkole na etat nauczyciela.

W roku 1994 startuje w wyborach na burmistrza Międzyrzecza i zostaje burmistrzem Gminy Międzyrzecz. Funkcję tę pełnił przez dwie kadencje do roku 2002.

Był człowiekiem bardzo konkretnym, widział potrzeby Międzyrzecza i jego mieszkańców. Priorytetem była budowa obwodnicy miasta. To za jego kadencji przygotowano dokumentację i zabezpieczono środki na jej budowę, o czym nikt nie wspomniał podczas uroczystego otwarcia. Laury zebrali inni. Mając na uwadze bezpieczeństwo mieszkańców założono sygnalizację świetlną przy skrzyżowaniu głównych ulic miasta. Czynił starania o budowę basenu w Międzyrzeczu, na co uzyskał społeczną akceptację i zainicjował społeczną zbiórkę pieniędzy. Był człowiekiem czynu i pomysłodawcą wielu przedsięwzięć. Z jego inicjatywy w 2000 r. przekształcono PGK w Międzyrzeckie Towarzystwo Budownictwa Społecznego,  wybudowano oczyszczalnię ścieków tak potrzebną dla miasta,  przeprowadzono gazyfikację Międzyrzecza i Kęszycy Leśnej. Bardzo ważnym zadaniem była modernizacja budynków po wojskach rosyjskich w Kęszycy Leśnej z przeznaczeniem na mieszkania komunalne. Jeden z budynków przeznaczono na Dom Spokojnej Starości. Pełniąc od 1996 r. funkcję Prezesa Zarządu Miejsko -Gminnego OSP w Międzyrzeczu doprowadził do oddana również w Kęszycy Leśnej remizy Ochotniczej Straży Pożarnej. W czasie kiedy pełnił funkcję burmistrza przeprowadzono w gminie szereg remontów obiektów zabytkowych: ratusza, miejskich kamieniczek, kościoła w Gorzycy.

Jako nauczyciel widział potrzeby oświaty. Efektem jego działań było dokończenie budowy Szkoły Podstawowej w Kaławie, budowa Szkoły Podstawowej nr 6 w Międzyrzeczu, hali widowiskowo - sportowej w Międzyrzeczu, modernizacja i kapitalny remont wszystkich szkolnych sal gimnastycznych, remont i modernizacja SP nr 2 i SP nr 3 w Międzyrzeczu z przystosowaniem jej do przyjęcia uczniów niepełnosprawnych. W 2001 r. wybudowano i oddano do użytku budynek na potrzeby Poradni Psychologiczno -Pedagogicznej, Świetlicy Terapeutycznej i Harcówki ZHP. Utworzono nowe i doposażono stare place zabaw w sprzęt sportowo – rekreacyjny. W czasie jego kadencji nastąpiła reforma szkolnictwa podstawowego, która zdaniem władz oświatowych w gminie Międzyrzecz była przeprowadzona wzorcowo, ponieważ zmiany organizacyjne nie spowodowały zwolnień nauczycieli i protestów społeczności lokalnej. Burmistrz Władysław Kubiak zainicjował i wdrożył w życie program „Bezpieczna droga do szkoły”. Z okazji Dnia Edukacji Narodowej organizował w ratuszu emerytowanym pracownikom oświaty spotkania przy kawie z występami artystycznymi.

Współpracował również ze Związkiem Sybiraków co zaowocowało ustawieniem w 1998 r. obelisku poświęconego ofiarom stalinizmu. Warto też przypomnieć, że był założycielem Międzyrzeckiej Orkiestry Dętej. Działając społecznie miał też swój udział w zakupie trzech karetek pogotowia przez mieszkańców Międzyrzecza, Trzciela i Pszczewa, ufundowaniu sztandarów dla Jednostki Wojskowej i OHP.

Władysław Kubiak kontynuował rozpoczętą w 1991 r. międzynarodową współpracę nie tylko przedstawicieli gmin i instytucji, ale również rodzin i szkół. Był organizatorem wypoczynku dla dzieci z Białorusi w międzyrzeckich rodzinach. Uhonorowaniem jego zaangażowania w rozwój partnerstwa było przyznanie Gminie Międzyrzecz w 1999 roku przez Komisję Europejską w Bilbao „ Złotej Gwiazdy Partnerstwa”.

Od 1998 roku działał aktywnie w Zarządzie i Radzie Stowarzyszenia Gmin Polskich Euroregionu „Pro Europa Viadrina”. Z jego inicjatywy rozpoczęto organizację cyklicznych warsztatów na temat Unii Europejskiej.

Miał też swoje prywatne pasje: myślistwo (był członkiem międzyrzeckiego Koła Łowieckiego „Jeleń”), wędkarstwo i hodowlę bażantów, które wypuszczał do lasu (co roku 50-80 sztuk). Był zapalonym filatelistą i brydżystą.

Za pracę i działalność społeczną otrzymał dwukrotnie nagrodę Ministra Oświaty i Wychowania, nagrodę Kuratora Oświaty i Wychowania w Gorzowie, Medal Komisji Edukacji Narodowej, Złoty Krzyż Zasługi, srebrny medal „Za Zasługi dla Pożarnictwa” oraz odznaki „Przyjaciel Dziecka”, „Za opiekę nad zabytkami”, „Za zasługi w sporcie szkolnym” i wiele innych odznaczeń honorowych.

 

Wiesława Chamienia (radna w kadencji 1998-2002)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SANATORIUM DZIECIĘCE W OBRZYCACH

 

„Ich lieb' den Frühling,
Ich lieb' den Sonnenschein.
Wann wird es endlich
Mal wieder Sommer sein?
Schnee, Eis und Kälte
Müssen bald vergeh'n”
.

Kocham wiosnę,

Kocham słoneczny blask.

Kiedy w końcu nadejdzie,

Znowu lato?

Śnieg, lód i zimno, muszą wkrótce odejść.

(fragment niemieckiej piosenki dziecięcej)

 

W Obrzycach panował wspaniały klimat służący rekonwalescencji, suchy, zdrowy, bez bagiennych miazmatów. Był to niesamowity potencjał leczniczy wybudowanego tu w 1904 r. szpitala psychiatrycznego. Dolina rzeki Obry tworzyła specyficzny mikroklimat, który powodował, że szybko leczyło się tu choroby płuc i gruźlicę. Prastary las sosnowy wydzielał dobroczynne olejki eteryczne, wśród przebywających w nim pacjentów dochodziło nawet do przypadków samoistnych wyleczeń. W tym sprzyjającym leśnym klimacie w latach 20. XX w. powstał oddział leczenia gruźlicy dla dorosłych, a także sanatorium dla dzieci zagrożonych chorobami płuc i dzieci niepełnosprawnych.

Sanatorium dziecięce zostało uroczyście otwarte 11 lipca 1923 r. przez Starostę Krajowego Marchii Granicznej Poznań-Prusy Zachodnie dra Caspariego. Nosiło nazwę „Kindererholung und Krüppelheim” (Sanatorium Dziecięce i Zakład Opieki dla Dzieci Kalekich) i było przeznaczone dla mieszkańców Marchii Granicznej. Przed 1923 r. oprócz małych kuracjuszy, przyjeżdżających na turnusy rehabilitacyjne, przebywały tu na stałe sieroty, których było sporo po I wojnie światowej i epidemii hiszpanki. Otwarte latem 1923 r. sanatorium dziecięce w Obrawalde, szybko stało się uznanym w prowincji Grenzmark dziecięcym ośrodkiem leczniczym. Budynek Oddziału VI wyglądający jak mały pałacyk był w całości zajęty przez potrzebujących pomocy małych pacjentów, w szczególności tych zagrożonych gruźlicą, a także kalekich, np. po przejściu choroby Heinego-Medina (polio).Pierwszeństwo w przyjęciu na oddział miały dzieci żołnierzy poległych na wojnie lub inwalidów wojennych. Początkowo na oddziale przebywało 125 dzieci z chorobami płuc i 50 dzieci z niepełnosprawnością ruchową. Turnus rehabilitacyjny dla dzieci z chorobami płuc trwał 320 dni, a dla dzieci kalekich był dłuższy i trwał 340 dni. Przyjmowano kuracjuszy w wieku od 6 do 14 lat. W 1924 na turnusach rehabilitacyjnych w Obrzycach w ciągu roku przebywało już 340 małych pacjentów. W 1925 liczba ta wzrasta do 609 dzieci. Od 1926 r. przez oddział VI przewija się już ogromna liczba 867 dzieci z chorobami płucnymi i 92 kalekich. Od tego roku, z powodu przepełnienia oddziału, zapadła decyzja o nieprzyjmowaniu już sierot, dla nich są zakładane osobne domy dziecka, jak np. ten w Przytocznej. Od 1926 r. na Oddziale VI będą przyjmowane wyłącznie dzieci potrzebujące pomocy medycznej, chore, lub zagrożone chorobami płuc. W 1927 r. znowu mamy wzrost liczby małych kuracjuszy do 1033 rocznie, w tym100 dzieci niepełnosprawnych. W związku z dużym zapotrzebowaniem i kurczącymi się możliwościami lokalowymi, starosta krajowy podejmuje decyzję o rozbudowie oddziału. 1 maja 1927 zostaje ukończona rozbudowa Oddziału VI i już od 1 stycznia 1928 r. dobudowana część Oddziału VI zostaje całkowicie obłożona pacjentami. Rozbudowany pawilon VI może teraz każdego roku przyjąć aż 1500 dzieci, w tym około 200 dzieci z niepełnosprawnościami, do których pobytu kuratorium z Piły dopłaca o 2 marki więcej (co daje szpitalowi obrzyckiemu dodatkowo rocznie 36.500 marek). W roku obrachunkowym 1928, przez Powiatowe Stowarzyszenie Pomocy Społecznej Prowincji Grenzmark, zostało zarejestrowanych równo 1100 małych kuracjuszy, także ten rozbudowany od 25 do 50 łóżek oddział dla kalek będzie stale obłożony pacjentami. Prowincjonalne sanatorium dziecięce w Obrzycach jest wypełnione po brzegi i każde łóżko jest zajęte. Co roku budżet dla sanatorium dziecięcego jest zatwierdzany przez Landtag prowincji Grenzmark wraz ze starostą i przesyłany do zatwierdzenia naczelnemu prezesowi prowincji Grenzmark w Pile (Regierung Schneidemühl). 14 lutego na ostatnim posiedzeniu Landtagu w Obrzycach przed przeniesieniem go na stałe do Piły, podjął on decyzję o przyjęciu budżetu 139 500 marek dla Kindererholung i Krüppelheim.

Wysokość dziennej stawki na pielęgnację chorych dzieci jest ustalona przez kuratorium domu sanatoryjnego na 1,60 marek, a na dzieci kalekie 3 marki. Dla porównania na utrzymanie starców z Domu Starców (Altersheim) w Obrzycach przeznaczano 0,75 marki na dzień. Dla małych podopiecznych, którym rodzice finansowali pobyt również jest przeznaczone 1,60 RM dziennie. Stawka dzienna dla „kuracjuszy prywatnych” była więc takiej samej wysokości, jak dla tych „państwowych”. A wszystko to w trosce o to, aby nie robić różnic między dziećmi, nie dzielić ich na lepsze i gorsze, i aby wszystkie dzieci czuły się komfortowo. Mali pensjonariusze byli bardzo dobrze karmieni i mieli zbilansowaną dietę. W dokumentach szpitalnych zaliczono ich do III klasy żywieniowej pacjentów, czyli oprócz zwyczajowego śniadania, obiadu i kolacji, mali pacjenci dostawali przekąski między posiłkami i podwieczorek. W budżecie szpitala były nawet pieniądze przeznaczone na niezbędną garderobę, zabawki i na świąteczne prezenty. Mali pacjenci mieli zapewnione też zabiegi lecznicze, edukację a nawet wycieczki. Oddział był prowadzony przez wykwalifikowany personel lekarski i pielęgniarski, a także opiekunki i nauczycieli. Ordynatorem sanatorium dziecięcego (a także oddziału płucnego i oddziału noworodkowego) był dr. Schneider, który mieszkał w Obrzycach w podwójnej willi za kościołem, tuż przy korcie tenisowym (obecnie dom nr 38 b).

Z relacji mieszkańców Obrzyc z lat 20-tych wynika, że dzieci z sanatorium w pełni korzystały ze wszystkich atrakcji szpitala, czyli parku, basenów, sali kinowej, boiska. Dzięki oddziałowi dziecięcemu na uliczkach Obrawalde nie było kontemplacyjnej ciszy, charakterystycznej dla zwykłego szpitala. A wręcz przeciwnie: był radosny gwar i zgiełk. Mali kuracjusze często ze śpiewem na ustach maszerowali zwartą grupą z siostrami na spacery do pobliskiego lasu sosnowego lub na basen. Podążały za nimi dzieci niepełnosprawne wspomagane przez swoje pielęgniarki. Dzieci z Oddziału VI wychodziły północną bramą szpitala do parku, który rozciągał się od lasu sosnowego do brzegów rzeki. Bawiły się w miejscu, gdzie Obra za zabudowaniami lecznicy płynęła meandrami przez łąki. Tu osłonięte od wiatru przez las znajdowały się pośród ogrodów obrzyckie baseny. Był to przepiękny widok: ławeczki, stoliki, leżaki i altany, wszystko upiększone kwiatami i kwitnącymi krzewami. Zewsząd rozlegały się okrzyki gromad dzieci z sanatorium, które beztrosko pływały w wodzie i bawiły się w berka w parku.

Dla wielu milusińskich wspomnienia z pobytu w zakładzie leczniczym w Obrzycach i tych wspólnych zabaw były jednymi z najpiękniejszych w życiu...

 

Katarzyna Sztuba - Frąckowiak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

Czy warto planować?

 

Odpowiadając bardzo krótko na zadane pytanie – nie. W Polskim Związku Emerytów Rencistów i Inwalidów plany na działalność statutową w bieżącym roku były duże. Pandemia powoli ale systematycznie plany te weryfikuje. Nie można było jak dotychczas realizować wyjazdu do teatru, do opery. Ostatnio trzeba było zrezygnować z wycieczki do Warszawy. Terminy wczasów wypoczynkowych i rehabilitacyjnych jak na razie nie są zagrożone, ale zdajemy sobie sprawę, że nic nie zależy od nas. Bardzo dobrze rozumieją to członkowie naszego Stowarzyszenia i ich zapytania o możliwości wyjazdu są bardzo wyważone, mimo że taka sytuacja trwa już drugi rok. W drugim półroczu planowany jest jeden wyjazd rehabilitacyjny i jeden turystyczno - wypoczynkowy. Co ciekawe - „obłożenie” tych turnusów jest 100%. Jest ewentualność zorganizowania tygodniowego wyjazdu do Zakopanego we wrześniu. Wszystko uzależnione jest od ilości chętnych. członków PZERiI, których w ten sposób zachęcam do skorzystania z okazji.

Mam nadzieję, że te mroczne czasy pandemii wreszcie się skończą, a i szczepienia coraz większej ilości seniorów, a takich mamy w swoich szeregach, też wzięte będą pod uwagę. Uważam też, że w drugim półroczu wyjazdy do teatru i opery oraz imprezy jednodniowe dojdą do skutku ku zadowoleniu wszystkich stęsknionych tego typu rozrywek. Nawiązując jeszcze raz do tytułu muszę przyznać po przemyśleniu, że odpowiedź nie może być jednoznaczna. Plany muszą być. Gdyby wszystko udawało się realizować to - co to za działalność? Uporanie się z przeciwnościami losu przynosi podwójną satysfakcję i mówiąc językiem łasucha - jest bardzo słodkie.

Chciałbym poinformować, że w marcu doszło do zmian w Zarządzie naszego stowarzyszenia. Ze względu na zły stan zdrowia dotychczasowa Przewodnicząca Aniela Brodzińska odwołana została z tej funkcji, pozostając we władzach Zarządu. Z woli członków Zarządu i własnej zgody funkcję tę przejął dotychczasowy zastępca Jan Wiśniewski (piszący ten tekst), a zastępcą przewodniczącego została Krystyna Adamirowicz. Wszystkie te kandydatury otrzymały pełne poparcie głosujących członków Zarządu. Sam sobie zadaję pytanie, czy coś się zmieni. Z pewnością tak. Widząc różnego rodzaju niedociągnięcia i nieprawidłowości uważam, że będę w stanie im zapobiec, oczywiście przy wydatnej pomocy członków Prezydium Zarządu . Wszystkie uwagi czy to krytyczne, czy pozytywne będę rozpatrywał i starał się nie dopuścić do błędów.

Przypomnę tylko, że biuro naszego Związku znajduje się na osiedlu Centrum 15 i działa we wtorki i środy w godzinach 9.00- 13.30. Serdecznie zapraszamy.

 

Jan Wiśniewski

   

  Letnie gry i zabawy w dawnych czasach

 

 Wszystkim czytelnikom POWIATOWEJ składam  serdeczne życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych, przede wszystkim dużo zdrowia i pogody ducha.

 

Od trzydziestu lat mieszkam w bloku w zachodniej części Międzyrzecza i do mieszkania w nim nigdy się nie przyzwyczaję. Gdy się wprowadzałem, to większość mieszkańców była w młodym wieku z małymi dziećmi. Jak przyszły ciepłe dni i okna były cały czas otwarte, to od razu było słychać gwar i hałas  bawiących się dzieci. Chłopcy z reguły grali w piłkę nożną na trawniku pod blokiem, a dziewczynki w gumę, klasy, berka itp. Mimo że było głośno - a mieszkam na parterze - nie przeszkadzało mi to. Latem wieczorem mamusie często wołały z okien do swoich pociech, aby przyszły do domu, bo już się ściemnia. Wychodziłem z założenia, że dzieci muszą się wyhasać, bo ja to samo robiłem w dzieciństwie. Obecnie w moim bloku jest wymiana pokoleń. Jest dużo młodych małżeństw z dziećmi, ale nie widać ich wokół bloku. Jest cicho, a jedynym  hałasem jest ruch samochodowy na pobliskiej ulicy, pomijam oczywiście czas pandemii.

      Chciałbym przytoczyć kilka gier i zabaw z mojego dzieciństwa, a była to druga połowa lat 60. i początek lat 70. ubiegłego wieku. Mieszkałem Na osiedlu  Zamkowym, gdzie w okolicach mojego domu przy ulicy były dwa bardzo szerokie trawniki. Na 30 domów były tylko dwa prywatne samochody, więc ich przemieszczanie było znikome. Królowała oczywiście piłka nożna. Grali z nami też koledzy z innych ulic -   Winnicy, Libelta, Waszkiewicza, Kilińskiego, Dąbrowskiego, a także dziewczyny. Częstym problemem było wpadnięcie piłki na przydomowy ogród. Jak ktoś był w ogrodzie, to nie było problemu i odrzucał piłkę. Problem się robił, gdy nie było tam nikogo i trzeba było skoczyć przez płot po piłkę. Nikt nie chciał się narażać na opieprz właściciela, więc było losowanie. Było przy tym dużo śmiechu, czy uda się być niezauważonym  i odzyskać piłkę. Sąsiedzi byli nad wyraz wyrozumiali, a z drugiej strony w tamtych czasach czuliśmy respekt przed starszymi osobami. Często graliśmy turnieje ulica na ulicę, ale wtedy graliśmy na boisku szkoły handlowej przy ulicy Libelta. Do dziś pamiętam kilka meczów między Międzyrzeczem a Wojciechowem, gdzie Międzyrzecz reprezentowali chłopaki z w/w ulic. Z reguły graliśmy w Wojciechowie, bo mieli tam normalne boisko, którego już obecnie nie ma, a kibiców było tyle, ile przychodzi teraz na mecz Orła na nasz piękny stadion.

      Drugą flagową dyscypliną na naszym osiedlu była gra w palanta. W tej grze była duża rozpiętość wiekowa, bo grali nawet 18- letni koledzy. Drużyny były mieszane – dziewczyny i chłopaki. Starsi koledzy załatwiali piłki tenisowe, a my – młodzi - musieliśmy załatwić kija do odbijania piłki, który nazywał się palantem, musiał być gruby, prosty i okrągły. Któregoś razu na mnie wypadło, że miałem przynieść palanta. Miałem z tym problem, więc wyciąłem go ze szpadla do kopania ogrodu. Nie chcę tu opisywać jaką burę miałem od mamy i za karę przez jakiś czas nie mogłem wychodzić na ulicę grać w różne gry. Ta mała piłeczka też często wpada nam do ogrodów sąsiadów i tutaj robił się problem, tak jak z piłką nożną, tylko że ona była mała i trudno było ją znaleźć, a właściciele nie bardzo tolerowali buszowanie w roślinach i czasami były szkody i skargi na nas do rodziców. W zamian jednak staraliśmy się pomagać starszym mieszkańcom osiedla. Często już ograne  piłki przynosił nam mieszkaniec osiedla, który grał wówczas w tenisa na kortach w Obrzycach m.in. z Henrykiem Dobrowolskim (twórcą tenisa w Międzyrzeczu) czy Zenkiem Laskowikiem. Były też turnieje między ulicami i trzeba było wybrać drużynę naszego osiedla. Czasami byłem zły, że starsi koledzy nie wybrali mnie do drużyny bo byłem za młody, a miałem wtedy około 10 – 12 lat. Nie będę opisywał zasad gry w palanta, bo byłoby dużo pisania, ale w internecie jest pełny opis.

      Następną drużynową grą była gra w dwa ognie. W tej grze- która jest obecna na lekcjach wychowania fizycznego w szkołach- też graliśmy mecze ulica na ulicę i z reguły były to drużyny mieszane – dziewczyny i chłopaki. Piłka już tak często nie wpadała do ogrodów i gdy starsi mieszkańcy to widzieli, to byli spokojni, że nie stratujemy żadnych nasadzeń.

      Jak nie było za dużo osób, to graliśmy w badmintona. Zrobiliśmy prawdziwe boisko do tej gry. W trawnik wbiliśmy półmetrowe rury, z lasu przynieśliśmy dwa drągi, które włożyliśmy do tych rur, linie autowe były wysypane piaskiem. Siatkę wypletliśmy ze sznurka, który każdy z domu przyniósł, oczywiście nic nie mówiąc rodzicom. Osobom w naszym wieku wiadomo, jakie były wtedy problemy z kupnem jakiegokolwiek sznurka, a mnie od matki też się oberwało.  Sprzęt po rozgrywkach był chowany, a rury w  trawie nikomu nie przeszkadzały.

      Gra w kapsle to była kultowa gra, a szczególnie w czasach Wyścigu Pokoju, gdzie główne role odgrywali Szurkowski, Szozda, Hanusik i każdy chciał być właśnie takim mistrzem. Potrafiliśmy grać aż do momentu jak było ciemno.

      Ciekawą też  była gra w kiczkę. Do tego był potrzebny patyk o długości około 15 cm zaostrzony z dwóch stron oraz paletka do odbijanie tego patyka. Paletką był kawałek deski, zaostrzonej z jednej strony na uchwyt do ręki. Kiedyś zobaczyłem, że moja mama używa małej deski z uchwytem do krojenia chleba. Ta deska idealnie pasowała do gry kiczkę. Oczywiście mama od razu mi ją zabrała i zrobiła przy kolegach burę. Nie pamiętam dokładnie zasad, ale rysowało się dwa koła w pewnej odległości. W kole leżał zaostrzony patyk i należało ten patyk podbić paletką i uderzyć w kierunku drugiego koła.

      Zabawa w wojnę to była  podstawowa zabawa małych chłopców. Pamiętam, że tata zrobił mi karabin, ja go pomalowałem różnymi farbami, a na lufie z dwóch stron  powciskałem pinezki. Koledzy zazdrościli mi tego karabinu. Gdzie się w tę wojnę bawiliśmy? Oczywiści na poligonie za Wojciechowem. Wychodziliśmy rano, a wracaliśmy późno po południu, spóźniając się oczywiście na obiad. Bura w domu była zapewniona, ale to było wkalkulowane w naszą zabawę. Były tam okopy, pagórki, zagłębienia, drzewa, las, jeziorko, Teren idealny do takiej zabawy i chociaż często żołnierze nas z tych terenów wyganiali, to zabawa była przednia.  Jeszcze teraz mogę pokazać miejsca, które nie zostały naruszone, gdzie się bawiliśmy.

      Często  bawiliśmy się w podchody.  Zawsze przed zabawą wyznaczaliśmy obszar poza który nie wolno było wyjść, czyli w granicach ulic Winnica, Libelta, Waszkiewicza i tory kolejowe na Sulęcin. Pewnego razu wymyśliliśmy podchody nocne. Nie wiem ile dokładnie miałem lat, ale około 12-14.  Aby wyjść niezauważonym z domu to należało położyć się spać w ubraniu i zgasić światło w pokoju. Spotkanie było dopiero około godziny 23, bo wtedy było już ciemno, a wychodziłem przez okno. Aby nie podkradać rodzicom latarki, to kupiłem sobie za butelki sprzedane w skupie surowców wtórnych. Z butelkami nie było problemu. Wystarczyło latem  w poniedziałek pojechać nad jezioro Głębokie i 20 sztuk było pewnych, a za butelkę dostawało się jedną złotówkę. Obszarem zabawy była wewnętrzna część osiedla i obowiązywała podstawowa zasada, nie wolno było się chować w komórkach, kurnikach, składzikach itp. Nie przypominam sobie, abyśmy zostali przez kogoś złapani. Mamie o tej zabawie powiedziałem dopiero gdzieś około 20. roku życia, była bardzo zdziwiona.

      Na koniec jeszcze dwie gry, które odbywały się w większości w szkole. Pierwsza to gra w cymbergaja. Grało się w większości na lekcjach, szczególnie na lekcji wychowawczej i w ostatnich ławkach. Potrzebne do tego były -  mały grzebień lub krótka linijka, dwie monety pięćdziesięciogroszowe oraz jedna moneta 10 lub 20 groszy. Jak nauczyciel złapał, to pewna była uwaga w dzienniku oraz przybycie rodziców do szkoły. Z uwagą w dzienniku to było jeszcze pół biedy, ale gdy rodzic przychodził do szkoły, to zawsze brał stronę nauczyciela, a w domu była awantura. Po latach stwierdzam, że wtedy rodzice mieli rację, że trzymali stronę nauczyciela. Kompletnie nie rozumiem obecnych młodych rodziców, którzy zawsze trzymają stronę swoich dzieci bez względu na to, po której stronie jest wina.  Ja wyznaję starą zasadę - uczeń powinien mieć tylko jedno prawo, prawo do nauki, a reszta to obowiązki. Młodzi rodzice się ze mną nie zgadzają, ale to już inna bajka.

 Druga gra to w dmuchane na prawdziwe pieniądze. Graliśmy w szkole przeważnie na przerwach, a za bazę do gry służyły nam szerokie parapety lub duże bloki rysunkowe. Grały dwie osoby monetami 10, 20, 50 groszy, rzadziej  złotówką.  Każdy z uczestników kładł na podłoże po jednej monecie tego samego nominału i miał jedno dmuchnięcie w monetę aby ją poruszyć w kierunku monety przeciwnika. Wygrywał ten, którego moneta położyła się nawet rantem na monetę przeciwnika i zabierał dla siebie te dwie monety. Nie powiem, ale byłem dobry w tej grze i czasami w tygodniu wygrywałem na bilet do kina, który wtedy kosztował 6, 8 a nawet 10 złotych. Kino ŚWIT, którego w tej chwili nie ma, mieściło się w tzw. „kaczym dołku”. Pewnego razu na tej grze złapała nas wychowawczyni. Mieliśmy wtedy lekcje w gabinecie matematycznym . Był opieprz przed całą klasą, a karą było uderzenie 3 razy w otwarte dłonie linijką do rysowania na tablicy ( taka linijka wyglądała jak deska-długa i gruba). Ból był okropny. Gdy przyszedłem po lekcjach do domu nie byłem w stanie utrzymać łyżki przy obiedzie, bo tak bolały mnie dłonie. Nie mogłem się poskarżyć rodzicom, bo na pewno dostałbym za karę lanie. Powiedziałem, że nie jestem głodny. Jakoś się udało i rodzice nie dowiedzieli się o moim przewinieniu. Chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że nie potępiam kar cielesnych.

 

      Dziecięce zabawy w miesiącach letnich zawsze odbywały się na powietrzu, aż do momentu przyjścia „zarazy cyfrowej”. W pewnym sensie ten rozwój technologiczny, który ułatwia życie, rozumiem. Nie rozumiem natomiast młodych rodziców, którzy dają dzieciom  2 i 3- letnim telefony, smartfony, tablety do zabawy, aby mieć święty spokój i nie zajmować się dzieckiem.

 

Pozdrawiam  -  Krzysztof  Malicki 

   

Finaliści ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Międzyrzeczu

 

Podczas nauki zdalnej uczniowie również uczestniczą w konkursach przedmiotowych i dzielnie się do nich przygotowują. Wspierają ich w tym rodzice oraz nauczyciele. W tym roku do etapu wojewódzkiego konkursów przedmiotowych zakwalifikowało się aż ośmioro uczniów Szkoły Podstawowej nr 2!

- Z JĘZYKA POLSKIEGO: Hanna Bełz, Izabela Stankiewicz,

- Z MATEMATYKI: Olga Grabska, Gracjan Lemański,

- Z HISTORII: Franciszek Frelichowski, Hubert Hałęza,

- Z JĘZYKA ANGIELSKIEGO: Izabela Stankiewicz,

- Z BIOLOGII: Natalia Kowalczyk.

Zdajemy sobie sprawę, jak wiele pracy wkładają w przygotowania uczniowie i jak ogromną wiedzą i umiejętnościami mogą się pochwalić. Mocno trzymamy za nich kciuki w finale i życzymy samych sukcesów w ich ulubionych dziedzinach!

Aleksandra Biela

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prezentacje recytatorskie i festiwal piosenki

w Międzyrzeckim Ośrodku Kultury

 

Po wielu miesiącach funkcjonowania naszego ośrodka online, mieliśmy możliwość, choć na chwilę, spotkać się naszymi mieszkańcami. Przyczynkiem do tego był etap gminny Lubuskiego Konkursu Recytatorskiego, który odbył się 22 lutego oraz eliminacje i finał Lubuskiego Konkursu Piosenki 6 marca br. Obydwa wydarzenia realizowane były w ramach programu Pro Arte, którego operatorem jest Regionalne Centrum Animacji Kultury w Zielonej Górze. Konkurs recytatorski odbył się w formule hybrydowej, tj. kat. I na żywo, kat. II i III online. Spośród 60. wykonawców rada artystyczna wyłoniła 9 laureatów, którzy reprezentowali naszą gminę w eliminacjach powiatowych. Przyznała również 10 wyróżnień. Etap powiatowy zorganizowany został online przez Gminny Ośrodek Kultury w Pszczewie. Miło jest nam poinformować, iż do etapu wojewódzkiego nominowanych zostało pięciu uczniów z naszych gminnych szkół, natomiast trzy osoby otrzymały wyróżnienie.

27 lutego odbyły się eliminacje wstępne do festiwalu piosenki, podczas których rada artystyczna spośród 44 zgłoszeń, 16 uczestników zakwalifikowała do występu w koncercie finałowym, który odbył się 6 marca br. na sali kinowo-widowiskowej. Koncert finałowy był zapewne wielkim przeżyciem dla naszych młodych artystów, gdyż śpiewali przy akompaniamencie zespołu oraz z gościnnym udziałem wirtuoza saksofonu Marcina Pesosa Stachowiaka. Do etapu powiatowego jury nominowało 8 uczestników. Etap powiatowy odbędzie się w Gminnym Ośrodku Kultury w Przytocznej.

Życzymy powodzenia naszym wspaniałym artystom w kolejnych etapach.

Patrycja Klarecka - Haładus

 

 

Spotkanie Koła Gospodyń Wiejskich

6 marca br. odbyło się spotkanie KGW w Brójcach z zachowaniem odpowiedniego reżimu sanitarnego. Spotkanie dotyczyło zatwierdzenia sprawozdań oraz udzielenia absolutorium Zarządowi Koła, zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi KGW. Sporo jest przepisów, których trzeba przestrzegać. Najważniejsze to: ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych; ustawa z 29 września 1994 r. o rachunkowości; ustawa z 6 marca 2018 r. - Prawo przedsiębiorców; ustawa z 9 listopada 2018 r. o kołach gospodyń wiejskich; rozporządzenie Ministra Finansów z 7 stycznia 2019 r. w sprawie prowadzenia uproszczonej ewidencji przychodów i kosztów przez Koła Gospodyń Wiejskich; rozporządzenie Ministra Inwestycji i Rozwoju z 17 września 2019 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie szczegółowych warunków i trybu przyznawania oraz rozliczania przez Prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa pomocy finansowej z budżetu państwa dla kół gospodyń wiejskich oraz jej wysokości, a także szereg innych rozporządzeń. Co roku członkowie Koła są zobowiązani zatwierdzić wykonane sprawozdania przez Zarząd Koła. Skarbnik Koła Janina Piechocka przedstawiła zestawienie przychodów i kosztów za rok 2020. Wydatki poniesione przez Koło to prawie 12 tys. zł. Mimo trudnego, pandemicznego, ubiegłego roku udało się pozyskać środki z ARiMR, z Gminy Trzciel oraz ze składek członkowskich i zrealizować kilka projektów. Saldo na rachunku bankowym na dzień 31 grudnia 2020 r. wyniosło 2086, 96 zł.

Członkinie koła udzieliły absolutorium Zarządowi. Podjęcie uchwały o udzieleniu absolutorium stanowi wyraz akceptacji działań członków zarządu, które są niezbędne do dalszego prawidłowego funkcjonowania i rozwoju Koła.  Zarząd Koła dziękuje za udzielenie absolutorium.

Z okazji świąt Koło zaplanowało spotkanie, na którym miały być robione palmy wielkanocne, jednak rząd ogłosił lockdown w naszym województwie i z planów nici.

 

Halina Pilipczuk

   

Interesowała mnie historia

Wspomnienia Ireneusza Łysiaka z Bledzewa

 

Urodziłem się 7 marca 1946 roku w Skarboszewie w województwie poznańskim. Mój ojciec miał na imię Jan. Mama Anna z domu Marcinowicz pochodziła z Baranowicz na Białorusi. Ojciec walczył podczas kampanii wrześniowej, był woźnicą przy sztabie. Podczas nalotu bomba trafiła w jego wóz, konie zabiła, a on jakimś cudem przeżył. Był w szpitalu, przez 3 dni nic nie słyszał, ale wydobrzał. Po kapitulacji Polski trafił do niewoli niemieckiej. Pracował na robotach przymusowych w okolicach Hanoweru. Tam poznał moją mamę. Jak skończyła się wojna, ożenili się i zamieszkali w Skarboszewie. Tam był problem z ziemią, a wszędzie były ogłoszenia, żeby jechać na Ziemie Odzyskane, bo tam ziemi jest dość dla wszystkich. Tata się zainteresował tym. Wcześniej na Zachodzie osiedliła się nasza ciocia Stanisława Bilewicz z rodziną. Zajęli gospodarstwo w Starym Dworku koło Bledzewa. Dali znać rodzicom, że jest wolny dom i w 1948 roku przeprowadziliśmy się do Starego Dworku. Tam rodzice objęli gospodarstwo z 12 hektarami ziemi. Tego domu już nie ma. Nasza rodzina szybko się powiększyła, ja byłem najstarszy, a w domu nas był 11.

Chodziłem do szkoły podstawowej w Starym Dworku. Moim pierwszym nauczycielem był pan Ignasik, który pochodził zza Buga. Dla nas, dzieci, te tereny były wymarzone do zabawy. Za rzeką Obrą były poniemieckie bunkry i często chodziliśmy się tam bawić. Pełno było jeszcze wszystkiego w tych podziemiach, a najwięcej amunicji. Zbieraliśmy to i jak się pasło krowy nad Obrą, to do ogniska wrzucaliśmy te niewybuchy. Czasami mocno wybuchło i huk krowy płoszył. Nieraz trzeba było je długo szukać. Wiadomo, że to było niezabezpieczane, ale jak to dzieci, wszystkiego byliśmy ciekawi. Jak znajdowało się jakieś bagnety czy hełmy, to sprzedawaliśmy albo zamienialiśmy się z kolegami na coś innego.

Kiedyś każdego coś interesowało. A mnie od najmłodszych lat interesowała historia. Lubiłem penetrować te poniemieckie umocnienia. Dużo na ten temat opowiadał mi Bolesław Milke, który pracował jako jeniec wojenny w Starym Dworku (wówczas był to Althofchen), po wojnie został na gospodarstwie. On i też inni, którzy tu byli jako robotnicy przymusowi, opowiadali o walkach, które tu się toczyły w styczniu 1945 roku. Opowiadali mi, że na krzyżówce dróg na Gorzów i Kostrzyn rozstrzelono z tych bunkrów 18 żołnierzy niemieckich.

W okolicach Starego Dworku często ludzie coś odkrywali czy odkopywali. Najczęściej to były jakieś kosztowności byłych mieszkańców. Ale też w tych wojskowych budowlach różne rzeczy były. Mój ojciec, jak się sprowadziliśmy, dorabiał przy różnych pracach. Też przy naprawianiu drogi i mostu obrotowego za Starym Dworkiem. Opowiadał, że w środku w maszynowni znaleźli różne rzeczy, w tym 5 maszyn do szycia. Gdy z ojcem oczyszczaliśmy stodołę z różnych śmieci, żeby więcej słomy wchodziło pod dach, znaleźliśmy skrzynkę z niebieską porcelaną. Była tam cała zastawa obiadowa, talerze, filiżanki, wazony. Tylko takie rzeczy ludzi nie interesowały kiedyś i wszystko gdzieś się poniszczyło.

Któregoś dnia do Marciniaka w Starym Dworku przyjechał jakiś nieznajomy. Zapytał się, czy może wejść do ogrodu, bo coś chciał mu pokazać. Podeszli do starej wierzby. Mężczyzna wyciągnął z niej jakieś zawiniątko z drogocennymi przedmiotami. Dał gospodarzowi jakieś jakby znaleźne, niby dla jego córek, i odjechał.

U Siwka, jak odwiedził ich kiedyś były niemiecki właściciel, też było podobnie – tylko kosztowności były pochowane w piecu kaflowym.

W Starym Dworku żyło się dobrze. Człowiek był młody, to życie było wesołe. Miejscem spotkań młodzieży była klubokawiarnia, którą prowadziła pani Dyduła (później ona wraz z mężem przeprowadziła się do Rokitna). Były organizowane tam różne potańcówki i dożynki.

Szkołę zawodową ukończyłem w Zielonej Górze w zawodzie piekarz cukiernik. Praktyki i czeladnika w zawodzie ukończyłem w Międzyrzeczu u piekarza Tadeusza Frydrycha przy ulicy Garncarskiej. To był znany w okolicy fachowiec, prowadził cukiernię, gdzie wyrabiano rzemieślniczo słynne w okolicy lody.

W Wędrzynie odbyłem dwuletnią służbę wojskową, w 1969 roku wyszedłem do rezerwy. Przez całe swoje życie zawodowe byłem piekarzem. Pracowałem w piekarniach w Kaławie, Międzyrzeczu i Bledzewie.

Osiemnastego października 1969 roku ożeniłem się z Marią Mazur, która pochodziła z Sokolej Dąbrowy. Ślubu udzielał nam ksiądz proboszcz Piotr Sąsiadek. Wesele było też w Sokolej. Po ślubie przeprowadziłem się do żony. W 1972 roku zamieszkaliśmy w Bledzewie. Urodziły się nam 3 córki. Teraz 2 wywędrowały w świat:  najmłodsza, Joanna, mieszka w Anglii, Dorota w Niemczech, najstarsza została w Bledzewie. Doczekałem się 5 wnucząt: Weroniki, Anny, Eweliny, Maćka i Adama oraz 5 prawnucząt: Leny, Liwii, Mai, Marcela i Huberta. Miło patrzeć, jak rodzina się rozrasta. Niestety, 12 kwietnia 2011 roku moja żona zmarła.

Zawsze interesowałem się historią tych terenów, dużo czytałem o cystersach, zbierałem wszystkie dostępne artykuły oraz wydawnictwa o Bledzewie i o okolicach. Jak były organizowane Dni Bledzewa, to prosili mnie, abym przygotowywał wystawy okolicznościowe, co bardzo chętnie robiłem. Wiele osób też ze szkoły zgłaszało się o różne materiały. Przez lata nazbierało się spore archiwum. Teraz jestem członkiem miejscowego Klubu Seniora, gdzie mam wielu znajomych.

 

Fragment z książki Andrzeja Chmielewskiego

Wspomnienia z ziemi bledzewskiej, Seria Germania, 2020. s.71-74.

   

BAKALARUS

Pamięci Lucyny poświęcam

 

      Po dwuletniej nieobecności powróciłem do Międzyrzecza. Międzyrzecz był jeszcze piękniejszy niż wtedy, kiedy kilka lat wcześniej ujrzałem go po raz pierwszy. Zamek, ratusz, ulice, rzeki, most i cała reszta – wszystko było na swoim miejscu i niby takie samo.  Moje oczy zobaczyły jednak odmienny międzyrzecki świat. Zamek zdawał się jakiś dostojniejszy, jakby przybyło mu godności ważności i znaczenia. Ratusz nabrał dystansu do otaczających go kamieniczek i kościoła. Obra i spajający jej brzegi most inaczej pachniały. Przecież rzeka toczyła zupełnie inne wody. No i mój brukowany Kiliński – ulica z niekompletnymi, jak zawsze, chodnikami i swoim żywym „emblematem”, przyspawanym do niej panem Francem, przywitała mnie dźwięcznym turkotem żelaznego koła taczek pana Franca. Byłem u siebie.

 

      Nie umiem powiedzieć kto zaczął – kto dał zaczyn. Wiem na pewno, że nie ja. Pewnego dnia wieczorem znalazłem się w towarzystwie Lucyny, Antka i Tomka w niedawno otwartym Klubie Nauczyciela. To był dla mnie początek „Bakalarusa” – nauczycielskiego kabaretu w Międzyrzeczu.

Jednym z przywilejów starości jest wspominanie – przypominanie. Jest to też ważna funkcja społeczna. Przypominanie wydarzeń z przeszłości, aby je przenieść do teraźniejszości, żeby mogły zaistnieć przetworzone w przyszłości, albo żeby nigdy nie mogły zaistnieć. Przypominając „Bakalarusa”, wydobywając go z przestrzeni bytów minionych, ale przecież ciągle tam istniejących, nie liczę na jego odrodzenie. Mam (może złudną) nadzieję, że wśród międzyrzeckich nauczycieli są tacy, którzy bawiąc się literaturą będą czynnie istnieć w ciągle zmieniającym się świecie, a przy okazji będą bawić i uczyć innych. Tak, to jest moje przesłanie.

A teraz fragment próby (bardzo prawdopodobny)

Klub Nauczyciela. Zagospodarowany kąt przy oknie, stoły i krzesła markują przyszłe sytuacje na scenie. Lucyna trzyma jakiś zaczątek scenariusza, a w nim teksty K.I. Gałczyńskiego i T. Żeleńskiego – Boya.

Lonek – Bulwieć na sobie /poprawił odzież/Teraz na pewno /jest w Ciemnogrodzie/ bo taka mżawka/noc, pleśń, swąd, mrok, brud /a jak Ciemnawka/ to i Ciemnogród.

Lucyna – to mogło by tak być. Tylko może byś to podał bardziej organoleptycznie (słychać śmiechy i potakiwania). No to już wiemy, gdzie trafił Bulwieć. Tomek, to może teraz ten fragment z dyrektorem.

Tomek – ależ proszę uprzejmie, i zaczyna. Nad nim sentencja /wisiała śliczna/ SZKOŁA BYĆ WINNA /APOLITYCZNA /Dyrektor szkoły/ wpółniewidomy/ twierdził że WSZECHŚWIAT /JEST NIERUCHOMY, /ŻE WSZYSTKO STOI /NIE MA SPRZECZNOŚCI/. Bo bardzo lubił nieruchomości.

Wszyscy biją brawa, Tomek uśmiecha się, kłania nisko i proponuje, żebyśmy spróbowali „Młodzieńców”.

      Lucyna – OK, gotowi? Ale jacy to młodzieńcy. Dzieciaki. Musimy was jakoś postarzeć.

      Kala – Bezsenność /Bulwieć w łóżku się kręci/ wtem puk, puk, wchodzą /piękni młodzieńcy /Ręce ich długie/ kręcone loki /Może studenci angelologii.

Tomek, Kazik, Lonek - My przepraszamy /że przeszkadzamy/ w kwestii rodzinnej /np. mamy/

      Lucyna – mogło by być, ale musicie być zdecydowanie piękniejsi (uśmiecha się).

      Adam – można by też muzykę zmienić na jeszcze piękniejszą. Śmiechy.

Tak mniej więcej wyglądały nasze próby – spotkania, z podkreśleniem – spotkania. Rozmawialiśmy na nich nie tylko o programie, ale i o sprawach z tzw. życia międzyrzeckiego, krajowego i światowego. Umawialiśmy się na spotkania poza klubem. Bardzo mi się podobały. Bardzo. Wyprawy na harce wodne do Głębokiego.

      Osobny rozdział, wszechstronnie rozwijający, stanowiły spotkania w domu Lucyny. Tam zaczynało się od pysznej kolacji. Nigdy wcześniej ani później nie jadłem tak smakowitego szczupaka w galarecie, a karp po żydowsku – po prostu gastronomiczno – konsumpcyjna poezja. A jak podane – a w jakim towarzystwie – a jakie rozmowy!

      Opowiem o jednej wyjątkowej próbie u Lucyny

Pojawiła się na niej zaproszona przez Lucynę aktorka Teatru Polskiego z Poznania. Jej obecność na początku bardzo mnie usztywniła. Jeszcze nikt nic ode mnie nie chciał, a ja już miałem potężną tremę. Pani była taka „zwyczajna”, taka miła, życzliwa, ba, wyrozumiała, że poczułem się swobodnie i mogłem w pełni korzystać z obecności naszego gościa. Po tym spotkaniu zapamiętam do końca moich świadomych dni przecudowny erotyk List Jeńca K.I. Gałczyńskiego. Popisuję się nim dość często. Teraz też nachodzi mnie chętka, żeby go przytoczyć. Ale…

      Po próbach Lucyna odprowadzała nas aż do piekarni. Tam  po odpowiednim – umówionym pukaniu do okna, okno się otwierało i ukazywał się w nim umączony piekarz. Pytał – ile dzisiaj? Lucyna odpowiadała np. dzisiaj 12 bułek i 1 chleb. Proszę, tu są odliczone pieniądze. Bułki były bardzo gorące. Trzeba było nimi żonglować, zanim stały się możliwe do jedzenia.

I kolejny fragment próby (prawdopodobny)

      Lucyna – czekamy na Antka. Powiedział że przyjdzie i przyniesie projekt scenografii.

      Tomek – o, to wspaniale. Ale może w tzw. międzyczasie spróbowalibyśmy T. Żeleńskiego – Boya?

      Lucyna – OK. – zacznijmy od „Duszy poety”.

      Kala – ja jeszcze nie umiem całego tekstu. No i mam problem z tymi tiulami. Może jakiś welon?

      Kazik – welon! Ja mam, to znaczy widziałem niedawno u mamy. On jest taki niebieskawy.

      Lucyna – to wspaniale. Poszukajmy wszyscy u siebie, może coś podobnego jeszcze znajdziemy.

Sytuacja - ustawiamy blisko siebie trzy krzesła, przykrywamy je atłasową narzutą. To będzie kanapa. Lonek nieco potargany, kładzie się na „kanapie”.

      Kala – (dusza poety żali się) Jam winna temu, że to, co zamarło/ W człowieczej piersi z odwiecznych zrozumień/ Próbuje wskrzesić, lejąc w spiekłe gardło /żytniówki strumień… (poecie haniebnie się odbija)

Kala (dalej się żaląc) mówi tekst i po chwili przerywa. Pojawia się Antek.

      Antek – o, jak dobrze trafiłem. Akurat jest przerwa. Mam pomysł na główny element scenografii. Skleję trzy albo cztery arkusze szarego pakowego papieru, a na nich namaluję wasze głowy. To się powiesi w głębi nad sceną. Pomysł zostaje zaakceptowany.

      Adam – ja chciałbym na moment wrócić do „Duszy poety”. Boy proponuje jako podkład fragment z Karnawału Szumana, może byśmy …

      Na tej próbie podziwiałem Tomka w „Krakowskim Jubileuszu” i w „Gdy się człowiek robi starszy”.  Boy był dla nas prawdziwą kopalnią tekstów i gotowych pomysłów prosto na scenę. Prowokował do komentarzy i żartów sytuacyjnych.

      Po wielu spotkaniach – próbach uznaliśmy, że jesteśmy gotowi zmierzyć się z publiką. Gdzieś w powietrzu wisiała myśl, że ci, którzy przyjdą na premierę, więcej ryzykują niż my. Naprawdę byliśmy gotowi. Jesienią 1963 roku dbyliśmy premierę. Piszę, odbyliśmy, bo to jest więcej niż „premiera się odbyła”. Ja, spięty, stremowany, tak poza sobą i tak skupiony na zadaniach, tekstach swoich i kolegów, że do dzisiaj nie potrafię odtworzyć przebiegu tej premiery. Pewną rekonstrukcję stworzyłem sobie na podstawie reakcji występujących i widowni po spektaklu, a także oryginalnych spostrzeżeń Antka z jego obserwacji sceny i widowni.

      Jednym słowem odnieśliśmy, jak to się mówiło, pełny sukces i poczuliśmy się zachęceni, ba, zobowiązani do dalszej pracy i występów. Po kilku dniach spotkałem znajomą nauczycielkę, której słowa zapamiętałem - …wiesz, nigdy nie myślałam, że ludzie, których znam i codziennie spotykam w pracy i na ulicy, że ci ludzie na scenie nabierają jakichś innych cech, innego znaczenia. Jesteście jacyś obcy, ważniejsi, a wygłaszane i znajome teksty nabierają nieoczekiwanej głębi… Pomyślałem – ile to w ludziach tkwi nieodkrytych możliwości zaistnienia dla siebie i innych. Ta myśl dalej mnie inspiruje, ciągle zachęca do poszukiwań.

Zaczęły się występy w Międzyrzeczu i poza miastem. Każdy kończyliśmy finałem i przedstawieniem wykonawców. Zawsze robiła to Lucyna. Dla potrzeb tych wspomnień teraz zrobię to ja.

      Drodzy czytelnicy, przed państwem wystąpili: Nieodżałowanej pamięci, zawsze żywa Lucyna Leyko (Liceum Ekonomiczne), Tomasz Jasiński (Liceum Ogólnokształcące), Karola Gizło (biblioteka), nauczyciele: Kazimierz Wołczecki, Adam Żyła i Leonard Weimann, artysta malarz Antoni Górnik (Liceum Ekonomiczne).

      Bakalarus nie istniał długo w czasie linearnym. Przeniósł się do krainy wiecznej poza przestrzeń i czas. Wierzę, że zajmuje tam stałe miejsce, z którego zawsze będzie można go przywołać do jakiegoś istnienia, choćby w takich subiektywnych wspomnieniach. Nie ma go, a jednak jest.

 

Leonard Weimann

 

 

      Leonardzie - drogi, daleki i bliski kolego, odnaleziony po latach.

 

      Wyjechałeś dawno z Międzyrzecza, ale tam – w Pobojnej Górze nad Biebrzą na pewno często myślisz o latach spędzonych nad Obrą i wspominasz tych, którzy tu  zostali. Jak miło było usłyszeć Twój głos i przeczytać Twoje poetyckie spojrzenie na Biebrzę, której fragment pozwalam sobie przedstawić czytelnikom.

 

(…) Rzeko

Płynę w czasie zanurzony

 jak w Tobie.

Wypełniamy przestrzeń

Po galaktyki najdalsze.

Zanurzam się w Tobie.

Życie swoje zanurzam,

Znużenie swoje zanurzam.

Wodom Twoim powierzam (...)

 

      BIEBRZO

      Jesteś moją rzeką

      od kiedy w umyśle noszę

      pojęcie rzeki.

      Jesteś już moją Biebrzą.

      Wnikam w Ciebie jak w życie

Pulsujące

Światłem i cieniem przepastnym

Przenikam Twą moc wodną

Ona mnie na wskroś przenika.

Oczyszcza.

Zabiera lęki i bóle (…)

 

Słyszysz?

Łoś przepłynął rzekę.

Łoś – duch biebrzańskiej nocy.

Płynę. Płyniemy.

Wszak wszystko płynie.

 

I na koniec dodam Twoją dedykację – Izo, jak miło się odnaleźć po latach. Mam nadzieję, że już się nie zgubimy. Daję Ci „Biebrzę” z tą myślą.

 

Dziękuję za Bakalarusa i Biebrzę – Iza Stopyra

   

Informacje z USC w Międzyrzeczu

ZŁOTE GODY - ZGŁOŚ SWÓJ UDZIAŁ!

Urząd Stanu Cywilnego w Międzyrzeczu organizuje we wrześniu zbiorową uroczystość 50-lecia pożycia małżeńskiego dla par, które w 1971 r. zawarły związek małżeński. Prosimy Jubilatów o osobiste przybycie do USC do końca kwietnia br. w celu zadeklarowania udziału w uroczystości. W przypadku rozwoju pandemii koronawirusa, termin imprezy może zostać przełożony.

USC ma siedzibę na parterze Urzędu Miejskiego, nr tel. 95 742 69 99. Ankiety można odbierać i składać w biurze podawczym w holu ratusza.

   

      MIECZYSŁAW KURYŚ - zapasy  w okresie  pandemii

 

O zapasach w trudnych czasach, w okresie koronawirusa, rozmawiam z Mieczysławem Kurysiem, trenerem „Trzcielskich Orląt”.

Z klubem  jest związany niemalże od początku jego istnienia. Tam bowiem zaczynał swoją przygodę z zapasami. Był zawodnikiem z dużymi sukcesami, a obecnie od kilkunastu już lat jest trenerem. Wielu świetnych zapaśników zaczynało swoje sportowe kariery, bądź je kontynuowało pod bacznym okiem Mieczysława Kurysia. Monika Michalik jest tego najlepszym przykładem. O zapasach, a szczególnie trzcielskich, można z p. Mieczysławem rozmawiać bez końca. To jest jego pasja, jedno z życiowych zadań, urozmaicenie codzienności.

 

- Od ponad roku wprowadzane są różne ograniczenia. Jakie mają wpływ na trzcielskie zapasy?

- Pandemia ma olbrzymi wpływ na życie świata i jego mieszkańców, również więc na działalność naszego klubu. Jest to niestety wpływ negatywny. Był okres, że treningi w ogóle nie odbywały się, a było to od  połowy marca do 6 maja 2020 roku. Przez pewien okres treningi były na świeżym powietrzu i w ograniczonej liczbie zawodników. Takie były wytyczne i rozporządzenia, do których ściśle stosowaliśmy się. Przez 6 miesięcy zawodnicy nie brali udziału w żadnych zawodach. Część z nich na ten trudny okres całkowicie zawiesiła swój udział w treningach. I była to głównie decyzja ich rodziców.

 

- Bezpieczeństwo w każdej sytuacji jest najważniejsze. Czy wprowadzone sanitarne ograniczenia i  restrykcje są dla zapaśników bardzo uciążliwe?

- Dla zawodników, zrzeszonych w Polskich Związkach Sportowych, w ciągu ostatniego roku one ulegały częstym zmianom. Od wakacji nie były  aż tak rygorystyczne i pozwalały zawodnikom na udział w treningach, zgrupowaniach i zawodach. Oczywiście były pewne ograniczenia, zwłaszcza podczas zawodów. Nie mogło być wtedy kibiców. W czasie pandemii uczestnik zawodów zobligowany jest również do dostarczenia  odpowiedniego oświadczenia.

 

- Zabezpieczenia organizatorów zawodów są istotne, a ostrożność  konieczna. Jak w tych skomplikowanych czasach odbywają się treningi?

- Treningi obecnie odbywają się 3 razy w tygodniu i tylko w grupie zaawansowanej . Raz w tygodniu jest również indywidualny trening zawodników, podczas którego sami wykonują zalecenia trenera, czyli odrabiają zadanie domowe. Oczywiście w treningu zapaśniczym nie da się zachować fizycznego dystansu, ale jako trener staram się dbać o bezpieczeństwo poprzez dezynfekcję wszystkich pomieszczeń oraz sprzętu zapaśniczego. Zawodnicy przed wejściem na salę mają także dezynfekowane dłonie. Przeprowadzany jest również krótki wywiad  na temat ich samopoczucia i aktualnego stanu zdrowia. Treningi w grupie młodszej , czyli dzieci, ze względów na bezpieczeństwo zostały zawieszone do odwołania. W ogóle  sprawy treningów „wiszą w powietrzu”, bo różne mogą być decyzje rządu. Każdy lockdown może wszystko zmienić.

 

- I tak prawdopodobnie będzie, bo koronawirus szaleje. W tym roku szkolnym utytułowany zawodnik „Trzcielskich Orląt” – Adam Fietz, zmienił klub. Czy was odwiedza?

- Adaś od września 2020 roku jest uczniem Liceum im. Marcina Gortata w Poznaniu, a od stycznia tego roku reprezentuje  klub – „ Sobieski” Poznań. Edukacja zadecydowała więc o zmianie barw klubowych. Ze względu na naukę zdalną przebywa głównie w domu rodzinnym w Trzcielu i jest u nas na każdym treningu. Ciężko pracuje, podnosi  i utrwala swoje umiejętności. Efektem jest III miejsce zdobyte w końcówce lutego tego roku podczas Pucharu Polski Kadetów w Warszawie.

 

- Gratulacje dla Adama Fietza i jego trenerów. Szkoda tylko, że pandemia zmniejsza ilość ważnych zapaśniczych imprez. W jakich zawodach biorą udział zawodnicy „Trzcielskich Orląt”?

- Było ich nawet sporo, oczywiście biorąc pod uwagę wszelkie pandemiczne ograniczenia. Od września 2020 roku zawodnicy Orląt uczestniczyli w Międzynarodowych Mistrzostwach Województwa Lubuskiego w Trzcielu, w Ligach Międzywojewódzkich- Poznań, Bielawa, Gorzów i Żary, w Mistrzostwach Polski Młodzików – Kostrzyn, w Mistrzostwach Polski LZS – Siedlce, w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży – Janów Lubelski, w Otwartych Mistrzostwach Miasta Poznania. Niestety, w 2020 r. zostały odwołane ME i MŚ w grupie młodzików i kadetów, a mieli w nich szansę reprezentować Polskę zawodnicy z Trzciela – Adam Fietz i Grzegorz Hildebrand.

 

- Trzeba mieć nadzieję, że ci zawodnicy jeszcze będą mieli okazję reprezentować nasz kraj  na mistrzostwach kontynentu lub świata. Życzę im tego. Trzciel we wrześniu był organizatorem  dużej imprezy zapaśniczej. Jak ją oceniasz?

- Jako pierwszy klub zapaśniczy w Polsce po półrocznej przerwie spowodowanej pandemią, zorganizowaliśmy 12.09. 2020 r. Międzynarodowe Mistrzostwa Województwa Lubuskiego w Zapasach w Trzcielu. Była to bardzo trudna decyzja, została ona jednak podjęta po konsultacjach z burmistrzem Trzciela Jarosławem Kaczmarkiem, dyrektorem szkoły Dariuszem Orzeszko oraz ówczesnym dyrektorem Sanepidu Jarosławem Marcelą. Organizacja zawodów była dla nas dużym wyzwaniem i wiązała się z pewnymi obawami. Wszystko jednak szczęśliwie udało się, mistrzostwa przebiegały bez zakłóceń. Uczestniczyli w nich tylko zawodnicy z klubów polskich. W normalnej sytuacji w tych zawodach na matach walczyliby także zapaśnicy z kilku krajów, z klubów z nami współpracujących.

 

- Mistrzostwa były rzeczywiście świetnie przygotowane, uczestniczyło w nich wielu zawodników. Czy współpraca z klubami zagranicznymi nie ucierpi z powodu przedłużającej się pandemii?

- Myślę, że nie. Utrzymuję kontakt z klubami w Danii, Norwegii, Rosji oraz w Niemczech. Trenerami tych klubów są moi dobrzy znajomi. Do tej pory spotykaliśmy się na zawodach w Trzcielu. Jeździliśmy również do nich na imprezy zapaśnicze. Jestem pewny, że gdy sytuacja się uspokoi, to wszystko wróci do stanu sprzed pandemii.

 

- Orlęta jesienią organizują nabór nowych zawodników do klubu. Jak rekrutacja wygląda w tym roku szkolnym?

- Niestety, pandemia nie ułatwia nam naboru. We wrześniu był zaplanowany nabór dzieci, głównie z klas III i IV ze szkół w Trzcielu, Brójcach i Miedzichowie do sekcji zapaśniczej „Orlęta Trzciel”. Rozmawiałem również z dyrektor Szkoły Podstawowej w Pszczewie – Haliną Banaszkiewicz w sprawie utworzenia u nich szkółki zapaśniczej. Miałaby to być filia trzcielskich „Orląt”. Zajęcia trenerskie prowadziłby Władysław Wyrwał, trener mieszkający w Pszczewie. Z założeniem szkółki i szkoleniem nowych adeptów sportu zapaśniczego  musimy jednak  czekać do czasów aż sytuacja epidemiologiczna zostanie opanowana.

 

- Gdyby udały się te zamierzenia, liczba zapaśników w powiecie międzyrzeckim znacznie by wzrosła. Dużą rolę w tych planach może odegrać Monika Michalik jako trenerka trzcielskich Orląt.

-Tak. Monika, nasza medalistka z Rio skończyła karierę sportową. Obecnie mieszka w Jasieńcu kolo Trzciela i pracuje w Jednostce Wojskowej w Międzyrzeczu. Gdy ruszy nabór dzieci, to właśnie głównie ona będzie prowadziła zajęcia zapaśnicze w tej grupie.

 

- Świetnie, pewnie będą następni olimpijczycy i niezwykłe sukcesy. A jakie w tym trudnym covidowym okresie mają osiągnięcia zawodnicy „Orląt”?

- Obecnie sam udział zapaśników w treningach już jest sukcesem. Chciałbym ich wszystkich wyróżnić i pochwalić za systematyczność i zaangażowanie się w zajęcia treningowe. Szczególnie na pochwałę zasługują – Grzegorz Hilebrand, Adam Fietz, Sviatoslav Byrheu, Tytus Maciński, Magda Śpiewak. Grzegorz Hildebrand zdobył brązowy medal na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży oraz złoto na Mistrzostwach Polski Zrzeszenia LZS. Natomiast Adam Fietz wywalczył III miejsce w Pucharze Polski Kadetów. Podczas zawodów Międzywojewódzkich Lig Młodzików medale zdobywali – Kacper Fietz, Tytus Maciński oraz Sviatoslav Byrheu.

 

- Te sukcesy bardzo cieszą. Jakie klub ma plany na najbliższy czas?

- Oczywiście, wszystko musimy planować. W dniach 18- 20 marca w Poznaniu odbyły się Mistrzostwa Polski Juniorów, w których uczestniczyli Grzegorz Hildebrand i Jan Chojnacki. Wprawdzie J. Chojnacki reprezentuje „Sobieskiego” Poznań, ale w czasie pandemii trenuje i przygotowywał się do zawodów w Trzcielu, bo to jest nasz wychowanek. W wielu innych turniejach  mamy zaplanowany start. Ale czy one odbędą się?

- To jest trudne pytanie. Pandemia nie odpuszcza. „Orlęta Trzciel” w ubiegłym roku obchodziły swoje czterdziestolecie. Jak klub świętował tę rocznicę i jaki jest twój osobisty udział w tym jubileuszu?

- Nie było żadnych spotkań ani hucznych obchodów, bo taki jest teraz okres. Natomiast w sali, w której odbywają się treningi, położyliśmy na ścianie fototapetę, która upamiętnia czterdziestolecie klubu. Na około 30 m kw. zostały ujęte wydarzenia z lat 1980 – 2020. Są na niej wymienieni wszyscy nasi medaliści mistrzostw Polski, uczestnicy i medaliści mistrzostw Europy, świata oraz igrzysk olimpijskich, loga i herby instytucji, które nas wspomagają oraz wiele fotografii z minionych lat. Z klubem jestem związany od początku jego powstania. Po 8 latach treningów, w 1988 roku zostałem powołany do zasadniczej służby wojskowej. A ponieważ byłem już wicemistrzem Polski juniorów, to zostałem skierowany do Wojskowego Klubu Sportowego ”Śląsk Wrocław”. W 2003 roku wróciłem do Trzciela, a w 2004 zacząłem pracę jako trener i jestem nim do dnia dzisiejszego.

 

- Czterdziestolecie „Orląt” to bardzo wiele osiągnięć twoich, innych trenerów, zawodników i działaczy klubowych. Jakie masz marzenia na przyszłość?

- Życzę klubowi, aby trwał przez następne co najmniej 40 lat. A to dlatego, że zapasy dla dzieci i młodzieży są fantastyczną formą ruchu, wyrabianiem ich sprawności fizycznej oraz charakteru. Zwłaszcza istotne to jest w dobie komputerów, telefonów i innych tego typu urządzeń. Naszemu wychowankowi – Tadeuszowi Michalikowi życzę dobrego występu i medalu na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Będzie tam walczył na początku lipca. Wszystkim naszym zawodnikom przekazuję przesłanie – „Nigdy się nie poddawajcie. Na wielkie rzeczy potrzeba czasu”. A przede wszystkim chciałem podziękować osobom oraz instytucjom, które zawsze wspierały nasz klub. Dziękuję za artykuły w Powiatowej i informacje o występach zawodników z Trzciela na matach Polski i świata, bo dzięki pani jesteśmy znani. Moim marzeniem  jest wyjazd do Tokio, aby kibicować Tadziowi Michalikowi. Tak miało być, ale w dobie pandemii pojawił się znak zapytania. Życzę wszystkim zdrowia i codziennej , bezcovidowej radości.

 

Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę, aby twoje marzenia, oczekiwania i wszelkie plany spełniły się. Gratuluję osiągnięć w pracy trenerskiej  i życzę następnych.

 

                                                                      Jadwiga Szylar        

 2  

SPORTOWE TO i OWO –  cz.2

 

Na poważnie o wszystkim i o niczym…

 

 Nie przypuszczałem, że tak szybko będę kontynuował artykuł ze sportową oceną i przekazem wydarzeń, które się odbyły i tych, które są przed nami.

 

- No i stało się. Z dalekiej Japonii, gdzie 23 lipca sportowcy rozpoczną walkę o medale olimpijskie nadeszła przełomowa decyzja tamtego rządu, która nie wszystkim kibicom sportu przypadnie do gustu. Opóźnione o rok z uwagi Covid-19 Letnie Igrzyska Olimpijskie mają się odbyć bez udziału kibiców z zagranicy. Choć nie jest to decyzja ostateczna, ta bowiem zapadnie 25 marca, ale co będzie, gdy okaże się ona prawdziwą? Ja wprawdzie nie planowałem wyjazdu do Kraju Kwitnącej Wiśni, gdyż osobiście wolę śledzić rywalizację sportowców na szklanym ekranie, ale nie chciałbym być w skórze tych, którzy przez długie cztery, a w tym przypadku pięć lat czekali, by zasiąść na trybunach aren olimpijskich. Przecież wielu z nich układało sobie plany, tak by móc na żywo obejrzeć rywalizację tytanów sportu ponosząc już całkiem niemałe koszty, a tu taka wiadomość! Ta decyzja jest dla mnie zrozumiała, albowiem kraj leżący na wielu wyspach obawia się o zdrowie mieszkańców i aktualnie np. duża część z 80 tysięcy wolontariuszy z tego też powodu już sama zrezygnowała z pracy przy organizacji igrzysk. Patrząc zaś ze strony ekonomicznej należy dopuszczać myśl o ogromnym  deficycie finansowym gospodarzy i organizatorów imprezy. Już same przygotowania do tak wielkiego wydarzenia sportowego, budowa infrastruktury sportowej czy wioski olimpijskiej dla tysięcy sportowców, która już od roku miała być zamieszkana, to miliony dolarów. Przecież pieniądze pozyskane od japońskich kibiców, których nie wiadomo ilu ich tak naprawdę zasiądzie na trybunach olimpijskich obiektów i środki otrzymane od właścicieli przekaźników medialnych oraz reklamodawców,  to kropla w morzu poniesionych kosztów. Zanosi się na to, że będzie to sportowa rywalizacja najbardziej deficytowa w nowożytnej historii igrzysk.

A zaglądając na krajowe podwórko - to władze Polskiego Komitetu Olimpijskiego mają spory dylemat do rozwiązania - czy szczepić naszych olimpijczyków, czy też nie, a jeżeli tak, to z jakiej puli?  Do tego jeszcze dochodzi ciągłe testowanie zawodników, które nie  wpływa dobrze na psychikę i na przebieg przygotowań do - dla niejednego sportowca - imprezy życia. Może się tak bowiem okazać (w tym momencie proponuję odpukać w niemalowane), że pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa zniweczy wieloletnie przygotowania i ktoś na dzień przed startem zostanie odesłany do kraju.

Wiadomość z ostatniej chwili: Pomocną dłoń dla organizatorów i władz MKOl wyciągnął Chiński Komitet Olimpijski, który zaoferował wszystkim olimpijczykom i paraolimpijczykom szczepionki na Covid, a z ewentualnej nadwyżki mogliby też skorzystać zagraniczni kibice. Koszt szczepionek w całości miałby zostać pokryty z funduszy MKOl.

      - Z Anglią bez „Lewego”. Pierwsza połowa roku 2021 to natłok piłkarskich spotkań z udziałem polskiej reprezentacji i tylko nie wiem ilu tak naprawdę fanów krajowej piłki nożnej jest zorientowanych, że z Anglią w meczu eliminacyjnym do kolejnych mistrzostw świata narodowa drużyna może wystąpić bez swojego kapitana Roberta Lewandowskiego. Już w najbliższym miesiącu w ramach eliminacji do MŚw nasi piłkarze rozegrają trzy mecze. Pierwszym ich rywalem będą Węgrzy, którzy 25 marca będą gościć polską reprezentację w Budapeszcie. Trzy dni później Polacy w Warszawie na stadionie „Legii” będą podejmować zespół Andory, a 31 marca kadra Paulo Sousy powinna spotkać się z Anglikami w Londynie na Wembley. Ale, czy na pewno na Wembley? I jest jeszcze jedna wątpliwość, czy ten mecz w ogóle zostanie rozegrany na Wyspach Brytyjskich, albowiem pandemiczne obostrzenia jakie przyjął rząd angielski i obowiązkowa kwarantanna dla powracających z Wielkiej Brytanii, to wszystko razem może pokrzyżować organizację tego spotkania. Już dzisiaj z powyższych powodów angielskie drużyny występujące w Lidze Mistrzów zmuszone są rozgrywać swoje mecze na Starym Kontynencie. A jeżeli chodzi o „Lewego”, czyli R. Lewandowskiego to jego ewentualny występ w barwach narodowych 31 marca przeciwko Anglikom jest w dużym konflikcie z grą w „Bayernie” Monachium, który to 3 kwietnia ma do rozegrania bardzo ważny mecz w Bundeslidze z RB Lipsk, a należy pamiętać, że obecnie w Niemczech obowiązuje pięciodniowa kwarantanna dla tych, którzy powracają z Anglii. Pod uwagę należy też jeszcze wziąć udział klubowej drużyny naszego kapitana w Lidze Mistrzów.

      - „Klauni kelner uratowali prezesa. Skłonny jestem twierdzić, że Piotr Żyła nazwany przez niemieckie media „klaunem”, jak również Andrzej Stękała, mieli największy udział w tym, że po ostatnich mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym Apoloniusz Tajner dalej spokojnie może zasiadać w fotelu Prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Pierwszy dopiero w wieku 34 lat zdobył w Oberstdorfie swój pierwszy złoty medal w karierze w indywidualnym konkursie na skoczni normalnej, który był zarazem jedynym w tym kolorze medalem wywalczonym dla Polski. A skacząc dwukrotnie po 139 metrów, za co otrzymał najwyższą łączną oceną wśród wszystkich zawodników, wniósł też niebagatelny wkład w końcowy rezultat, czyli zdobycie brązowych krążków w drużynowym konkursie na dużej skoczni. Na całe szczęście dla prezesa jest też to, że w jednej z restauracji podhalańskich swoją „karierę” kelnera zawiesił A. Stękała - drugi ze skoczków, który według mojej oceny z mistrzowskiej imprezy mógł do kraju powrócić z podniesionym czołem. Pozostałych skoczków pozostawiam poza moją oceną, bowiem wykonali to, do czego tak naprawdę byli zobowiązani i muszą pamiętać, że to ich codzienna praca.

Przypomnę panu prezesowi, że nie reprezentuje on jedynie skoczków, lecz całe narciarstwo klasyczne, czyli biegaczy - zarówno kobiety, jak mężczyzn oraz dwuboistów, o czym chyba zapomina. Nie widać go bowiem było, ani nie słychać podczas rywalizacji przedstawicieli tych dwóch dyscyplin. Wygląda na to, że chyba się ich wstydził, gdyż o ich sportowej dyspozycji podczas mistrzowskiej imprezy w niemieckim Oberstdorfie lepiej byłoby jak najszybciej zapomnieć. Takie same zdanie można też mieć o formie jaką w tym sezonie reprezentowały polskie biathlonistki, a bardziej negatywne, o występach męskiej reprezentacji polskich biathlonistów. Jedynie, co może ucieszyć kibiców sportów zimowych to rewelacyjna wręcz postawa naszych alpejek Martyny Gąsienicy-Daniel i Magdaleny Łuczak na alpejskich MŚw we włoskim Cortina d’Ampezzo.

- „Rolex” kontra „sztuki walki”. Sukcesy, jakie w ostatnim czasie odnosi polska tenisistka Iga Świątek sprawiły, że stała się ona łakomym kąskiem dla osób powiązanych z marketingiem sportowym. Świadczą o tym podpisywane aktualnie lub już zawarte przez nią kontrakty reklamowe. Tak np. dziewiętnastolatka z Raszyna podpisując kontrakt z francuskim producentem rakiet tenisowych firmą „Tecnifibre” stała się obok rosyjskiego tenisisty Daniła Miedwiediewa „twarzą” tej firmy na rok 2021. Ma też nowego sponsora, jeżeli chodzi o  ubiór i obuwie sportowe do gry, jest nią firma „Asics” (na czym skorzystał też cały zespół, z którym współpracuje, co było widać w przekazie telewizyjnym z Dubaju). Znaczące dla mnie i zakładam, że dla I. Świątek jest też zainteresowanie się nią szwajcarskiego producenta zegarków - firmy „Rolex”, a to ma wymierne skutki. Tego producenta zegarków np. od lat reklamuje słynny tenisista Roger Federer. Dlaczego o tym piszę? Otóż mój „cykliczny” adwersarz stara się mnie przekonać, że to co się dzieje w klatkach i na matach KSW czy MMA jest warte zainteresowania z mojej strony. Ja jednak pozostaję przy swoim i twierdzę, że to, co przez wielu nazywane jest nie wiem czemu „sztukami walki” przypomina mi walki w starożytnym Rzymie, gdzie wypełniająca Koloseum spragniona brutalności gawiedź „cieszyła się”, jak gladiatorzy pozbawiali się życia lub jak stawali się pokarmem dla  wygłodniałych lwów. Dlatego bardziej imponuje mi zegarek „Rolex” na ręce najlepszej obecnie polskiej tenisistki i jej gra na kortach całego świata - od amerykańskiego Miami przez Paryż, Adelajdę po Dubaj, niż jak prezentują się uczestnicy uroczystych Gal tzw. „sztuk walki”.

 - Od 0:1 do 3:1 Siatkarze LBS Bank KS „Orzeł” Międzyrzecz od dwóch zwycięstw odniesionych we własnej hali z zespołem KS „Konspol” Słupca rozpoczęli rywalizację w fazie play off. Oba spotkania międzyrzeczanie wygrali po 3:1, sobotnie (21:25,25:21, 25:21, 25:19), a niedzielne (21:25,25:23,25:19,25:19). Jak można zauważyć dwa mecze miały podobny przebieg, pierwszego seta wygrywali goście, ale trzy kolejne stawały się łupem podopiecznych Piotra Haładusa.

Kolejny mecz w ramach play off siatkarze "Orła" rozegrali 20 marca na boisku rywala i odnieśli trzecie zwycięstwo tym razem 3:0 (25:21,30:28,25:19), gwarantujące im awans do turnieju półfinałowego. W walce o awans do dalszych rozgrywek międzyrzeczanie zagrają z zespołami: "Wilki" Wilczyn, "Chrobry" Głogów i zwycięzcą z pary: "Astra" Nowa Sól - "Sobieski" Żagań. Turniej półfinałowy rozegrany zostanie  w dniach 9 - 11 kwietnia br., a o jego organizację starają się władze klubu z Międzyrzecza.     

 

Z okazji Świąt Wielkanocnych wszystkim sympatykom sportu, zawodnikom, działaczom i ich rodzinom pragnę złożyć życzenia zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, gdyż tylko wtedy zadowolenie z codzienności samo do nas przyjdzie.   

Jerzy Rudnicki

   

Dubeltowy sukces wojowniczki z klubu Korona

 

Uczniowski Klub Sportowy Korona z Kaławy to prawdziwa kuźnia sportowych talentów. Potwierdziła to Aleksandra Waroch, która na ostatnich Mistrzostwach Polski Młodzieżowców w Sumo wywalczyła dwa srebrne medale i jeden brązowy.

Mistrzostwa odbyły się w Kwidzynie w woj. pomorskim. Rywalkami A. Waroch były najlepsze zawodniczki w kraju. Mimo tego wojowniczka z UKS Korona wywalczyła dwa srebrne medale w kategoriach U-21 i U-23 oraz brązowy w kategorii open.

To kolejne sportowe sukcesy Aleksandry Waroch. Zawodniczka ma na koncie wiele pucharów i medali zdobytych na zawodach o randze regionalnej, ogólnopolskiej i międzynarodowej. W 2017 r. wywalczyła tytuł Mistrzyni Europy. W ślady Oli idzie jej młodsza siostra Agnieszka, która pod koniec ubiegłego roku zdobyła w Krotoszynie srebrny medal na Igrzyskach Dzieci i Młodzieży Sumo ze Świętym Mikołajem.

UKS Korona działa przy Szkole Podstawowej w Kaławie. To jedyny w naszym powiecie klub sumo.  Udział w sukcesach młodych zawodników Korony ma ich szkoleniowiec Krzysztof Idzikowski.

Gratulujemy zawodniczce i jej trenerowi.

Dariusz Brożek

   

333eść! 

             

Odli333am już dni do pierwszych zawodów w sezonie 2021!

 

 Jeszcze nie mogę zdradzić Wam wszystkich szczegółów, ale mogę obiecać, że ten sezon będzie szalony! Mam ambitne plany, całą zimę trenowałam i przygotowywałam się do startów, nie tylko na motocyklu, ale i fizycznie... rower, ćwiczenia siłowe, równowaga, rozciąganie, refleks, koordynacja... W tym roku, tak jak i ubiegłym stawiam na sprawdzone i niezawodne Husqvarna Fe 250 (enduro) oraz YCF 150sm (supermoto) . Pierwsze Mistrzostwa Polski Enduro odbędą się w Romanówce ( Podlaskie)... 333majcie kciuki! 

 

pozdrawiam,

Dominika 333 Orlik

   

 

 

 

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.