Do przemyślenia …

       - WIELKA ORKIESTRA ŚWIĄTECZNEJ POMOCY zagrała tłumnie – chociaż ostrożnie – ale wesoło i bogato. Dzień Finału zjednoczył Polaków na całym świecie. Ale czy w Polsce? Kiedy w TVP 1, 2 i TVP Info były tylko minutowe migawki, to przypomniałam sobie los dziennikarzy z okresu stanu wojennego, których zmiótł wiatr historii. I tak jak 13 grudnia roku pamiętnego nie zobaczyliśmy „Teleranka”, tak 10 lutego 2021 roku na czarnym ekranie telewizora pojawił się napis „Tu miał być Twój ulubiony program” Aukcja jednak trwa nadal i oby jej wszyscy przeciwnicy nie będą musieli skorzystać z darów Fundacji Jurka Owsiaka. A los bywa przekorny. W tej bardzo wielkiej sprawie zawsze najważniejsza jest chęć niesienia pomocy mimo przeciwności, nakazów i zakazów.

      - A CO MY MOŻEMY? Żeby nie słuchać propagandy sukcesu możemy zablokować kanały telewizji publicznej, możemy nie płacić abonamentu, nie musimy słuchać kazań i coraz to nowych pomysłów nie tylko na życie. Ja podziwiam protesty kobiet, które walczą o przyszłość swoich rodzin. Podziwiam matki niepełnosprawnych dzieci, które chcą, żeby ich dzieci miały godne warunki życia. Słowa tu nie wystarczą, a złotoustym politykom już niewielu wierzy. Dołączyło do tej sejmowej propagandy słowo REASUMPCJA. Reasumpcja to termin oznaczający ponowne rozważenie powziętej już uchwały. Podejrzewam, że nikt oprócz prawników nie zna tego słowa. Ono jest bardzo groźne, bo jak się posłowi uchwała nie podoba, zarządza reasumpcję i robi swoje. Jesteśmy bardzo podzieleni, ale najbardziej przeraża mnie to manifestowanie wiary z jednoczesnym sianiem nienawiści. Jak ludzie – cały czas z Bogiem na ustach – nie boją się Boskiego gniewu i rozliczenia za swoje postępowanie na ziemi na Sądzie Ostatecznym? Dziwny jest ten świat…

 

       - FREDRO WIECZNIE ŻYWY. Jak tak oglądam i słucham konferencji prasowych tzw. opozycji, która zamiast się zjednoczyć jest ciągle podzielona, to przypominam sobie bohaterów wiersza Fredry – zmęczonych i zmarzniętych wędrowców. Rozpalili ognisko i każdy po kolei mówił – trzeba by przynieść drzewo, trzeba by dorzucić do ognia, trzeba by… I tak powtarzając te słuszne trzeba by … wszyscy zamarzli. Bardzo to pouczające.

       - FACEBOOK – to podobno być albo nie być. To medium społecznościowe przyciąga mądrych i głupich, dobrych i złych – wykorzystujących swoje poglądy nie tylko w celu poznawczym, ale żeby opluć, zniesławić, wyśmiać. Nie umiemy już być normalni i obiektywni. Wystawianie zdjęć z imprez tylko mobilizuje frustratów do chamskich komentarzy. Dlaczego więc wystawiamy następne? To już rodzaj uzależnienia, szkodliwego jak wszystkie inne. Zapewniam, że bez tych nowości technicznych można żyć, spokojnie się budzić i zaczynać kolejny dzień. Po co sobie szarpać nerwy komentarzami hejterów?

       - AWANTURA O MEDIA MOŻE DOTKNĄĆ WSZYSTKICH!

Izabela Stopyra

redaktor naczelna

 

 

 

 

Co robiły dzieci zimą w czasie wolnym dawno temu?

 

Gdy tak spaceruję po mieście i jego obrzeżach, a mróz skrzypi mi pod butami i wokół biało od śniegu to zastanawiam się, gdzie podziały się dzieci bawiące się na górkach i ślizgawkach. Zaraz ktoś z młodych mi powie – a mam 60+ - że strach dzieci puszczać, bo trzeba się nimi opiekować. Nie przyjmuję tego do wiadomości, ale bardziej przyjąłbym tłumaczenie dziecka - jest za zimno, mam odrobić lekcje, nie chce mi się, bo najważniejszy jest komputer. Czasy się zmieniły, a ja tego pojąć nie potrafię.

 Może przytoczę kilka wspomnień z mojego dzieciństwa i miejsc naszych zabaw. Chciałbym nadmienić, że pierwszy telewizor w moim rodzinnym domu pojawił się, gdy miałem 17 lat i wtedy był tylko 1 program, a był to początek lat 70. XX w. Mieszkałem wówczas na osiedlu Zamkowym i ta część miasta miała trzy takie miejsca do zabaw zimowych. Pierwsza to górka kolejowa potocznie zwana łąką kolejową. Na tę górkę zacząłem sam chodzić, gdy byłem w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Wychodziłem z domu jak było jasno, a wracałem w zupełnej ciemności w okolicach godziny 18-19. Było tam zawsze dużo  dzieci, rodziców jakoś nie widziałem. Jedynym oświetleniem były mgliste światła od przejazdu kolejowego, ale zabawa była przednia i do domu nie chciało się iść. Jakoś wtedy moi rodzice nie martwili się o mnie, nie umawiałem się z nimi, o której godzinie przyjdę, bo nie miałem zegarka, a był on wtedy luksusem. Drugim miejscem były naturalne rozlewiska rzeki Obry naprzeciw Suszarni, za dawnym PGR-em przy ulicy Winnica. Nie było tam głęboko, więc było bezpiecznie. Z tym bezpieczeństwem zmierzyłem się osobiście. W drugiej klasie – jeszcze wtedy nie miałem łyżew – załamał się pode mną lód. Wpadłem powyżej pasa. W jakiś sposób dotarłem do brzegu. Mokry doszedłem do domu. Mama od razu mnie rozebrała i wsadziła do dużej balii z gorącą wodą abym się wygrzał. Pamiętam, że z tego powodu nie dostałem żadnej bury ani zakazów. W trzeciej klasie dostałem łyżwy przykręcane na żabki do obcasów buta. Parę lat na nich jeździłem, a po sezonie z moimi butami szewc miał dużo pracy. W latach 70. ubiegłego wieku na miejsce tych rozlewisk suszarnia zaczęła wywozić ziemię buraczaną, a okoliczni mieszkańcy i nie tylko, zrobili sobie miejski śmietnik, i w ciągu kilku lat mało zostało z naturalnego płytkiego polderu. Obecnie nastąpiła rewitalizacja tego miejsca na park miejski. W tym miejscu miałbym uwagę do włodarzy miasta. Park jest piękny, ale widok walących się ruin dawnego PGR-u nie jest ciekawym kontrastem. Jeszcze jedno lodowisko mieliśmy w naszej okolicy. Strażacy wylewali wodę na boisku szkolnym ekonomika. W tamtych latach jak śnieg spadł w grudniu, to stopniał dopiero wiosną i jak chwycił mróz, to trzymał kilka miesięcy. Trzecim miejscem zimowym była tzw. „górka wojciechowska” za wsią Św. Wojciech, przy torach kolejowych na Sulęcin. Pierwszy raz na tej górce byłem, gdy miałem 9 lat i chodziłem tam jeszcze w czasach szkoły średniej. Z mojego osiedla szedłem torami, bo to była najkrótsza droga i nie trzeba było iść przez głęboki śnieg. Mój ojciec zrobił mi mocne spawane sanki z rurek. Z perspektywy 9- latka ta górka była dla mnie ogromna. Były na niej dwa tory, jeden płaski dla saneczkarzy, drugi dla narciarzy z małą skocznią. Zjazd był szalony, tylko  ciężko i długo podchodziło się z powrotem pod górę, aby zjechać powtórnie. Z drugiej strony tego stoku był naturalny tor saneczkowy między grubymi sosnami, wytyczony przez nas samych. Na tym torze należało się wykazać dobrymi umiejętnościami jazdy na sankach, aby nie uderzyć w drzewo. Wiele razy uderzałem w drzewo, lub wypadałem z toru, ale miałem mocne sanki i najwyżej powyginały się rurki. Każdy zazdrościł mi moich sanek. Wiele osób, którzy jeździli na tym torze drewnianymi sankami wracało do domu bez nich, bo się połamały. Było wesoło i dużo śmiechu. W okolicach 2000 roku, gdy córka miała wakacje, udałem się z nią na spacer na tę „górkę wojciechowską”, aby pokazać gdzie jej tata jeździł zimą sankami przeszło 30 lat temu. Widok był nieciekawy. Część lasu została wycięta pod rurociąg gazowy, stok głównej górki zarośnięty chaszczami, a toru saneczkowego nie mogłem umiejscowić, ponieważ część drzew została wycięta.

      Zastanawiam się co obecni 10- latkowie będą za 50 lat pamiętać ze swojego dzieciństwa. Pomijając obecną pandemię to chyba tylko telefony komórkowe i komputery. W pewnym sensie to się nie dziwię, bo świat można zwiedzić na ekranie komputera nie wychodząc z domu. Tak to już chyba jest, że starsze pokolenie nie rozumie tych bardzo młodych, szczególnie gdy technologia cyfrowa zamienia nam życie z prawdziwego na sztuczne.

 

Pozdrawiam  -  Krzysztof Malicki 

 

 

 

 

   Drogie Panie!

   Jesteście sensem naszego życia.

Kochamy Was za to, że dbacie o nas,

       że gotujecie pyszne potrawy

        i pieczecie wspaniałe ciasta

Kochamy Was w każdym dniu miesiąca,

bo bez Was świat byłby pusty i smutny!

 

        Męska część zespołu redakcyjnego

 

   

Pani Profesor Romualda Gołąbek- wspomnienie

 

15 stycznia 2021r. zmarła pani Romualda Zdanowicz- Gołąbek, wieloletnia nauczycielka matematyki, niemal przez całe życie zawodowe związana z Liceum Ogólnokształcącym w Międzyrzeczu. I choć życie na emeryturze spędziła w Poznaniu, to pozostawiła na międzyrzeckiej ziemi swoje ślady.

Pani Profesor urodziła się 19 lutego 1935 roku w Hancewiczach (obecne tereny Białorusi). Po II wojnie światowej jako repatriantka zamieszkała z rodzicami w Międzyrzeczu i tu ukończyła w czerwcu 1953r. 11-letnią Szkołę Ogólnokształcącą. W tym samym roku rozpoczęła studia matematyczne na Uniwersytecie Poznańskim, które ukończyła w 1958r. Ówczesny Kurator Okręgu Szkolnego nie wyraził zgody, aby została zatrudniona w szkolnictwie średnim na terenie województwa zielonogórskiego, dlatego pierwsze miejsce pracy Pani Romualda znalazła w Częstochowie, w Prywatnym Liceum Sióstr Nazaretanek, gdzie pracowała do końca sierpnia 1961r. 1 września 1961r. rozpoczęła się jej trzydziestoletnia „przygoda” z międzyrzeckim LO (wówczas była to Szkoła Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące). Na emeryturę przeszła 31 sierpnia 1991r.

Trzydzieści trzy lata pracy w szkolnictwie pozostawiają ślad w życiu człowieka, a okrągłe trzydzieści w naszym Liceum zaznaczyło się również w życiu kolejnych pokoleń wychowanków Pani Profesor, która dała się poznać jako niezwykle zaangażowany i opiekuńczy wychowawca oraz cierpliwy nauczyciel matematyki. Kolejni dyrektorzy bardzo wysoko oceniali jej pracę, zwracając szczególną uwagę na rzetelność, pracowitość oraz umiejętność budowania samodzielności uczniów i zaangażowanie w pracę wychowawczą. Jej wielką pasją było organizowanie i udział w wycieczkach szkolnych, szczególnie zaś upodobała sobie wyprawy do Teatru Wielkiego w Poznaniu (uwielbiała operę!).

Pracę Pani Profesor doceniali nie tylko dyrektorzy, ale i władze oświatowe, otrzymała, m.in. Nagrodę Kuratora w 1981r., a nieco wcześniej w 1975 r. Nagrodę Ministra Oświaty i Wychowania II stopnia oraz Złoty Krzyż Zasługi w 1979r., a także odznakę „Za zasługi dla Województwa Gorzowskiego” w 1985r. i „Zasłużony dla Ziemi Międzyrzeckiej” (1982r.).

Pracowitość i pasja przynosiły efekty w postaci sukcesów uczniów w konkursach i olimpiadach matematycznych ( zawodach wojewódzkich, ogólnopolskich, a nawet międzynarodowych). Do największych należą indywidualne sukcesy Tomasza Sokoła, który w 1980r. został laureatem XXXI Olimpiady Matematycznej  II stopnia w Poznaniu, a rok później wziął udział w XXXII Olimpiadzie Matematycznej III stopnia w Warszawie. Wielu uczniów Pani Profesor wybrało po maturze studia matematyczne lub wymagające dobrej znajomości matematyki (politechniki).

Jedną z najbardziej zaskakujących (i bardzo miłych) cech Pani Gołąbek była jej niesamowita pamięć. Kiedy urządziliśmy zjazd klasowy po dwudziestu latach od skończenia LO, zaprosiliśmy naszą Wychowawczynię (przyjechała specjalnie z Poznania!) i Pani Profesor poznała wszystkich (!). Co ciekawe - nawet niektórzy z nas mieli problem z rozpoznaniem koleżanek i kolegów.

      Kiedy myślę o pani Profesor, przychodzą mi na myśl słowa starej piosenki napisanej przez Janusza Jęczmyka: „przychodzimy, odchodzimy, leciuteńko na paluszkach”. Tak właśnie – skromnością, spokojem, ciszą i pogodą ducha wyrażała się Jej obecność i tak Ją zapamiętamy.

 

    Iwona Paszkowska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

Jubileusz Ireny i Stanisława Klimaszewskich

Irena i Stanisław Klimaszewscy, mieszkańcy Brójec, są szczęśliwym małżeństwem już 51 lat. Związek małżeński zawarli 18 kwietnia 1970 roku, a 15 października 2020 r. otrzymali z rąk Jarosława Kaczmarka, burmistrza Trzciela, medal nadany przez prezydenta RPZa Długoletnie Pożycie Małżeńskie”.

 Uroczystość odbyła się w Centrum Kultury w Trzcielu. Łącznie 14 par małżeńskich z Gminy Trzciel obchodziło ten jubileusz. Jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński  - „Nie wystarczy pokochać, trzeba jeszcze umieć wziąć tę miłość w ręce i przenieść ją przez całe życie” - państwo Klimaszewscy są tego doskonałym przykładem. Widuję ich prawie codziennie, jak spacerują i z ożywieniem rozmawiają, są przy tym pogodni i pełni pozytywnej energii. Gołym okiem widać, że są szczęśliwi. Mieszkają na sąsiedniej ulicy. Pewnego dnia postanowiłam ich zapytać, jaka jest recepta na szczęśliwe życie. Zostałam zaproszona do ich domu, gdzie miło spędziłam niedzielne popołudnie. Dowiedziałam się, że poznali się w Brójcach. Pani Irena, z domu Chwalisz, przyjechała z Pniew na wakacje do Brójec, zakochała się i po krótkim czasie została na stałe. Pan Stanisław jest bardzo zaradny i pracowity. Po ślubie pracował w Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Brójcach, zajmował kierownicze stanowisko w wydziale komunalnym. Pani Irena od zawsze marzyła o podróżach. Wynagrodzenie urzędnicze nie było wysokie, więc pan Stanisław, po dziewięciu latach pracy, żeby więcej zarabiać i zapewnić lepszy byt rodzinie, zrezygnował ze stanowiska i rozpoczął pracę jako zdun. Był nadal pracownikiem urzędu. Budowa i naprawa pieców stały się jego pasją. Popyt na to rzemiosło w tamtych czasach był olbrzymi, więc dorabiał po godzinach pracy. Stawiał piece w różnych miejscach w Polsce, również w Niemczech. Ponadto w soboty i niedziele grał na saksofonie na zabawach i weselach. Czasem, kiedy dzieci były małe, widział je tylko jak spały. Wracał późno, wstawał wcześnie.

 Państwo Klimaszewscy mają dwoje dzieci, z których są bardzo dumni. Danuta i Mirosław założyli swoje rodziny i opuścili Brójce. Ciągnęło ich do miasta. Są szczęśliwi i to jest najważniejsze. Wielką radością i dumą są wnuki. Przemysław, syn Danuty jest wykładowcą języka angielskiego w Wietnamie. Młodszy, Krzysztof,  jest szefem ratowników medycznych. Alanek, syn Mirosława, urodził się po trzynastu latach małżeństwa, ma obecnie siedem miesięcy i jest oczkiem w głowie dziadków. Z powodu pandemii widują się rzadko, częściej przez Internet. Wnuczek uśmiecha się do nich i macha radośnie.

 Marzenia pani Ireny o podróżowaniu się spełniły. Przekonała swojego męża, który początkowo się opierał, bo jego mama prowadziła gospodarstwo rolne, a wakacje to był  czas wytężonej pracy w polu. Udało to się połączyć. Podróżować zaczęli zaraz po ślubie. Początkowo Syrenką, później „maluchem” z małymi dziećmi przemierzali drogę nad morze, by odpocząć. Powoli zaczęli zauważać, że warunki oferowane w Polsce nie są wcale takie atrakcyjne  i obecnie częściej jeżdżą z biurem podróży na wycieczki zagraniczne. Dwudziestą piątą rocznicę ślubu obchodzili we Włoszech. Byli siedem razy w Hiszpanii. Są zachwyceni Barceloną. Podoba im się Chorwacja. Hajdúszoboszló, Medjugorje. Nad polskie morze jednak nadal jeżdżą. Przemierzyli całe wybrzeże. W 2000 roku wigilię i sylwestra spędzili w Świnoujściu. Z radością zauważają zmiany w nadmorskich miejscowościach. Są one coraz bardziej malownicze i na brak atrakcji nad Bałtykiem nie można narzekać. Podróżują nie tylko w sezonie. Lubią chodzić po górach, zwiedzać piękne polskie miasta, Malbork, Warszawę…

Po każdej podróży z radością wracają do domu, który pan Stanisław wybudował sam. Rozpoczął w 1983 roku. Budowa trwała osiem lat. Po ślubie otrzymali mieszkanie komunalne, mieli swoje cztery kąty, więc nie musieli się spieszyć. Czasy były ciężkie, brakowało materiałów. Z trudem zdobył żużel, sam robił pustaki. Każdą wolną chwilę spędzał na budowie. Dom wybudował piętrowy, z myślą o tym, że któreś z dzieci z nimi zostanie. Pani Irena ma co robić. Sześć pokoi, trzy łazienki, dwie kuchnie, w tym piętnaście okien do mycia, ponadto kilka zakamarków, więc trzeba się napracować. Jak mówi, na razie daje radę. Potrafi wszystko zrobić w domu i wokół domu. Sama maluje ściany, dekoruje wnętrze. Ma artystyczną duszę. Kocha pamiątki, których ma bardzo dużo. Mieszkanie tonie w kwiatach, które pięknie kwitną. O ogród również dba sama. Wokół całej posesji od wczesnej wiosny do później jesieni jest barwnie i kolorowo. Pani Irena z mężem na brak zajęć nie narzekają. Pan Stanisław codziennie odwiedza mamę, Marię Klimaszewską, która jest najstarszą mieszkanką Brójec, ma 98 lat. Na razie nie potrzebuje stałej opieki. Sama jeszcze ugotuje sobie obiad. W sprzątaniu pomagają jej wnuczki - Danuta i Gabriela, które systematycznie przyjeżdżają do babci, żeby pomóc i spędzić z nią popołudnie.

Oprócz codziennych obowiązków Irena i Stanisław zawsze znajdują czas na odpoczynek, spacer, wspólny wyjazd. W czasie pandemii brakuje im tych wyjazdów. Przed pandemią wyjeżdżali na festyny, dożynki, koncerty, do kina… Należą do Koła Sybiraków w Zbąszynku. Z niecierpliwością czekają aż wszystko powróci do normy. Organizatorem tych przyjemności jest pani Irena, która jest bardzo przedsiębiorczą kobietą. Dba o swoje małżeństwo, bo chociaż zdarzają się drobne nieporozumienia, to najważniejsze jest, by sobie wybaczać, nie złościć się, a nade wszystko szanować się nawzajem. Zgodne i dobre małżeństwo zawsze przetrwa wszystkie życiowe problemy. Walentynki obchodzą każdego dnia, nie tylko 14 lutego. Pan Stanisław cieszy się, że ma przy sobie taką żonę, bo tworzy ciepły klimat w domu i zawsze można na nią liczyć. Jak mówi, to kobieta „do tańca i różańca”. Ma też talent do opowiadania kawałów. Są razem, bo to tak, jak w dowcipie o policjantach „jeden umie pisać, drugi czytać”. To typowa optymistka, ma niesamowite poczucie humoru oraz pozytywne podejście do życia, i to jest piękne.

 Życzę im dużo zdrowia, radości i miłości na dalsze lata życia.

Halina Pilipczuk

 

EDMUND  MIGOŚ  [1922 - 1998]

Z  Berlina przez  front wschodni i zachodni, przez Gorzów Wlkp. do Skwierzyny

Nestor kolarstwa na Ziemi Lubuskiej. Znakomity trener i organizator kolarstwa. Kolejarz. Muzyk. Tłumacz języka niemieckiego. Zasłużony Sportowiec Ziemi Gorzowskiej. Patriota odznaczony Medalem Rodła, Medalem 50- lecia Kongresu Polaków w Niemczech i Odznaką Honorową za Zasługi w Rozwoju Społeczno-Gospodarczym i Kulturalnym Miasta Gorzowa Wlkp. Bohater wielu artykułów prasowych i cyklu „Od Migosia do Piaseckiego”. Człowiek o barwnym życiorysie, wszechstronnych zainteresowaniach i bogatej osobowości. Kuzyn słynnego żużlowca o tym samym imieniu i nazwisku. Spoczywa w ciszy obok żony Janiny na skwierzyńskim cmentarzu komunalnym.

Gdy 01.02.2021 odszedł Ryszard Szurkowski- polski kolarz szosowy, dwukrotny mistrz olimpijski, czterokrotny medalista świata oraz dwukrotny mistrz Polski -w zakamarkach mej pamięci pojawiają się obrazy kolarstwa szosowego, peletony szczupłych zawodników w znakomitych strojach na sportowych rowerach, za którymi podążają w autach ich trenerzy i technicy gotowi zaradzić i pomóc w każdej sytuacji na drodze. Tak pamiętamy  słynne Wyścigi Pokoju i tak widzimy dzisiejsze różne „tour”. Intrygujące są jednak  wszystkiego początki, interesujący są ludzie, którzy kładli podwaliny, którzy wytyczali kierunki i mieli wpływ na rozwój tego sportu. Do takich zawodników niewątpliwie należał Edmund Migoś - nestor kolarstwa na Ziemi Lubuskiej, którego los trzykrotnie wiązał aby związać na zawsze ze Skwierzyną.

Edmund Migoś urodził się 22.11.1922r. w Berlinie [niemal 100 lat przed odejściem Ryszarda Szurkowskiego] w patriotycznej polskiej rodzinie, gdzie pielęgnowano język, tradycje i kulturę polską. Jako obywatel niemiecki uczęszczał do szkół  niemieckich i jednocześnie uczył się w polskiej szkole „Oświata” w Berlinie. Jako harcerz Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech odznaczony został  Krzyżem Harcerskim III stopnia. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego ”Sokół” w Berlinie i ćwiczył tam do 14 roku życia. Równocześnie pobierał prywatne lekcje gry na akordeonie u profesorki z konserwatorium berlińskiego. Okres dzieciństwa tak wspomina: „Za przyznawanie się do polskości, branie aktywnego udziału w polskich organizacjach, doznałem wiele przykrości i upokorzeń, ale zbiórki i wycieczki, uprawianie gimnastyki i gry sportowe w Sokole, dały takie zadowolenie, że się o tych przykrościach i upokorzeniach zapomniało”. Matka Edmunda pochodziła z Pniew i to ona inspirowała rodzinę polskością. Ojciec Edmunda był aktywnym członkiem Związku Polaków w Niemczech i uczestnikiem słynnego Kongresu Polaków w Niemczech, który odbył się 06.03.1938r. w największej sali teatralnej Berlina na pięć tysięcy miejsc. Edmund tak opisał ten dzień: Z ojcem tej niedzieli pojechałem z dworca Frankfurter Allee do  centrum Berlina, do dworca Friedrichstrasse. Na ulicach było już dużo Polaków, mówiono językiem polskim. Delegacje na Kongres ze Śląska niemieckiego, Opola, Olsztyna, Wielkiej Dąbrówki innych regionów Niemiec, przyjechały w strojach ludowych. Na ulicach niemieccy przechodnie ze zdziwieniem i niedowierzaniem przyglądali się temu najazdowi Polaków. Co się tu w sercu Berlina dzieje? Czy to możliwe w hitlerowskich Niemczech, gdzie nie ma żadnej partii politycznej oprócz hitlerowskiej NSDAP. Ojciec mój, uczestnik Kongresu  wszedł do gmach teatru, a ja niestety mogłem tylko obserwować co dzieje się na ulicach”. 

Młody Edmund oprócz pielęgnowania polskości rozwijał swoje pasje, którymi było kolarstwo i kolej żelazna. Po ukończeniu szkoły zawodowej pracował jako kolejarz i jednocześnie trenował na swoich ulubionych rowerach. Startował w wyścigach szosowych i torowych. Po raz pierwszy zetknął się ze Skwierzyną podczas jazdy treningowej w 1942r. na trasie Berlin- Piła. Po raz drugi i na dłużej trafił do Skwierzyny w 1943r. jako rekrut wcielony do Wehrmachtu na przeszkolenie wojskowe. Zakwaterowany został w obecnym dworcu PKP, do którego po zatoczeniu wielkiego życiowego koła powrócił w roku 1960r. i mieszkał do końca swoich dni. Nie wyprzedzajmy jednak biegu niesamowitych wydarzeń...

Rekrut Edmund po skwierzyńskim wojskowym szkoleniu został skierowany na front wschodni. Wszelkie próby „wywinięcia się” od  przeznaczenia mrożącego krew w żyłach nie odniosły rezultatu. Los sprawił, że wkrótce został ranny i trafił pod opiekę medyków. Gdy wydobrzał, skierowano go na front zachodni, do portu Antwerpia, gdzie służył w kompanii stoczniowej - warsztatowej. W 1944r. kompanię z Antwerpii przerzucono do Grecji. W trakcie odwrotu wojsk niemieckich z Grecji dostał się do niewoli jugosłowiańskiej. Jako niemiecki jeniec pracował przy naprawie i konserwacji mostów. Po nawiązaniu kontaktu z rodziną otrzymał list z domu, dzięki któremu ówczesne władze jugosłowiańskie uwierzyły, że jest Polakiem i wypuściły go z niewoli. Treść listu brzmiała: „Synu! cieszymy się bardzo, że żyjesz, bo wielu twoich kolegów z Harcerstwa Polskiego i „Oświaty” poległo na wojnie za nie swoją ojczyznę. Wróć jak najszybciej do domu, wyjeżdżamy z Berlina do Polski”. 

Rodzina Migosiów opuściła Berlin w 1946r. Początkowo osiedliła się w Dąbroszynie, by wkrótce przenieść się do Gorzowa Wlkp. i zamieszkać przy ul. Przemysłowej24/2. Najcenniejszym dobytkiem jaki Edmund przywiózł z Niemiec były dwa wyścigowe rowery, na których intensywnie trenował. Zatrudnił się w PKP jako kolejarz i niezwłocznie 15.01.1947r. [ Legitymacja nr 44 ] wstąpił do Klubu Sportowego Z.S. „Kolejarz”. Kolarski debiut miał  20.04.1947r. w poznańskim „Wyścigu otwarcia sezonu” i mimo kraksy na trasie, zajął 3 miejsce. 01 maja 1947r. w Gorzowie Wlkp. wygrał wyścig w ramach Święta Sportu Robotniczego wyprzedzając o 2 min. 10 sek. Jana i Adama Pieluszczaków z Gościmia. Po tygodniu pechowo startował w Poznaniu w kryterium ulicznym. O tym wydarzeniu „Ekspress Poznański” 07.05.1947 tak pisał: „Niespodzianką było wycofanie się po 11 okrążeniach Migosia z KKS Gorzów, mającego szansę na zdobycie pierwszego miejsca. Kolarz ten na wskutek pęknięcia widełek musiał zrezygnować z dalszego udziału w wyścigu”. Kolejny rozgłos zyskał Edmund Migoś startując w pierwszym po wojnie, a szóstym w ogóle Wyścigu Dookoła Polski zwanym „Tour de Pologne” zorganizowanym z inicjatywy Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. Start był 25.09.1947r. z Krakowa. Edmund Migoś startował w ekipie poznańskiej razem z Kaczmarkiem, Frąckowiakiem, Wielowiejskim, Vogtem, Wydarkiewiczem, Iwińskim, Szymańskim i Komorniczakiem. „Głos Wielkopolski” 22.09.1947r. napisał Jedyny reprezentant prowincji. Migoś Edmund (KKS -Gorzów) należy do rzędu obiecujących kolarzy prowincjonalnych. Od niedawna posiada licencję. Cechami jego w wyścigach są: wytrzymałość, zaciętość w walce i spryt. Wyścig Dookoła Polski będzie i dla niego lekcją poglądową i nie wątpimy, że wyniesie z niego duże korzyści”. Mimo tak sympatycznej zachęty Edmund Migoś został największym pechowcem tego wyścigu. Zanim dojechał do półmetka, miał 5 poważnych defektów roweru, które sam musiał naprawić na trasie. Taki był wówczas regulamin wyścigu. Mimo wszystko zdobył Puchar dla Najlepszego Kolarza Ziem Odzyskanych. Gdy po latach udzielał wywiadu Ziemi Gorzowskiej [nr 28 - 02.07.1985] tak wspominał ten etap: „ ...było bardzo gorąco, a drogi żwirowe. Opony mieliśmy stare, pozszywane. Teraz rower można zmienić jeśli tylko coś w nim odrobinę nie gra, a wtedy... Wtedy trzeba było zatrzymać się, koło odkręcić, oponę zdjąć, drugą założyć, napompować, koło przykręcić i dopiero wtedy jechać”. Chociaż zabrakło mu spektakularnych sukcesów i często prześladował go pech, to także miał sporo udanych startów. Do wysokich osiągnięć m.in. należą II miejsce w drużynowych szosowych mistrzostwach na 100 km - Poznań 1949, II miejsce w punktacji ogólnej zawodników licencjonowanych - Poznań 1949r.

      W roku 1949 nie było w naszym regionie lepszego kolarza od p. Edmunda, dlatego ponownie wystartował w VII Wyścigu Dookoła Polski. Wyścig ten okazał się dla niego ostatnim z wielkich „tour”, a brak dobrego roweru ostatecznie pogrzebał jego pracę i wysiłek. Tak wspomina w Ziemi Gorzowskiej nr 31 z 02.08.1985r. swój ostatni wielki start: Wystartowałem, ale po paru dniach nie miałem na czym jechać. Mój rower był stary i zużyty. Pierwsze etapy wytrzymał jeszcze, ale później musiałem się wycofać. Dookoła Polski to było naprawdę za daleko”. Szkoda wielka, że w tamtych czasach nie było mowy o sponsorach, a zawodnicy o niewysokich dochodach musieli liczyć się z każdym groszem i nie było ich stać na dobrej jakości sprzęt sportowy. W takiej sytuacji Edmund Migoś postanowił zająć się szkoleniem i trenowaniem młodych adeptów kolarstwa w KKS „Kolejarz. Skoro nie miał na czym jeździć, pragnął przekazać im całą swoją wiedzę i doświadczenie. Kiedy „Kolejarz” zmienił nazwę na KS „Warta”, a jego władze nie były zainteresowane rozwojem sekcji kolarskiej, to Edmund Migoś znalazł wyjście z patowej sytuacji i został współzałożycielem nowego klubu kolarskiego o nazwie „Orlęta” i pierwszym szkoleniowcem sekcji kolarskiej, gdzie później trenowali Antoni Stolecki, Jerzy Ludek, Lech Piasecki i Zenon Jaskuła. W tym też czasie Edmund powrócił do umiejętności muzycznych nabytych w Berlinie. Od roku 1950 jako akordeonista grał w gorzowskim zespole wokalno- instrumentalnym „Iskra” razem z Władysławem Niewiadomskim, Bolesławem Skwarczewskim, Zygmuntem Kacprem i Stanisławem Grandysiakiem. 

Po latach muzykowania w „Iskrze” i trenowania adeptów kolarstwa, w życiu pana Edmunda nastąpiły zasadnicze zmiany. W 1960 r. został przeniesiony służbowo do pracy na skwierzyńskim odcinku PKP, otrzymał na dworcu w Skwierzynie służbowe mieszkanie, do którego wprowadził się wraz z rodziną. Zatem po 17 latach znalazł się w znanym sobie miejscu, tylko w zupełnie innej sytuacji i w innym towarzystwie. Musiał zmienić styl życia. Rozstawał się powoli z ukochanymi gorzowskimi klubami sportowymi. Odległość do Gorzowa i wiek zrobiły swoje. Młodzi trenerzy przejęli pałeczkę w sztafecie pokoleń i kontynuowali piękne dzieło poprzedników.

W Skwierzynie pan Edmund doczekał się emerytury. Rowerem jeździł, ale tylko rekreacyjnie. Opiekował się chorą żoną, uprawiał ogródek, grywał na akordeonie na okolicznościowych imprezach. Był tłumaczem podczas oficjalnych kontaktów miast partnerskich Skwierzyna- Bernau. Popularyzował sport wśród młodych mieszkańców Skwierzyny i towarzyszył młodzieży jako tłumacz w wyjazdach na rozgrywki sportowe do Niemiec. Aktywnie służył sprawie pojednania polsko- niemiecko- żydowskiego. Udzielał się w Towarzystwie Polsko- Niemieckim. W 1987r. podczas zjazdu Stowarzyszenia Wisła- Odra wręczono mu Medal Rodła za walkę o polskość. W 1988r. został laureatem  w ogólnopolskim konkursie „Byliśmy, jesteśmy, będziemy”. Zdobył I miejsce za napisanie osobistych wspomnień pt: „I na obczyźnie, wierni Ojczyźnie”. Zmarł 21.05.1998 roku w Skwierzynie

Niektórzy jednak zaczęli przypinać mu etykietę reprezentanta mniejszości niemieckiej w Polsce. Jakże źle musiało być panu Edmundowi na sercu, gdy przykrości z młodości na tle narodowościowym odżyły i powróciły na stare lata. Często bywa jednak tak, że droga życiowa człowieka wyrastającego ponad przeciętność nie zawsze jest gładka jak dzisiejsze autostrady, a często szutrowa jak drogi „Tour de Pologne” w 1947 i 1948 roku.

 Edmund Migoś zmarł 21 maja 1998 roku w Skwierzynie. Wyrastał ponad przeciętność i warto dzisiaj zajrzeć na skwierzyński cmentarz, by zadumać się nad jego losem.

 

 Ewa Zdrowowicz - Kulik

Zdjęcia i rękopisy Edmunda Migosia -  archiwum prywatne Jerzego Kuźmicza

   

„Tajemnicą jest kobieta”

 

Tak napisał kiedyś Stanisław Wyspiański, bo pewnie znał doskonale kobiety. Tajemnicą jest więc również Agnieszka Glapka, instruktorka tańca w trzcielskim Centrum Kultury.

 Właśnie ona w jakiś dziwny, magiczny, tajemniczy sposób potrafiła zarazić tańcem wielu trzcielan. Niesamowity urok i niezwykłe umiejętności oraz jej miłość do ruchu dają wspaniałe taneczne wyniki. I pewnie w tym jest cała tajemnica sukcesu. Agnieszka Glapka roztańczyła trzcielskie środowisko, szczególnie dotyczy to dzieci. Tańczą maluchy, średniaki, młodzież szkolna i ich rodzice. Natomiast ich barwne, różnorodne, bajeczne kostiumy oraz ciekawe układy taneczne podziwiają wszyscy. A coroczne święta tańca są prawdziwą eksplozją scenicznych niezwykłości, fetą kolorów oraz wulkanem radości wszystkich tancerzy. W tym roku będzie to działo się po raz 14. I tego dokonuje od wielu lat pani Agnieszka. Pracuje z pięcioma grupami, ćwiczy z ponad setką amatorów tańca. Wybiera muzykę, projektuje kostiumy, opracowuje choreografię. Robi to z pasją, radością i cierpliwością, bo jak mówi jej siostra – „Agnieszka kocha taniec i dzieci”. Ale dzieci ją również uwielbiają i może dlatego gromadnie uczęszczają na zajęcia do domu kultury. Są to nie tylko trzcielscy tancerze, przyjeżdżają także dzieci z Lutola Suchego, Chociszewa, Starego Dworu. Jako nauczycielka tańca znana jest również poza granicami gminy. Nic więc dziwnego, że w swoich grupach tanecznych ma też dzieci z Nowego Tomyśla, Miedzichowa, Jabłonki. W jednej z grup tańczy jej pięcioletni synek – Antoś, bo jakże inaczej mogłoby być, skoro w ich rodzinie taniec jest ważną sprawą.

Agieszka Glapka w obecnym Centrum Kultury pracuje od 2008 roku. Wcześniej ukończyła Liceum Techniczne w Trzcielu, które funkcjonowało przy szkole rolniczej. A potem uzyskała dyplom z pedagogiki specjalnej na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Ma także ukończone studia podyplomowe z zakresu pedagogiki tańca na szczecińskiej uczelni. Agnieszka ciągle dokształca się, zdobywa nową wiedzę i umiejętności. Kończy kursy pedagogiczne, warsztaty taneczne, w tym znane i cenione – „Dancing Poznań”. Jest więc świetnie przygotowana do swojej pracy. To jest bardzo ważne, bowiem  prowadzi zajęcia z różnymi dziećmi, nie zawsze uzdolnionymi tanecznie. „Przyjmujemy wszystkie chętne dzieci, które chcą tańczyć, są pracowite i ambitne. Nie ma żadnych warunków, ani wcześniejszych eliminacji” – mówi dyrektor Centrum Kultury w Trzcielu. Jest to świetna sprawa. Na przestrzeni 13 lat setki dzieci i młodzieży pokochało taniec, rozwinęło swoje umiejętności ruchowe. Grupy taneczne  p. Agnieszki często występują na scenie z różnych okazji. Można ich oglądać podczas Dni Trzciela, podczas uroczystości i imprez gminnych, szkolnych, Regionu Kozła. Trzcielscy tancerze i ich występy bardzo podobają się publiczności. Uczestniczą również w przeglądach tanecznych i festiwalach rangi krajowej oraz międzynarodowej. Tańczyli w Mosinie, Pakosławiu, Babimoście, Sulechowie, Zbąszynku, Zbąszyniu, Przytocznej, w Żarach. Zawsze odnosili tam sukcesy, zawsze byli „na podium”. Wracali z nagrodami, dyplomami, pucharami. To jest ważne i daje satysfakcję, podkreśla celowość działania Agnieszki Glapki. Sama jednak zaznacza, że „dla mnie zwycięstwo nie jest sprawą najważniejszą, ważna jest dobra zabawa, zdobywanie nowych doświadczeń oraz rozwijanie tanecznych pasji”. Sukcesy są dla Agnieszki przyjemne, ale nie są głównym celem jej działania. „Agnieszka to artystyczna dusza” – mówi Anna Strózik i dodaje - „to taka romantyczka, wrażliwa i z sercem na dłoni”. Rzeczywiście tak jest i to są pewnie także podstawy jej popularności i niezwykłości. Agnieszka lubi muzykę, interesuje się dekoracją wnętrz, prowadzi zajęcia manualne i aerobik w domu kultury. Najważniejszy jest jednak taniec. A zaczęła się ta taneczna przygoda przed laty, gdy Agnieszka Glapka, wtedy jeszcze Białowąs, należała do zespołu tańca towarzyskiego w trzcielskim domu kultury. Prowadził go Rafał Kaszubski i to on zaraził Agnieszkę tańcem. Salsa i bachata to jej ulubione tańce.

 „Piękna kobieta podoba się oczom, dobra kobieta – sercu. Pierwsza jest klejnotem, druga – skarbem” – powiedział Napoleon Bonaparte. Agnieszka Glapka jest i klejnotem, i skarbem, zwłaszcza dla swoich tancerzy.

 

    Jadwiga Szylar

   

Co nowego w Szkole Podstawowej nr 2?

 

Z Katarzyną Dymel – dyrektor Szkoły Podstawowej nr 2 im. Szarych Szeregów w Międzyrzeczu – rozmawiałam na łamach „Powiatowej” kilka lat temu. Od tamtego czasu wiele się zmieniło – zarówno w samej edukacji, jak i w „Dwójce”. Niezmienne pozostaje jednak to, że szkoła potrzebuje uczniów, a uczniowie szkoły i coroczna rekrutacja skłania do podejmowania ważnych w tej wzajemnej relacji tematów.

 

- Przyglądając się „Dwójce” choćby z zewnątrz, można zaobserwować sporo zmian…

- Tak, bardzo zmieniło się otoczenie naszej szkoły. To efekt realizacji wielu dużych projektów, a także współpracy z rodzicami. Na terenie „Dwójki” zrobiło się bardzo zielono. Zadbaliśmy o miejsca rekreacyjne i wypoczynkowe. Ósmoklasiści, którzy mają najwięcej zajęć, mogą wypoczywać w przygotowanym dla nich kąciku – jest tam cicho i spokojnie, można odprężyć się przed kolejnymi lekcjami lub zajrzeć jeszcze do zeszytu przed sprawdzianem. Tuż obok znajduje się przepiękny Magiczny Ogród, który powstał dzięki Fundacji Orlen. Całości dopełnia oryginalna wiklina oraz fantastyczny mural, przenoszący do świata marzeń i fantazji. Młodsi zaś chętnie udają się podczas przerw do lasku, by pobawić się w domku lub po prostu odpocząć w zaciszu drzew.

- A jakie zmiany zaszły wewnątrz?

- Przede wszystkim wyposażyliśmy cztery pracownie – geograficzną, fizyczną, chemiczną i biologiczną. Pojawiły się w nich m.in. 75-calowe monitory do interakcji. To wszystko czeka na uczniów klas 4-8. W tym roku szkolnym dzięki ogromnemu zaangażowaniu rodziców, pracowników szkoły oraz lokalnej społeczności udało się zakupić szafki i tym samym odciążyć plecy naszych uczniów.

- Co wpływa na rozwój uczniów?

- Prężnie działa nasz samorząd uczniowski. Jego członkowie dużo działań podejmują w kierunku najmłodszych. Rozwija się też działalność szkolnego radiowęzła oraz sklepiku – oczywiście, wszystko odbywa się pod nadzorem nauczycieli. Uczniowie pielęgnują też swoje talenty i chętnie biorą udział w konkursach przedmiotowych i innych, otrzymując wsparcie od nauczycieli, którzy kierują ich przygotowaniami. Prowadzimy też niezwykle interesujące i rozwijające zajęcia z programowania. Uczniowie nabywają podczas nich mnóstwo technologicznych sprawności, a przy tym doskonale się bawią. Wykorzystujemy również najlepsze i najciekawsze metody współpracy z uczniem – lekcje odwrócone, pracę metodą projektów – starając się zaangażować ucznia w proces uczenia się i pokazać mu różne ścieżki rozwoju, pozostawiając przestrzeń na samodzielność i dociekliwość. Ponadto działają u nas kółka i inne zajęcia pozalekcyjne (np. spotkania zespołu wokalnego czy origami). Dzieci uczą się grać w szachy – nabywanie tej umiejętności współgra z rozwojem logicznego myślenia i analizowania. Chętnie włączamy się we wszelkie akcje, takie jak BohaterON (piszemy kartki i listy do Powstańców) czy charytatywne (np. licytacje, wirtualne adopcje zagrożonych wyginięciem gatunków, zbiórki nakrętek).

- Z pewnością to duże wyzwanie podczas zdalnego nauczania.

- To prawda, ale myślę, że bardzo dobrze z tym sobie radzimy. Wyciągnęliśmy wnioski z ubiegłorocznej nauki zdalnej i dokonaliśmy jej modyfikacji. Przede wszystkim pracujemy teraz na jednej platformie – takie ujednolicenie to duża wygoda i przejrzystość nie tylko dla uczniów, ale również dla rodziców oraz nauczycieli, ponieważ zdecydowanie efektywniej można teraz nadzorować pracę dzieci i młodzieży.

- Na pewno jednak pozostają osoby, które potrzebują większej pomocy.

- Oczywiście, pamiętamy o dzieciach o specjalnych potrzebach edukacyjnych – nie zostały one same. Otoczyliśmy je szczególną opieką i udzieliliśmy należnego wsparcia. Nauczyciele wykonują w tej przestrzeni ogrom pracy, wspomagają uczniów i rodziców. Nie pozostawiliśmy bez opieki również rodzin borykających się z rozmaitymi problemami – i tutaj staraliśmy się znaleźć odpowiednie rozwiązania.

- Ten czas to olbrzymie wyzwanie nie tylko dla uczniów i ich rodziców, ale również dla nauczycieli.

- Zdecydowanie tak. Każda szkoła z pewnością może pochwalić się wykwalifikowaną kadrą. Naszym głównym zadaniem pozostaje bowiem edukacja, która powinna przynosić jak najlepsze rezultaty. Nasi nauczyciele nieustannie się dokształcają, a wzrost ich kompetencji nastąpił również podczas zdalnego nauczania, wymagającego przecież przyswojenia nowych umiejętności. Obecnie realizujemy projekt SUPERKODERZY, który prowadzi jeden z naszych nauczycieli. Kontaktujemy się także z dziećmi z innych krajów (m.in. z Kanady) podczas lekcji on-line. Są to działania poprzedzone warsztatami językowymi – teraz wymieniamy doświadczenia, świadomie posługując się językiem angielskim.

- A co słychać u najmłodszych?

- Nasze przedszkole wciąż działa, dużo się tam dzieje, oczywiście, przy przestrzeganiu wszelkich zasad reżimu sanitarnego. Cieszy mnie to, że również w tym trudnym czasie udaje się zorganizować wiele ciekawych rzeczy. Dzieci pod opieką swoich pań przeprowadzają chociażby różne zbiórki, np. dla zwierząt ze schroniska czy przygotowują występy on-line. W taki sposób odbyło się m.in. pasowanie na przedszkolaka czy Dzień Babci i Dziadka.

- We wrześniu pojawiły się w „Dwójce” trzylatki…

- Wynikało to z potrzeb gminy i sądzę, że udało nam się sprostać temu zadaniu, dzięki współpracy zespołu nauczycieli wychowania przedszkolnego i woźnych oddziałowych. Rodzice są bardzo zadowoleni.

- Nie tylko przedszkole działa w obecnym czasie.

- Tak, klasy 1-3 powróciły do nauczania stacjonarnego. Dzięki temu, że dysponujemy właściwie trzema budynkami, mogliśmy dokonać bezpiecznego podziału klas. Wszyscy są  bardzo zadowoleni, to zupełnie inna praca niż ta przed ekranem komputera.

- Trzy budynki wydają się w ogóle stanowić dużą zaletę.

- To prawda. Zwracamy uwagę przede wszystkim na bezpieczeństwo naszych uczniów, a o to dużo łatwiej zadbać w takiej przestrzeni. Na co dzień uczniowie klas 1-3 i 4-8 mogą cieszyć się własnymi boiskami (ósmoklasiści, jak już wspominałam, własnym kącikiem), przedszkole zaś – ogrodzonym placem zabaw. Dodatkowo uczniowie klas 1-3 i 4-8 mają oddzielne budynki, a przedszkolaki – własne piętro. Wszystkie te strefy dostosowane są do potrzeb i wieku uczniów. Wiemy, jak ważna pozostaje kwestia bezpieczeństwa dla rodziców, dlatego kładziemy na to szczególny nacisk i uważam, że udaje nam się wywiązać z tego zadania.

- Pod jakim jeszcze względem uczniowie mogą czuć się tu bezpiecznie?

- Nasi uczniowie otrzymują ogromne wsparcie psychologiczno-pedagogiczne. Do dyspozycji przedszkola i klas 1-3 pozostaje jeden pedagog, a do klas 4-8 – drugi. Działa u nas również  psycholog, który stanowi dla wszystkich wielkie wsparcie. Mamy też odrębne świetlice dla klas 1-3 i 4-8.

- Czy w planach pozostają realizacje jakichś nowych projektów?

- Jak najbardziej – planujemy jeszcze wzbogacić nasze otoczenie. Przede wszystkim zależy nam na wymianie ogrodzenia szkoły od strony ulic Sportowej i Staszica – wzrośnie dzięki temu nie tylko estetyka, ale przede wszystkim wspomniane bezpieczeństwo. Kroki zostały już poczynione i mamy nadzieję, że uda się to zrealizować jeszcze w tym roku. Ponadto zwracamy uwagę na fakt, że sporo dzieci przyjeżdża do szkoły rowerami. Mamy przygotowane dla nich stojaki, jednak myślimy o zadaszeniu przydatnym na wypadek deszczu. Chcemy także wymienić nawierzchnię na boisku szkolnym. Sukcesywnie uzupełniamy też nasze wnętrza, wymieniamy sprzęt multimedialny, mamy szybki Internet, doposażamy bibliotekę, dokonujemy bieżących wymian i napraw. Staramy się iść z duchem czasu i tworzyć nowoczesną przestrzeń edukacyjną, dlatego inwestujemy w pomoce i sprzęty, prowadzimy zajęcia z programowania. Bardzo chcielibyśmy zakupić profesjonalny sprzęt do nagrań – niezbędny podczas zdalnego nauczania i umożliwiający zarówno nauczycielom, jak i uczniom nabywanie oraz rozwój kolejnych umiejętności.

 

Mam nadzieję, że wszystkie te plany uda się wspólnymi siłami zrealizować! Dziękuję za rozmowę i życzę niegasnącej energii i chęci do działania. (foto na okładce i 25 stronie)

 

Rozmawiała Aleksandra Biela

   
 

Przy okazji jubileuszu WA Komp Serwis 

Rozmawiam z Wojciechem Klimanem – informatykiem, właścicielem serwisu, redaktorem technicznym Powiatowej.

- Wojtek, współpracujemy od 16 lat. I to był na pewno czas ważny w twoim i naszym redakcyjnym życiu. Był w redakcji wasz ślub, macie dwie córeczki, rozwinąłeś usługi informatyczne, a firma WA Komp Serwis obchodzi jubileusz 10 lat na informatycznym rynku. Jaki jest ten rynek w naszym powiecie?

- Jesteśmy społeczeństwem skomputeryzowanym. Rynek jest bardzo bogaty i zauważyłem, że rzadko kiedy w domu jest jeden komputer, a przy zdalnej pracy i nauce taki sprzęt jest wręcz konieczny. No i serwisy są potrzebne, bo wiele osób potrzebuje pomocy. Młodzi ludzie znają się na standardowej obsłudze, ale czasem trzeba umieć więcej; starsi też chcą umieć korzystać z sieci. Serwisanci starają się pomagać. To jednak niełatwa praca, bo rynek trzeba zdobywać i - co najważniejsze – utrzymać się na nim. Trzeba cały czas się uczyć i być na bieżąco z nowościami technicznymi. Ten komputerowy świat zmienia się w ogromnym tempie, tak jak i pomysły hakerów.

 - Oferta usług informatycznych  www.wakompserwis.pljest bogata: instalacja i naprawa systemu Windows; konfiguracja systemów i Internetu; składanie zestawów komputerowych; usuwanie wirusów i zainfekowanych plików, odzyskiwanie danych; serwis laptopów i opieka informatyczna; tworzenie banerów, projektów graficznych; archiwizacja zdalna danych dla firm, tworzenie i prowadzenie stron WWW oraz sprzedaż oprogramowania antywirusowego, tuszu, tonerów, kart pamięci, dysków i co jeszcze komu potrzebne…

- Z jakich usług najczęściej korzystają klienci?

 - Z moich usług korzystają klienci indywidualni i biznesowi, którym najczęściej wykonuję reinstalację systemu Windows, konfigurację drukarek, routerów, wymianę na dyski nowej generacji SSD. Klientom biznesowym od kilku lat archiwizuję dane zdalnie na mój własny serwer. Mam też w swojej ofercie dojazd do klientów, ale z powodu pandemii ograniczam się tylko do naszego powiatu (wcześniej nawet do 50 km). Największy problem mają użytkownicy wiejscy, bo często sprzęt trzeba naprawiać w ich domach. Z firmami, które są objęte moją opieką informatyczną poprzez uzyskanie certyfikatu, najczęściej pracuję zdalnie. Współpracuję z biurami rachunkowymi, firmami produkcyjnymi, ze spółdzielniami i szkołami. Ponieważ co miesiąc archiwizuję na moim serwerze dane tych firm – to właściciele nie muszą obawiać się o swoje zasoby programowe i problemy ze sprzętem. O terminie archiwizacji, który mam w swoim harmonogramie zadań – zawsze klientów zawiadamiam. Robię strony internetowe nowym firmom, które chcą się pokazać na rynku. Jestem również podwykonawcą dla niektórych sklepów komputerowych pełnego serwisu laptopów i od kilku lat sprawuję serwis drukarek przemysłowych w firmach korporacyjnych.

- Pomysłowość hakerów i oszustów internetowych jest niewyczerpana. Mnożą się wirusy. Co powinno wzbudzać czujność użytkowników komputerów?

 - To prawda. Cały czas walczę z nowymi zagrożeniami. Jeżeli jakieś wyłapię, informuję klientów, żeby uważali na maile wymuszające weryfikacje różnych kont czy podawanie swoich danych. Nigdy nie wolno zmieniać hasła przez odnośniki mailowe, a hasło do skrzynki mailowej musi być inne niż we wszystkich innych portalach i żeby miało duże i małe znaki. Ryzyko jednak zawsze istnieje, bo oszuści stosując różne metody, często bardzo wiarygodne, chcą wyłudzić pieniądze.

 - Tyle o jubileuszowych usługach informatycznych. Czas na pracę zawodową.

 - Zawodowo pracuję w Parku Przemysłowym w pralni CWS BOCO POLSKA na stanowisku kierownika produkcji międzyrzeckiej zachodniej filii CWS BOCO. W grupie CWS pracuję już ponad siedem lat. Byłem odpowiedzialny za projekty międzynarodowe, za funkcjonowanie całego systemu SAP i wdrażanie różnego rodzaju procesów w spółce CWS BOCO. Lubię swoją pracę i staram się wywiązywać jak najlepiej z powierzonej mi funkcji.

 - Jak w twoim zapracowanym życiu funkcjonuje rodzina?

 - Mam taką żelazną zasadę – pracuję od poniedziałku do piątku, sobota i niedziela to czas dla rodziny. Moja żona jest pedagogiem w SP2, a córki – Agatka i Zosia chodzą do przedszkola.

Moją wielką pasją jest działka.Latem cały wolny czas spędzamy na działce, wyposażonej we wszystko co jest potrzebne do działkowego życia i wypoczynku. Jest plac zabaw dla córeczek, domek z wygodami, są grządki, warzywa i owoce. Jestem absolwentem technikum w Bobowicku i praca na działce jest dla mnie wielką przyjemnością i jedynym miejscem wypoczynku. Lubię kosić, sadzić, plewić, patrzeć jak rośnie i oddychać świeżym powietrzem.

Mam jeszcze jedną pasję – motocykle. Jestem w zarządzie klubu motocyklowego WEST SIDE BEATS. Jeżeli poprawi się sytuacja pandemiczna, będziemy realizować plan na sezon 2021. 31 stycznia  - jak co roku – graliśmy w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej.

 - Wojtek, a jak ci się współpracuje z zespołem redakcyjnym?

 - Szesnaście wspólnych lat to już prawie jak rodzina, która zna swoje zalety i wady, bo redakcyjna praca jest ciekawa. Przyzwyczaiłem się i chociaż czasem mam dużo pracy, to i tak czekam na materiały do technicznej obróbki artykułów i zdjęć, żeby ukazał się kolejny numer Powiatowej.

Dziękuję.

Izabela Stopyra

 

 

 

 

 

ZŁOTE GODY - ZGŁOŚ SWÓJ UDZIAŁ!

Urząd Stanu Cywilnego w Międzyrzeczu organizuje we wrześniu zbiorową uroczystość 50-lecia pożycia małżeńskiego dla par, które w 1971 r. zawarły związek małżeński. Prosimy Jubilatów o osobiste przybycie do USC do końca kwietnia br. w celu zadeklarowania udziału w uroczystości. W przypadku rozwoju pandemii koronawirusa, termin imprezy może zostać przełożony.

USC ma siedzibę na parterze Urzędu Miejskiego, nr tel. 95 742 69 99. Ankiety można odbierać i składać w biurze podawczym w holu ratusza.

 

Dariusz Brożek

Urząd Miejski

   

Gdzie ci mężczyźni wspaniali tacy?

 

      Wielkimi krokami i z małymi nadziejami zbliża się Międzynarodowy Dzień Kobiet. Zawsze lubiłam otrzymywać prezenty z okazji tego dnia. Nieważne czy to w domu jako młoda kobietka od taty i braci, czy w szkole od kolegów. Jako dorosłą w pracy coraz mniej mnie bawiło, ponieważ to mężczyźni bardziej się tym jarali. W domu od męża chciałam niespodzianki, ale prezenty były przewidywalne. Bywało, że dostawałam pieniądze i miałam sobie coś kupić. Było to dobre, ale stało się formalnością. Już parokrotnie mówiłam najbliższym (mężowi i synowi), że to ostatni rok. Jednak jak się zbliżało się 8 marca, to czekałam i wiedziałam, że same kwiatki to mało. Wiem, że takie my kobiety jesteśmy. Po prostu zmienne.

Początki świętowania Dnia Kobiet to 1910 rok. Od 2 lat, kiedy w jakichś gazetach wyczytałam, że  ogłoszono obchody Międzynarodowego Dnia Mężczyzn od 1992 roku, postanowiłam swoim mężczyznom zrobić małą niespodziankę. W sumie to doszedł mi jeszcze jeden men, mój wnuczek. Szukałam wokół siebie jeszcze innych kandydatów, których mogłabym obdzielić drobnym upominkiem, lub chociaż dobrym słowem. Okazało się, że panów podających się za mężczyzn nie ma zbyt dużo. To jakiś zniewieściały chłop, to gość, który nas kobiety traktuje jako pomoc domową, albo co gorsze jako zło konieczne tego świata. Ja nie jestem uprzedzona do facetów, ale gdzie są te Chłopy w pozytywnym znaczeniu tego słowa, no gdzie? Dla swoich już mam prezenciki i wszystko co najlepsze. Przecież w Polsce Dzień Mężczyzny obchodzimy 10 marca. Na świecie daty obchodów tego bądź  co bądź coraz bardziej znanego święta są różne. W Polsce data ta nie jest przypadkowa. W kościele katolickim w tym dniu obchodzone jest wspomnienie 40 Świętych Męczenników z Sebasty, czyli rzymskich legionistów skazanych na śmierć za odmowę wyrzeczenia się chrześcijaństwa. Wracając do dnia dzisiejszego to wytłuszczenie daty nie jest przypadkowe. Tym sposobem chcę pokazać innym kobietom, że mając wokół siebie prawdziwych mężczyzn, warto zapamiętać ten dzień. Dzień Mężczyzny nigdy nie będzie tak hucznie obchodzony jak nasze święto. My kobiety zawsze zasługiwałyśmy na więcej, a mężczyźni mając nas, mają bardzo dużo. Jeszcze chciałabym opisać jedno zdarzenie w zakładzie pracy sprzed 2 lat. Wraz z 6 koleżankami obgadywałyśmy mężczyzn w naszej firmie. Na 10 tylko 4 zdobyło nasze uznanie jako mężczyzna. Wcale nie chodziło o wygląd. Zbyt duże zabieganie o uznanie każdego z nich jako maczo też nie było dobrze widziane, ale najgorsze cechy to zniewieścienie, niedomytość (delikatnie) i po prostu chamstwo. Pomijając te sprawy to mężczyźni są dobrzy, a bez nich świat byłby bardzo nudny.

Wszystkim, którzy chcą od kobiet usłyszeć dobre słowo, dedykuję  kilka wierszy.

Wiersz 1: Przyjmij życzenia mężczyzno mi nieznany w dniu Twojego Święta od nieznajomej kobitki, niech Ci się spełnią wszystkie Twe marzenia i niech realne staną się pragnienia. Wiersz 2: Gwiazdki z nieba, kasy ile trzeba, samych radości, zawsze gdy zasłużysz miłości, spełnienia marzeń i niezapomnianych wrażeń. Wiersz 3: Dzień Mężczyzny się święci, życzę ci wiele tego co Cię kręci, ful zabawy, dobrych chęci, niech Cię licho złe nie nęci, złe przygody niech cię miną, oraz troski w dal odpłyną. Wiersz 4 poprzedzę malutką dygresją - dedykowany on jest mężczyznom mocno zakochanym, aby usłyszeli to od swoich pań: o dniu Twojego święta pamiętam, całuję, a na wieczór specjalny prezent szykuję.

 Odpowiedź na pytanie w tytule jest bardzo prosta. Są oni blisko i znajdują się obok nas, tylko my kobiety nie wiem dlaczego nie chcemy ich zauważać. A może czekamy aż oni nas zauważą? Może my zbyt wysoko postawiłyśmy poprzeczkę? Niech mężczyźni samotni zrobią krok do przodu. Samotne panie też. Dla osób będących w związkach dobra rada - pielęgnujcie to co macie, oczywiście w ramach zdrowego rozsądku.

 

   Irena D.

   

Sezon piłkarski rozpoczęty

      

           Boiska piłkarskie powoli zapełniają się zawodnikami. Tytuł dotyczy rozgrywek na szczeblu lokalnym. W Europie sezon trwa w jak najlepsze i dzięki różnym portalom sportowym kibice mają możliwość oglądania meczów w wydaniu najlepszych. Polskie ligi też już w pełni sezonu. Kibice jednak są bardzo zainteresowani jak będą spisywali się ich lokalni ulubieńcy. Oczywiście ze względu na pandemię nie wiadomo czy będą mogli uczestniczyć w bezpośrednim oglądaniu spotkań piłkarskich. Jak do tego podejdą władze centralne piłki w Polsce, a w ślad za tym władze okręgowych związków? Na dzień dzisiejszy wiemy, że nic nie wiemy. Co drugi dzień zmieniane są terminy i warunki wejść na stadiony. Zdaję sobie sprawę, że władze chcą mieć problem „z głowy” i podejmują takie a nie inne decyzje. Rozpatrując boiska naszego powiatu, to przychodzi na nie 100 – 200, a w porywach 300 osób i rozmieszczenie tych kibiców na obwodzie placu gry spowoduje, że tłoku jak na ulicach i w sklepach nie będzie. Ja jestem za otwarciem stadionów dla kibiców.

Wracając do naszych powiatowych boisk to pierwsi do gry przystąpią występujący w rozgrywkach Jako IV ligi grupa lubuska zespół Pogoni Skwierzyna (słowo Jako jest nazwą sponsora rozgrywek).

Jesień nie była zbytnio udana dla piłkarzy ze Skwierzyny. Przedostatnie czyli 18 miejsce w tabeli nie jest miejscem, które satysfakcjonuje skwierzynian. Będą musieli solidnie rozpocząć rundę rewanżową, ale jeszcze bardziej solidnie ją zakończyć. Znając ambicję piłkarzy Pogoni kibice wierzą, że „los się musi odmienić”. Pamiętać jednak należy, że wszystkie zespoły zagrożone spadkiem będą walczyły o utrzymanie, a drużyny z czołowych lokat o awans, lub o udowodnienie swojej wartości sportowej. Sezon dla Pogoni rozpocznie się 7 marca wyjazdowym pojedynkiem w Żaganiu z Czarnymi. Mecz może mieć kolosalne znaczenie, gdyż Czarni zajmując 16 miejsce też są zagrożone spadkiem. Na swoich obiektach piłkarze skwierzyńscy inauguracyjny mecz rozegrają 13 marca z Meprozetem Stare Kurowo, który plasuje się na 13 miejscu. Ten mecz pokaże, w którym miejscu sportowo plasują się zawodnicy Pogoni. Zresztą każdy mecz będzie miał ogromne znaczenie jeśli chodzi o wynik końcowy. Kolejny mecz to wyjazdowy z Lechią II Zielona Góra. Drużyna zielonogórska zajmuje 12 miejsce mając 11- punktową przewagę nad Pogonią. Kolejny weekend to własny stadion i rywal Korona Kożuchów. 9 miejsce Korony nie jest dziełem przypadku i po dotychczasowej ich grze widać, że ciężko będzie o punkty. Mecze w marcu będą wymagającymi dla Pogoni i każdy zdobyty punkt, a najlepiej punkty będą cieszyły zarówno piłkarzy jak i kibiców.

 Tydzień później czyli 13 marca zainaugurują rundę wiosenną piłkarze Jako klasa okręgowa grupa Gorzów. Występują w niej 4 zespoły z naszego powiatu. Niekwestionowanym liderem jest zespół Budowlanych Murzynowo. Piłkarze Budowlanych pięknie spisywali się jesienią. W swoim rekordzie mają 13 wygranych i 3 remisy. Jest się czym szczycić. Należy tylko życzyć, żeby było tak dalej, a upragniony i oczekiwany awans zapewnią sobie długo przed końcem sezonu. Bardzo mocny sprawdzian będzie w pierwszym meczu rundy rewanżowej. Już 13 marca odbędzie się mecz na szczycie tabeli. Na boisku w Murzynowie rywalem miejscowych będzie druga w tabeli Celuloza Kostrzyn n/Odrą. Pierwszy mecz w Kostrzynie zakończył się zwycięstwem Budowlanych i tego życzymy zawodnikom z Murzynowa. Następny tydzień to wyjazdowy, derbowy mecz w Pszczewie z GKP. Tutaj serce mówi remis, ale rozum zwycięstwo gości. Ostatni mecz marcowy to własny obiekt i mecz z Łucznikiem Strzelce Krajeńskie, w którym powinno być zwycięstwo i udowodnienie rywalom, że Najpoważniejszy, a wręcz jedyny zespół na awans to BUDOWLANI.

 Kolejnym zespołem występującym w tej klasie rozgrywek jest będący na 8 miejscu Orzeł Międzyrzecz. Orzeł to drużyna nie spełniona. Początkowe zamiary to wysoka pozycja łącznie z awansem. Rzeczywistość zweryfikowała plany i marzenia. Słyszałem wiele tłumaczeń, ale wszystkie były co najmniej dziwne. Runda wiosenna ma być lepsza i ma być przedsionkiem do przyszłorocznych rozgrywek. Takie spojrzenie długofalowe może okazać się dobre, zobaczymy. Marzec może być dla piłkarzy Orła łaskawy. Międzyrzeczanie spotykają się z drużynami z końca tabeli. I tak po kolei. 13.03 na własnym obiekcie rywalizować będzie z 14 w tabeli Łucznikiem Strzelce Krajeńskie, następnie wyjazd do Lubna na pojedynek z ostatnim zespołem rozgrywek Błękitnymi. Na ostatni weekend marca do Międzyrzecza przyjeżdża plasująca się na 15 miejscu Kasztelania Santok. Widoki na 9 punktów są duże, ale zawsze pozostaje weryfikacja na boisku.

Piłkarze Zjednoczonych Przytoczna z 10 miejsca spokojnie przygotowują się do rundy rewanżowej. Początek rundy to wielkie wezwania i mecze z czołowymi zespołami. Pierwszy mecz to wyjazd 7.03 do czwartej drużyny Piasta Karnin. Przeciwnik wymagający, ale czym byłby sport bez niespodzianek. 20 marca to mecz na swoich obiektach z 13 w tabeli drużyną Polonii Lipki Wielkie. O zdobycz punktową będzie trudno, ale z umiarkowanym optymizmem patrzą na to piłkarze. Ostatni mecz marca, który odbędzie się 27 to wyjazd do 3 w tabeli Warty Słońsk. Rywal bardzo trudny, ale piłkarze Zjednoczonych chcą walczyć. Tego życzę im i kibicom. Piłkarze GKP Pszczew to czwarty nasz przedstawiciel w klasie okręgowej. Plasując się na 12 pozycji wypełnili minimum. Teraz może być tylko lepiej. W pierwszym meczu, 13 marca rywalem piłkarzy GKP będzie Zespół Lubuszanina Drezdenko (6 w tabeli), który na własnym boisku jest zawsze trudnym rywalem. 20 marca to zapowiadany wcześniej mecz derbowy z liderem Budowlanymi Murzynowo. Natomiast 27 marca wyjazdowy mecz z sąsiadem w tabeli 11 Spartakiem Deszczno. Zapowiada się interesująca rywalizacja. Każdy punkt wydarty rywalom przez piłkarzy z Pszczewa będzie cieszył.

 W klasie A grupa Gorzów (Słubice) mamy 2 swoich przedstawicieli. FC Kursko  stosunku do sezonu 2019/20 zrobiło kolosalny postęp. Poprzedni rok to ledwo ledwo utrzymanie się na tym szczeblu, a obecnie to nie ta sama drużyna nie tylko kadrowo, ale też, a może przede wszystkim stylem i efektywnością gry. Piąta pozycja nie jest szczytem jaki chcą piłkarze osiągnąć. Nadarzy się ku temu okazja już w marcu. Zajmujący 5 miejsce zespół z Kurska w weekend 20/21 podejmować będzie piłkarzy Zew Dąbroszyn, który zajmuje 8 lokatę. Następnie FC wyjeżdża do Słubic na mecz z tamtejszym SKP. Piłkarze ze Słubic liderują w rozgrywkach i wyprzedzają FC o 5 punktów. Wygrana piłkarzy z Kurska spłaszczy czołówkę tabeli i spowoduję rywalizację ciekawszą. Drugi zespół to As Pieski, który ma olbrzymie kłopoty w rozgrywkach i obecnie zajmuje ostatnią pozycję w tabeli z 4 zdobytymi punktami. Pierwszy mecz rundy wiosennej to rywalizacja 21 marca z przedostatnim zespołem w tabeli – Iskrą Głuchowo. Mecz ma olbrzymie znaczenie nie tylko sportowe ale i psychologiczne. Pokaże, w którym miejscu sportowym są piłkarze z Piesek. Kolejny tydzień to wyjazd do 3 w tabeli zespołu Zielonych Lubiechnia Wielka. W tym meczu o punkty będzie bardzo trudno i na kolejne zdobycze punktowe trzeba będzie liczyć w kwietniu.  Klasa A grupa Gorzów (Drezdenko) to liderujący zespół GKS Bledzew. Piłkarze z GKS w rundzie jesiennej wygrali 11 spotkań i 1 zremisowali, tak że liderowanie jest bardzo widoczne. Oczywiście nie można odpuszczać i trzeba grać swoje, czyli dobrą piłkę. U piłkarzy z Bledzewa widać, że gra sprawia im wiele radości. Chciałoby się powiedzieć, tak trzymać. Wiosenną rundę rozpoczną 21 marca na własnym obiekcie podejmując 9 drużynę rozgrywek Sokół Gościm. Po tygodniu jadą do Zwierzynia na mecz z Pionierem plasującym się na 5 miejscu. Druga drużyna to Zjednoczeni II Przytoczna plasująca się 11 miejscu z 9 punktami. Rezerwy Zjednoczonych - jak wielokrotnie podkreślałem - mają zadanie testowania młodego narybku i lokata nie ma aż tak istotnego znaczenia. Oczywiście są jeszcze sprawy ambicji młodych sportowców. W pierwszym terminie marcowym Zjednoczeni pauzują, a w meczu drugiej kolejki wyjeżdżają do Wawrowa na mecz z Wartą. Będzie to mecz za 6 punktów, ponieważ Warta zajmuje ostatnią lokatę tracąc do Zjednoczonych 2 punkty. Mecz będzie trudny mając na uwadze spotkanie z rundy jesiennej kiedy to piłkarze z Przytocznej jako gospodarze ulegli Warcie i to stosunkowo wysoko. W klasie A grupa Zielona Góra I mamy jednego przedstawiciela. Jest nim drużyna Obry Trzciel. Piłkarze Obry spisali się na miarę swoich możliwości, trochę poniżej oczekiwań kibiców ( lokata po rundzie jesiennej jest dobra do zaatakowania wyższych pozycji, ale też lądowanie niżej może być bolesne). Na pierwszy mecz do lidera rozgrywek piłkarze Obry wybierają się do Błękitnych Ołobok w weekend 13/14 marca. Kolejny tydzień to rywalizacja na własnym boisku ze Zrywem Rzeczyca plasującym się na 4 miejscu. Kolejna kolejka to 27/28 marca wyjazdowy mecz z sąsiadem w tabeli, czyli 10 Bizonem Wilkowo. W każdym meczu o punkty będzie trudno, ale walczyć Obra musi. Klasa B grupa Gorzów II (Drezdenko) w marcu rozegra 1 kolejkę. Stanie się to 28 marca. W małych derbach spotkają się rezerwy Orła Międzyrzecz z rezerwami Pogoni Skwierzyna. Jak w większości przypadków w meczach tych rywalizują ze sobą młodzi dublerzy zawodników pierwszych zespołów i zawodnicy niemający miejsca w tychże. 28 marca w Międzyrzeczu okaże się kto ma mocniejsze rezerwy. Po pierwszej rundzie widać, że 2 w tabeli Orzeł jest lepszy od 6 Pogoni. Wiadomo, że derby rządzą się swoimi prawami. Po prostu niech wygra lepszy. Klasa B grupa Świebodzin , w której występuje zespół Chrobrego Brójce rozgrywki rozpoczyna 10 kwietnia. Wobec powyższego piłkarze z Brójec mają o miesiąc przedłużony okres przygotowań. Jest to istotne o tyle, że mogą lepiej przygotować się do „ucieczki” z ostatniego miejsca, które zajmują po jesieni.

 

Wszystkim zespołom życzę zajęcia miejsc zgodnych z ich ambicjami i oczekiwaniami,

ale żeby były oparte na zdrowych zasadach.

                      Jan Wiśniewski

   

MŁODZIEŃCZE PASJE

 

Rozmawiam z  Patrycją Malinowską, pasjonatką żeglarstwa

 

- Powiedz nam coś o sobie.

- Mam 17 lat i jestem międzyrzeczanką. W Międzyrzeczu ukończyłam Szkołę Podstawową nr 2, Gimnazjum nr 1 i Szkołę Muzyczną I stopnia. Obecnie uczęszczam do drugiej klasy liceum - Szkoły Mistrzostwa Sportowego im. Marcina Gotarta w Poznaniu. Oprócz żeglarstwa interesuję się muzyką, lubię śpiewać i gram na pianinie. Od czasu do czasu jeżdżę też konno.

 

- Skąd zainteresowanie żeglarstwem?

-  Woda to mój żywioł. Pływania uczyli mnie rodzice na jeziorze Głębokim. Potem były zajęcia z pływania w szkole. Pływanie sprawia mi ogromną satysfakcję i przyjemność. Od najmłodszych lat jeżdżę na obozy żeglarskie. Pierwszy raz na takim obozie byłam mając 7 lat jako „obserwator”, a od 13. roku życia biorę w nich aktywny udział. To obozy harcersko-żeglarskie z Bolesławca nad jeziorem Lubikowo. Poznałam tam wspaniałych ludzi, którzy zarazili mnie pasją do żeglowania. Jesienią 2020 r. razem z mamą ukończyłyśmy kurs żeglarstwa jachtowego w klubie żeglarskim APSEL Tadeusza Zięby nad jeziorem Głębokim. Mam bardzo duże wsparcie mojej całej rodziny w realizacji swoich pasji.

 

- Co cię czeka w najbliższym czasie?

- Już niedługo, bo 20 marca, wyruszam w piękną podróż na rejs oceaniczny z Niebieską Szkołą, założoną przez kapitana Krzysztofa Baranowskiego, twórcą Fundacji Międzynarodowej Szkoły pod Żaglami. Dzięki mamie i znajomym dowiedzieliśmy się o tym rejsie. Ilość miejsc była ograniczona, więc szybko zgłosiłam się i zostałam zakwalifikowana. Rejs zaczynamy z portu na Jamajce na żaglowcu „Fryderyk Chopin” i płyniemy do Polski. Zajęcia szkolne odbywają się na statku. Uczestnicy rejsu będą pogłębiać wiedzę o żeglarstwie morskim i uczyć się, jak dbać o prawidłowe funkcjonowanie żaglowca. Do naszych obowiązków należeć będzie utrzymywanie czystości na statku i pomaganie kucharzowi w przygotowywaniu posiłków. Będziemy też pełnić dzienne i nocne wachty nawigacyjne. Cała przygoda będzie trwała do 11 maja.

 

- Jakie masz plany na przyszłość?

- Swoją przyszłość wiążę z podróżami i sportem. Nie mam jeszcze wybranego kierunku studiów,  ale dużą wagę przywiązuję do nauki języków, bo mogą mi się przydać w czasie wojaży po świecie. Po maturze planuję wyjechać z Polski, nawiązać znajomości na całym świecie i nabrać doświadczeń. Chciałabym zwiedzić Islandię, Azję i Amerykę Północną z Alaską. Przyszłość pokaże, co uda mi się zrealizować.

 

- Czego ci życzyć?

- Pomyślnych wiatrów, dużo słońca, zdrowia i jak to mówią „ stopy wody pod kilem” oraz szczęśliwego powrotu.

 

Rozmawiała Wiesława Chamienia

   
 

KOŃCZĄ NA POZYCJI LIDERA

Chcą powalczyć o awans…

 

Siatkarze SGB Bank KS „Orzeł” Międzyrzecz kończą sezon 2020/21 na pozycji lidera, dzięki czemu 13 i 14 marca wystąpią w roli gospodarza pierwszych spotkań w ramach play off.

O szansach na awans i karierze sportowej rozmawiam z Piotrem HAŁADUSEM - szkoleniowcem międzyrzeckich siatkarzy.    

 

- Odpowiedz mi najpierw na pytanie, czemu wybrałeś siatkówkę, a nie piłkę nożną, która jest przecież bardziej popularną grą wśród chłopców?

- Przyznaję, że piłka nożna zawsze mnie pasjonowała i jako uczeń SP-3 dość długo udawało mi się pogodzić czas na trening piłkarski w „Orle” i siatkarski w „Trójce”, a o wszystkim zadecydował mój wuefista Bogusław Kowalik. Raz zaprosił mnie do „kantorka” na rozmowę, po której dostałem czas na zastanowienie co wybieram - piłkę nożną, czy siatkówkę. Jeżeli „nożna”, to mam na drugi dzień zdać mu szkolny sprzęt reprezentacyjny i „od jutra nie ma cię w klasie sportowej”. Delikatnie mówiąc postawił mnie pod ścianą. Choć miałem spory dylemat, bo jak już wcześniej wspominałem bardzo lubiłem grać w piłkę nożną, postawiłem jednak na tę drugą dyscyplinę, czego dziś nie żałuję.

- Porozmawiajmy więc o twojej siatkarskiej karierze…

- Już mówiłem, że swoją przygodę z siatkówką, jak i wielu moich kolegów rozpocząłem w SP-3

po okiem B. Kowalika. Grając w popularnych „dwójkach” i „trójkach” zdobywaliśmy dla szkoły sporo trofeów, lecz z wiekiem rywalizacja stawała się coraz trudniejsza. Wprawdzie w kategorii juniora udało nam się parę razy zaistnieć na szczeblu ogólnopolskim, ale tak naprawdę ciężko było nam powalczyć na równi z drużynami np. z Rzeszowa, Warszawy czy Kędzierzyna. A o moim awansie do zespołu seniorów sprawił tak naprawdę przypadek. Raz z uwagi na brak możliwości treningu na szkolnej sali zostaliśmy zmuszeni przejść z drużyną juniorów do hali MOSiW, gdzie akurat zajęcia mieli siatkarze drugoligowego „Orła”. Los sprawił, że ze względu na brak tego dnia drugiego rozgrywającego zespołu trener Stanisław Szablewski zaproponował mi udział w zajęciach seniorów. Odebrałem tę propozycję jak wygraną na loterii i na ile potrafiłem, starałem się podczas całego treningu pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie. Musiałem chyba dobrze wypaść w oczach trenera, gdyż od tego momentu coraz częściej trenowałem ze starszymi kolegami. Z czasem nastąpił też pierwszy wyjazd z seniorami „Orła” na mecz o drugoligowe punkty do Ustronia Morskiego z tamtejszą „Astrą”, a przed międzyrzeckimi kibicami zadebiutowałem tydzień później w spotkaniu ze „Stalą” Grudziądz wygranym zresztą 3:1*. Pamiętam, że w trzecim secie zastąpiłem na rozegraniu Konrad Woronieckiego, który, co ciekawe, po wieloletnim „wojażu” po siatkarskich parkietach powrócił do Międzyrzecza, gdzie przecież rozpoczynał przygodę z dorosłą siatkówką. Niestety, potem w „Orle” nastąpił dość długi okres angażowania zawodników z zewnątrz, zaczęło więc brakować miejsca dla międzyrzeczan. Dlatego dzięki dużemu wsparciu rodziców przez kolejne lata swoją pasję musiałem realizować grając w innych klubach m. in. w „Olimpii” Sulęcin, „Chrobrym” Głogów, „Orionie” Sulechów i „Grześkach” Kalisz, łącząc grę z nauką na zielonogórskiej uczelni, po czym nastąpił powrót do Międzyrzecza.

      - Jak się czułeś 18 grudnia 2010 r. kiedy wraz z Mariuszem Szulikowskim, jako jedyni w tamtym czasie międzyrzeczanie w składzie pierwszoligowego „Orła” ratowaliście twarz klubu znikającego z centralnych rozgrywek w niezbyt chwalebnym stylu …

      - Było mi bardzo przykro, bowiem od dłuższego czasu wiadome było, że klub stoi jedną nogą nad przepaścią i ta pierwsza liga tylko patrzeć, jak się rozpadnie. Widać to bowiem było prawie od momentu rozpoczęcia rozgrywek. Co ciekawe, na początku nie dawano nam zbyt dużo czasu na grę, gdyż stawiano na „armię zaciężną”, ale kiedy z uwagi na zadłużenia finansowe tych zawodników ubywało, dopiero my otrzymywaliśmy szansę na zaprezentowanie się kibicom. Dlatego bardzo nas to bolało, kiedy graliśmy ostatni mecz w zaledwie siedmioosobowym składzie, przy prawie pustych trybunach. Dla mnie i Mariusza jedyną pociechą było to, że wiedzieliśmy o zawiązaniu się w strukturach stowarzyszenia MOSiW drużyny, która tego samego dnia przystąpiła do rozgrywek na szczeblu międzywojewódzkim, by ratować siatkówkę dla Międzyrzecza. I jak historia pokazała, że warto było, świadczy o tym chociażby dzisiejsza pozycja w tabeli, choć nie możemy zapomnieć, że przez długi czas borykaliśmy się z wieloma trudnościami.  

      - Od dwóch lat, a właściwie od roku zasiadasz na ławce trenerskiej, w poprzednim sezonie występowałeś na boisku, a w prowadzeniu zespołu pomagał ci M. Szulikowski. Jak się czujesz w nowej roli?

      - Kiedy tuż przed rozpoczęciem sezonu 2019/20 z funkcji szkoleniowca zrezygnował Mariusz Wiktorowicz ciężko było znaleźć trenera, który na dłużej związałby się z naszym klubem, stąd zapadła decyzja jaką zaaprobowały również władze klubu, że nasz „duet” podejmie się poprowadzenia zespołu. Od razu zaznaczę, że nie było łatwo, obaj debiutowaliśmy w tej roli, ale sądzę, że chyba zdaliśmy egzamin. Ten sezon to jednak nowe wyzwanie, do którego musiałem mieć całkiem inne podejście niż przed rokiem. Zaczynając od pierwszych rozmów z zawodnikami w szatni, a później na każdym treningu, w trakcie meczów i pomeczowych podsumowaniach musiałem cały czas zwracać uwagę na to, że z jednej strony są to moi podopieczni, a z drugiej koledzy, z którymi przecież w ubiegłym sezonie wspólnie walczyłem o ligowe punkty. Przyznam, że nie jest to wcale łatwe, jednak wynik osiągnięty przez drużynę świadczy o tym, że udało nam się chyba wybrać dobrą drogę, którą wspólnie dążymy do zaplanowanego celu. Dodam jeszcze, że kiedy podjąłem się pełnić funkcję trenera, musiałem przeorganizować harmonogram dnia, przecież nie mogę zapominać o głównym źródle utrzymania rodziny, czyli mojej pracy zawodowej, ale na szczęście mam wyrozumiałą żonę.

      - Siatkarze „Orła” wygrali swoją grupę i 13 oraz 14 marca wystąpią jako gospodarze pierwszych meczów w ramach play off, a ich rywalem będzie „Konspol” Września…

      - Zajęcie pierwszego miejsca jest dużym przywilejem, gdyż na tym etapie rywalizacja pomiędzy

drużynami toczy się do trzech zwycięstw, a kolejne dwa mecze będziemy rozgrywali na boisku rywala. Przy wyniku 2:2 piąty pojedynek rozegrany zostanie w Międzyrzeczu, aby do tego jednak nie doszło, postaramy się to szybciej rozstrzygnąć. Zwycięzca z naszej pary, jak również z pary „Wilki” Wilczyn – „Stoczniowiec” Gdańsk ma zapewniony udział w turnieju półfinałowym o awans do I ligi. Zakładamy, że uda nam się wywalczyć awans do kolejnego szczebla rozgrywek, to wówczas jako klub wystąpimy do PZPS z wnioskiem o organizację takiego turnieju. A przy okazji bardzo by nas ucieszyło, gdyby do tego czasu zapadła decyzja, że mecze będą mogły być rozgrywane z udziałem publiczności.

 

      Dzięki za spotkanie i obiecuję, że jak wielu fanów międzyrzeckiej siatkówki będę trzymał mocno kciuki za to, aby tobie i drużynie udało się zrealizować swoje plany. Ponadto wszystkim życzę zdrowia, no i powrotu kibiców na trybuny.  

     

 *Mecz ze „Stalą” Grudziądz odbył się 11 stycznia 2003 r. Skład „Orła” z debiutanckiego meczu Piotra. Haładusa: Andrzej Barański, Mariusz Wójcik - kapitan, Konrad Woroniecki, Marcin Karbowiak, Seweryn Furmański, Daniel Nahorski, libero - Łukasz Lamcha oraz Jakub Janowiak.

 

Jerzy Rudnicki

   

333eść! 

 

Jestem bardzo sz333ęśliwa, że mogę ogłosić Wam, że: 

 dołą333yłam do #SzkopekTeam i w ich barwach wystartuję w sezonie 2021! 

 Team wyścigowy i fundacja o takiej samej nazwie powstały z połączenia pasji do motoryzacji, chęci osiągania sukcesów i doświadczenia zdobywanego latami. Prowadzony jest przez Pawła Szkopka, 12- krotnego mistrza Polski, który w tym roku wystartuje w MISTRZOSTWACH ŚWIATA SuperBike oraz Celinę Perskiewicz  - menager zespołu. 

 Razem ze mną barwy Szkopek Team reprezentować będą David Nowak (12- letni zawodnik ścigający się w asfaltowych wyścigach motocyklowych) oraz Mateusz „Gucio” Kapustka (wystartuje w eSportowych Mistrzostwach Świata).

 Znacie już mój nowy team, poznacie też moje szalone plany na sezon 2021!

 

333majcie za nas kciuki! 

 Dominika 333 Orlik

   

 

 

 

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.