Do przemyślenia …

            - KTO TO JEST ALF KOWALSKI? Okazuje się, że młodzież nie wie, kto siedzi na ławce na międzyrzeckich Plantach. Wprawdzie nie jest podobny do eleganckiego pana we francuskim (baskijskim berecie, zawsze na prawą stronę), ale wszyscy powinni wiedzieć, że to patron naszego muzeum. Powinni o to zadbać rodzice i nauczyciele. Moja znajoma Alicja ich oświeciła, ale chętnych z lodami było niewielu, reszta nie wie. A tak na marginesie – czy autor nie mógłby poprawić swojego „dzieła”, żeby chociaż trochę przypominało oryginał?

            - DRZEWA UMIERAJĄ STOJĄC – to tytuł sztuki Alejandro Casony (1900 – 1965), który zawsze sobie przypominam mijając wojenny cmentarz na rogatkach Międzyrzecza. Okaleczone drzewa  z wyciągniętymi w górę bezlistnymi pniami wołają o pomstę do nieba. I dalej też jest fatalnie – całe kwartały powycinanego lasu bardzo wszystkich smucą. Wcale nie przekonują mnie słowa leśników, że trzeba, że chore, że należy, że posadzą nowe… Piły pracują, a żal serce ściska. I przypomina mi się przysłowie „Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Ta druga część już w wielu regionach jest nieaktualna. Z lasów i puszcz zostały już tylko same nazwy. Podobny los spotkał wycięte i„przycięte” drzewa na wylocie ulicy Kazimierza Wielkiego w Międzyrzeczu. Kto odpowiada za takie oszpecenie drzew? Kto kontroluje działalność tych pseudoartystów? I czy ktoś mi odpowie – wątpię.

            - „PSIA ŁĄCZKA” na rogu ulic Kazimierza Wielkiego i Libelta trochę zmieniła wygląd, ale tylko trochę, bo teren gminy jest zadbany. Teraz dobrze widać, że jest tu kilku właścicieli. Środkowa działka została wykoszona, pojawiła się tablica DZIAŁKA DO WYNAJĘCIA i numer telefonu. Nasuwa się pytanie, czy   stanie na środku wygódka z babcią lub dziadkiem zbierającym pieniążki za czworonogów, bo pod krzaczkiem siusiać pieski nie będą mogły. A właścicieli – ciągle nie wiem czemu – nie można zmusić do uporządkowania swoich włości.

            - PRZED NAMI LATO. Działają już ogródki, muzeum, kina i domy kultury. Przyjadą turyści i wycieczki, i czego zaczną szukać? Zaczną szukać WC. A tu w powiatowym mieście na turystycznym szlaku brak przybytku ulgi. „Bunkier” na Plantach był koszmarny, ale pożyteczny. Jeżeli jest jeszcze możliwość zmiany lokalizacji tego nowego, to należy się nad tym zastanowić. Międzyrzeczanie uważają, że nowoczesny obiekt przy ogródku jordanowskim będzie służył wielbicielom mocnych trunków, których w godzinach nocnych jest w tym miejscu wielu i szybko zostanie zdewastowany. Dzieci i tak pójdą w krzaczki. A czy turysta tam trafi? Ponieważ już nic się nie zbuduje, to niech chociaż w mieście staną 3 „Tojtojki”, bo problem jest ważny, a bez „wygódki” ani rusz.

            - SĄ SZCZEPIONKI, ale coraz mniej chętnych do zaszczepienia. A nawet jak chcą się szybciej zaszczepić, to nie mają takiej możliwości. Seniorzy spełnili „narodowy” obowiązek, a młodzi są odporni na zdrowy rozsądek. Doprawdy, trudno to zrozumieć. Obudzą się, jak paszporty covidowe zaczną obowiązywać nie tylko przy zagranicznych wyjazdach, ale i w polskich hotelach nad morzem i w górach. Ciągle za mało w narodzie świadomości, że tak wiele od nas zależy. A jak już jestem przy świadomości zdrowotnej, to serdecznie pozdrawiam moją i Mariolki panią stomatolog, która dba o nasze zęby, a my z uśmiechem siadamy na fotel. Ja nigdy się tego fotela nie bałam, bo po zaprawieniu w zębowych bojach z dr Janiną Mogielnicką, jestem na wszystko przygotowana. Mam nadzieję, że teleporady niedługo się skończą i będziemy mogli skorzystać z wizyt u lekarzy rodzinnych. Pozwolę sobie na trochę prywaty - najserdeczniej dziękuję dr Ewie za dobre serce i Bognie za pomoc.

            - NIE UCZ INNYCH, JAK SAM NIE UMIESZ. Ta mądrość powinna przyświecać wszystkim piszącym. Ale są tacy mądrale, którzy nie znają zasad ortografii i interpunkcji, ale pouczają innych. I nie mówię tu o korekcie tekstu, tylko o pouczaniu – tym bardziej jak naczelny robi błędy i nikt nie robi korekty jego tekstu, no bo jak naczelnego poprawiać! Do dziś pamiętam jak czytelnik mi udowadniał, że polskich nazwisk się nie odmienia, a uczeń nie mógł zrozumieć, że dlaczego - jak on szedł, to ona nie szedła. Myślę, że do dzisiaj tego nie rozumie, ale dla świętego spokoju mówił poprawnie. Nikt nie jest doskonały – i z tym się trzeba liczyć. Ja, jak nie wiem, to sięgam do słowników…

Izabela Stopyra

redaktor naczelna

 

 


 


 

 

 

 

W Międzyrzeckim Saloniku Literackim...

 

Międzyrzecki Salonik Literacki ma już dwa lata! Przez ten czas wydarzyło się wiele pięknych rzeczy... Przede wszystkim jesień ubiegłego roku przyniosła „Poetyckie powitanie” – pierwszy tomik z naszymi wierszami. Był to moment ważny i radosny, pozwolił przedrzeć się poezji przez trudną pandemiczną rzeczywistość. Tyle cennych spotkań miało miejsce w ciągu tych dwóch lat, tyle wartościowych rozmów, wyjazdów plenerowych... Nie poprzestajemy na tym, chcemy więcej! Głęboko wierzymy, że w tej często szalonej codzienności jest jeszcze przestrzeń, w której poezja może wygodnie się rozsiąść i zostać choćby na krótką chwilę.

 Dziękujemy za to, że możemy wspierać innych w odnajdywaniu tej przestrzeni. Nasz Salonik ma wielu przyjaciół, którym również pragniemy serdecznie podziękować za otwartość na nasze działania i ich życzliwy odbiór. To przekonuje nas, by nadal tworzyć...

Międzyrzecki Salonik Literacki tworzą: Aleksandra BIELA, Kamila KOGUT, Maria MARCINIAK, Wiesława MURAWSKA, Łukasz ROMANIAK, Dorota RUTA – ZDANOWICZ, Marzena WIECZOREK, Artur WODARSKI.

 

Aleksandra Biela

 

Na zdjęciu na okładce - Międzyrzecki Salonik Literacki i Przyjaciele

 

Od lewej stoją: Krystyna PAWŁOWSKA (kierownik Biblioteki Publicznej w Międzyrzeczu),

Ewelina IZYDORCZYK – LEWY(dyrektor Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury), Tomasz PUKA (uczeń szkoły muzycznej), Łukasz ROMANIAK (MSL), Kamila KOGUT(MSL), Maria MARCINIAK (MSL),

Marzena WIECZOREK (MSL), Aleksandra BIELA (MSL),Kacper KNYCH (aktor – amator), Renata DYLA (założycielka MSL)

 

 

 

 

 

 

 

 

Dar 100 lat życia

 

Władysław Skrzyniarz z Zemska:

 

Urodziłem się 19 stycznia 1919 roku koło Dąbrowy Tarnowskiej w województwie małopolskim. Moi rodzice, Józef i Maria, prowadzili gospodarstwo. Miałem młodsze rodzeństwo, brata i siostrę.

Przed wojną, jak jeszcze chodziłem do 7-klasowej szkoły powszechnej, to interesowałem się wieloma sprawami. Od dziecka mam zamiłowanie do ziemi i spraw chłopskich. W naszym powiecie rozwijał się ruch chłopski. Często organizowali różne pochody i spotkania.

Kiedyś poszedłem zobaczyć na wiecu partii chłopskiej Wincentego Witosa. Doszło do niepokojów. Policja zaczęła rozganiać ludzi. Jak tłum zaczął uciekać, to jeden z działaczy rzucił do rowu sztandar. Ja to zauważyłem, podbiegłem, zabrałem tę flagę. Dobrze ją ukryłem i oddałem tym działaczom. Ktoś o tym chyba doniósł na policję i zostałem aresztowany. Nic nie mogli udowodnić i po 3 dniach mnie wypuścili. Od tego czasu byłem związany z ruchem chłopskim. W czasie wojny działały u nas Bataliony Chłopskie.

Ożeniłem się w 1944 roku z Marią Możdżeń. Od rodziców dostałem kilka morgów ziemi do uprawy, ale to było za mało do gospodarzenia. Urodził się nam syn Roman. Wiosną 1947 roku w całej gminie rozwiesili informację, że jeszcze są wolne gospodarstwa na Ziemiach Odzyskanych i można się zapisywać na wyjazd. Nie było się co zastanawiać, zgłosiłem moją rodzinę do przeprowadzki. Żona była przy nadziei, akurat w nocy przed wyjazdem urodziła się córka Albina. Uznałem to za dobry znak. Była wielka radość, ale musiałem jechać samotnie.

Rano zapakowałem się do pociągu, dla każdej rodziny był przydzielony jeden wagon towarowy. Jechałem razem z naszym inwentarzem: koniem, krową i świnią. Te zwierzęta były naszym całym dobytkiem gospodarczym. Po drodze, jak pociąg się zatrzymywał, żeby wody do kotłów nabrać, albo trzeba było czekać, to odwiedzałem znajomych, bo samemu się dłużyło. Na jednym z postojów pociąg nagle ruszył, ja akurat byłem u kolegi i nie zdążyłem się przesiąść. Mój wagon zostawiłem otwarty. Po drodze tylko mogłem patrzeć, jak świnia ryje w moich rzeczach i wyjada prowiant na drogę. Powyrzucała mi rzeczy z wagonu, w tym krzesło. Nie można było nic poradzić i trzeba było czekać na kolejny postój.

Po 7 dniach dojechaliśmy do stacji Poppe, czyli do Popowa między Międzyrzeczem a Skwierzyną. Cały nasz transport 10 czy 12 osadników z gminy Dąbrowy Tarnowskiej miał przydział do osiedlenia się w tej okolicy. W Rojewie nikogo nie było i stały opuszczone domy po Niemcach. Ziemi można było brać, ile się dało obrobić. Wszystko w pokrzywach. Napisałem list do żony, gdzie opisałem jej wszystko i też to, że tylko niebo, lasy dookoła i ziemi jest tyle, że każdy bierze, ile tylko zdoła zaorać. Tylko domy były porujnowane i wyszabrowane, ale nie zraziło mnie to. Dla mnie najważniejsza była ziemia. Najpierw naprawiłem przeciekający dach i okna, kuchnię i piece. Przyjechali urzędnicy z gminy w Międzyrzeczu i obiecali pomóc. Przydzielono dla osadników materiały i szyby. Przysłali też fachowców do podłączania prądu, bo na początku nie było światła. Ciężko było w obcym domu. Jakoś sobie wszyscy nowo osiedleni pomagali, ale niektóre domy były na uboczu. Sąsiedzkiej pomocy udzielili też mieszkańcy Twierdzielewa. Przywozili nam, kto co miał. Kiedy do domku podłączono prąd, sprowadziłem rodzinę – żonę i dzieci.

W 1950 roku w powiecie zdecydowali, że na gruntach naszej wsi ma powstać Państwowe Gospodarstwo Rolne. Zaproponowali, że kto chce, może zostać i pracować w pegeerze. Nie zgodziłem się na to i musiałem się wyprowadzić, a właściwie wyrzucili nas z naszego gospodarstwa. Dowiedziałem się, że w Zemsku są wolne domy i ziemia. Był też ogród, gdzie później przez lata sadziłem różne odmiany drzew owocowych. Różnych owoców: jabłek, gruszek, śliwek, czereśni i wiśni nam nie brakowało. Tylko już trzeba było za to gospodarstwo zapłacić. Znaleźliśmy nowy dach nad głową i co najważniejsze, ziemię, która nas mogła utrzymać. Inni z Rojewa też tak zrobili i wyprowadzili się do Zemska, Bledzewa albo do Skwierzyny. Jedni dalej gospodarzyli, inni nie.

Żyło się spokojnie i doczekaliśmy się 2 kolejnych córek – Janiny i Bernadety. Dzieci rosły i miał kto pomagać w gospodarstwie. Mieliśmy z 10 krów, byki i cielaki, do tego trzoda chlewna, drób. Pracy nie brakowało w polu i w obejściu.

W Zemsku zawiązali Rolniczą Spółdzielnię Produkcyjną i mnie wybrali za przewodniczącego. Żyło się spokojnie i wesoło, ludzie razem obchodzili różne święta rodzinne, kościelne i te wioskowe. Były komunie i wspólny poczęstunek wszystkich komunijnych dzieci pod kościołem. Były Gwiazdki z paczkami i Mikołajem, dożynki wiejskie z paradami przebierańców i wieńcami dożynkowymi.

Od 1945 roku sołtysami w Zemsku byli: Paweł Staszków, później przez długie lata Sławomir Timoszyk, Irena Radziszewska (ona prowadziła klubokawiarnię), Jadwiga Poźniak, ponownie Sławomir Timoszyk, Jolanta Mazur, Zygmunt Jóskowiak.

Gospodarzyłem najlepiej, jak potrafiłem. Gdy osiągnąłem wiek emerytalny, ziemię zdałem na skarb państwa i przeszedłem na rolniczą emeryturę. Zostawili mi 30 arów ziemi, to z dziećmi sad posadziliśmy i dalej zajmowałem się ogrodem i sadem. Całe życie starałem się być optymistą i życie z uśmiechem brać. Doczekałem się 10 wnucząt i 14 prawnucząt.

Nie paliłem, nie piłem i do 100 lat dożyłem. No czasami coś mocniejszego się wypiło, ale to rzadko było, od okazji – na weselach, chrzcinach czy w sylwestra. Sto lat obchodziłem 2 razy, bo rodzina zorganizowała i w kościele msza była. Też duże urodziny miałem zorganizowane przez sołectwo. Bardzo się z tego cieszę. Zawsze starałem się, aby w rodzinie chleba nie brakowało i komu mogłem, to pomogłem.

 

Fragment z książki Andrzeja Chmielewskiego, Wspomnienia z ziemi bledzewskiej,

 Seria Germania, 2020,  s.75-78.

 

 


 



 

 

O powrocie dzieci do szkół

         - rozmowa z psycholożką mgr Agnieszką Włodarczyk

 

   Powrót dzieci do szkół na krótko przed wakacjami budzi skrajne emocje zarówno u rodziców jak i uczniów. Jak przejść ten kolejny etap zmian? O tym właśnie będzie ta rozmowa.

 

- Po wielu miesiącach zdalnej nauki, na chwilę dosłownie, dzieci wracają do szkół. W wielu uczniach i rodzicach budzi to mieszane uczucia- z jednej strony radość ze spotkania z rówieśnikami, z drugiej – obawę przed szkolną rzeczywistością. Jak przeprowadzić najmłodsze dzieci przez ten okres zmian?

- Myślę, że warto zacząć od ustalenia, jakie zasady będą obowiązywać w szkole, jakie obostrzenia pozostaną, co będzie wymagane od uczniów, a co od rodziców. Zdobycie tej wiedzy wymaga kontaktu ze szkołą. Mając te informacje możemy spokojnie wyjaśnić dziecku, co je czeka. Lęk najczęściej pojawia się w sytuacjach nowych, nieznanych i zagrażających, a przedstawienie przez rodzica faktów może ten lęk znacznie zmniejszyć. Warto abyśmy przy tym byli autentyczni i spokojni, a także musimy pamiętać, aby wystrzegać się rozważań dotyczących naszych wątpliwości przy dziecku. Czasem bowiem nawet na pozór niewielkie nasze wątpliwości i niepokoje mogą rozbudzić lub spotęgować strach i obawy dzieci. Kolejnym elementem wsparcia dzieci może być rozmowa z dzieckiem, rozmowa tak prowadzona, aby nasza pociecha nazwała uczucia w niej drzemiące, uczucia związane z koniecznością powrotu do szkoły, ze swoimi obawami i lękami. Wykazanie zrozumienia dla tych emocji może stanowić dla dziecka ważny element wsparcia psychicznego. Pamiętajmy także, że w procesie adaptacji do nowych warunków życia ważnym elementem jest powrót do codziennych rytuałów. Stała godzina pobudki, śniadanie, wyjście do szkoły, odrabianie lekcji, czas wolny i czas spania - to ważne rytuały dnia codziennego, które uległy rozluźnieniu w czasie zdalnego nauczania, a do których trzeba wrócić, aby dobrze funkcjonować w szkolnej rzeczywistości. Pierwsze dni powrotu będą na pewno trochę trudne, bo dzieci będą ospałe i niechętne do realizacji nowych zadań. Zamiast denerwować się, warto wstać trochę wcześniej i zarezerwować sobie i dzieciom trochę więcej czasu, co pozwoli spokojnie zacząć dzień. Warto pamiętać, że im młodsze dziecko, tym ważniejsza jest rutyna.

 

-Inne obawy mają dzieci klas 4-8. One i ich rodzice martwią się, że ten powrót ma jeden cel – zweryfikować ich wiedzę nabytą na lekcjach zdalnych. Jak więc przekonać rodziców i dzieci do radosnego powrotu do szkół?

- Powrót do szkół u nastolatków faktycznie budzi wiele obaw. W moim gabinecie rodzice i dzieci ujawniają duży niepokój i lęk w tym zakresie. Z jednej strony ogromnie tęsknią (dzieci) za spotkaniami z rówieśnikami, a z drugiej obawiają się sprawdzania wiedzy, zeszytów i prac domowych przez nauczycieli. Czas nauki zdalnej spowodował zmianę wcześniejszych przyzwyczajeń, powstały nowe schematy zachowań. Teraz - na krótko - trzeba znowu to wszystko zmieniać. Myślę, że rodzice powinni w tym trudnym okresie poświęcić dziecku czas i uwagę na wysłuchanie jego historii i przeżyć. Nie udzielajmy rad i nie krytykujmy. Otwórzmy się na wsłuchanie w emocje i potrzeby naszego dziecka. Pomóżmy dzieciom uwolnić uczucia i wspierajmy je w poszukiwaniu sposobów na pokonywanie trudności i rozwiązywanie problemów.

 

- Wszyscy obawiają się także zakażeń Covidem. Co pani magister o tym sądzi?

- Jeśli chodzi o lęk związany z zakażeniem Covid, to towarzyszy on nam od długiego czasu i jest nieunikniony. Niemniej jednak starajmy się wszyscy stosować do zaleceń epidemiologów i dbać o nasze wspólne bezpieczeństwo i żyć w miarę zwyczajnie. Twoje dziecko będzie się czuć bezpiecznie, gdy ty, jako rodzic, okażesz spokój i zrozumienie. Warto być uważnym na zmiany w zachowaniu dziecka i okazywać mu dużo empatii.

 

Dziękuję za rozmowę i wskazówki, które - mam nadzieję - pomogą rodzicom i uczniom.

 

Mariola Solecka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

TERESA  HALINA  JANKOWSKA

–   „Gołdapianka” z Murzynowa

Geografka, nauczycielka i wychowawczyni wielu pokoleń dzieci i młodzieży. Opozycjonistka demokratyczna. Internowana w stanie wojennym. Działaczka społeczna i inicjatorka znaczących przedsięwzięć edukacyjnych. Miłośniczka i promotorka przyrody Gminy Skwierzyna usadowiona wśród jej naturalnego bogactwa. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i wielu innymi dowodami uznania za działalność opozycyjną.

Urodziła się w 1949r. w  skwierzyńskim szpitalu - pod okiem legendarnego dyrektora Nikodema Grynickiego -  jako najstarsze dziecko z czwórki rodzeństwa małżonków Bronisławy Krupińskiej i Stanisława Jankowskiego. Matka- repatriantka z Wołynia, przyjechała do Skwierzyny z pierwszym transportem Klewańczyków. Ojciec- wykształcony rolniczo Wielkopolanin - wydalony przez nowe władze  z Dworzysk, przyjechał na Ziemie Odzyskane, gdzie powierzono mu organizowanie i prowadzenie Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Murzynowie tworzonego na bazie majątku ziemskiego niemieckiej rodziny Deliusów. Dyrektorował w tym PGR do 1970r. Matka natomiast organizowała życie społeczne Murzynowa. Założyła m.in. Koło Gospodyń Wiejskich. Była animatorem kultury i pomysłodawcą przedsięwzięć  edukacyjnych i artystycznych.

- Pani Halino -  bo takiego imienia używa pani na co dzień - jak wspomina pani czasy dzieciństwa w Murzynowie?

- Jest co wspominać. Pamiętam doskonale jak pierwsze kursy gotowania i pieczenia odbywały się w naszej domowej kuchni. Z czasem przeniesiono zajęcia do  pałacowej kuchni po Deliusach. Mama  obok pracy społecznej zajmowała się domem, ogrodem i naszym wychowaniem. Wyrastałam  w dużym poczuciu bezpieczeństwa, gdyż mama była w domu. Dużo nas nauczyła i dużo wymagała. Rodzice na nas nie krzyczeli, nie bili, ale karcili  i wpajali przyzwoite zasady życia takie jak: uczciwość, dotrzymywanie słowa, szacunek dla człowieka, przyrody i zwierząt. Nigdy nie używali wulgarnych słów, odnosili się do siebie i do nas z kulturą, dużo rozmawiali z nami, czytali gazety, książki i zachęcali nas do nauki. Szkołę podstawową ukończyłam w Murzynowie i rozpoczęłam naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Skwierzynie. Po maturze w 1966r. zdałam egzamin na Uniwersytet Wrocławski- Wydział Nauk Przyrodniczych- kierunek geografia. W tym miejscu,  można rzec, moje piękne lata dzieciństwa skończyły się, ale rozpoczął się okres świetnej młodości. Musiałam nauczyć się żyć w wielkim mieście i utrzymać się na studiach. Szło mi dobrze. Nigdy nie zaniedbywałam kontaktu z domem i ceniłam wskazówki rodziców, którzy  napominali mnie, abym się uczyła.

 

-  Po studiach nie wróciła jednak pani  w rodzinne strony a pozostała na Dolnym Śląsku.

- Tak. Z Dolnym Śląskiem  związało mnie stypendium fundowane przez władze miasta Środa Śląska. Karierę zawodową rozpoczęłam w Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Środzie Śląskiej jako nauczyciel geografii i języka francuskiego. Uczyłam tam młodzież do 1983r.

 

-  Jak wyglądały  czasy  wrocławskich studiów i nauczania w liceum oraz działalności opozycyjnej?

-  Z małej sennej wioski  trafiłam w duży świat. Już jako studentka obracałam się w kręgach i środowiskach osób, które nie akceptowały istniejącego w Polsce ustroju społeczno- politycznego, które dostrzegały wiele mankamentów życia społecznego. Wówczas mocno dokształcałam się w dziedzinach społecznych, historycznych i dowiadywałam się takich rzeczy, których nie uczono w szkołach. Zawsze szukałam kontaktów z ludźmi mądrzejszymi od siebie. W sierpniu 1980r. włączyłam się czynnie w Ruch Solidarności.  We wrześniu/październiku 1980r. zaczęliśmy organizować struktury Solidarności w zakładach pracy,  w szkołach Środy Śląskiej i okolicznych miejscowościach. Wybrano mnie na przewodniczącą Międzyszkolnej Komisji NSZZ Solidarność i sekretarza Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej. Wiedzieliśmy, że nikt za nas nie załatwi naszych spraw, a trzeba było rozmawiać z władzami.

 

- 13.12.1981r. władze wprowadziły stan wojenny na terytorium Polski. Wielu aktywnych działaczy zatrzymano, uwięziono i internowano. Jak w stanie wojennym potoczyło się pani życie?

- Mnie zatrzymano 17.12.1981r. i osadzono w więzieniu we Wrocławiu przy ul. Kleczkowskiej,  w starym poniemieckim  budynku więziennym o grubych murach z czerwonej cegły. Po miesiącu przetransportowano mnie do ośrodka internowania w Gołdapi. Było to miejsce ,w którym zgrupowano kobiety z całej Polski. Średnio przebywało nas tam około 300 osób. Mieszkałam w 4- osobowym pomieszczeniu. Wspominam to miejsce jako bardzo odległe od moich stron; Dolnego Śląska i rodzinnego domu w Murzynowie, a także jako miejsce, w którym  poznałam wiele zacnych osób - mądrych i nietuzinkowych kobiet. Byłam jedną z najmłodszych pozbawionych wolności, ale były wśród nas osoby starsze z dorobkiem naukowym i życiowym oraz dużym doświadczeniem. Pamiętam profesorki  z wyższych uczelni z całego kraju z Uniwersytetów - Wrocławskiego, Krakowskiego, Poznańskiego, Warszawskiego. Pamiętam nauczycielki z liceów i szkół technicznych oraz wiele  zaangażowanych kobiet, różnych zawodów i statusów społecznych. W mej pamięci są m.in.  Grażyna Gajka - żona Jacka Kuronia, aktorka- Halina Mikołajska, legendarna suwnicowa ze Stoczni Gdańskiej- Anna Walentynowicz czy Alina Pieńkowska- żona Bogdana Borusewicza.  Z wieloma osobami połączyła mnie przyjaźń, którą pielęgnowałyśmy.  Zwano nas „Gołdapianki” i taka nazwa funkcjonuje do dziś. Pamiętam też wiele sytuacji z czasów internowania, o których mogłabym długo opowiadać. Najboleśniej jednak wspominam wizyty  małych dzieci u internowanych matek. Chociaż sama nie mam dzieci, to serce mi się kroi, bo ówczesne rozmowy matek ze swoimi dziećmi dźwięczą mi w uszach do dziś,  np. gdy  4- letnia dziewczynka  prosi - mamo jedź z nami do domu, a matka na to: przyjadę później, wracaj z babcią.

 

- Po zwolnieniu z internowania wróciła pani do pracy w liceum kopernikańskim w Środzie Śląskiej, aby wkrótce opuścić ukochany Dolny Śląsk i zamieszkać w Gorzowie Wlkp. Tutaj pracowała pani do emerytury jako nauczyciel geografii w kasach IV - VIII SP nr 1 przy ul. Dąbrowskiego 23. Dlaczego taka zmiana ?

- Historia mojej przeprowadzki i dużej zmiany życiowej wzięła początek od przydziału spółdzielczego mieszkania. Po wpłacie oczekiwałam na nie. Otrzymałam przydział w grudniu 1981, gdy już przebywałam w więzieniu. Upoważniłam brata, aby w moim imieniu odebrał klucze i załatwił wszelkie formalności. Moje internowanie skończyło się 07 lipca 1982r. Wróciłam do Środy Śląskiej do pracy w LO. Ustaliliśmy z pracodawcą  zmianę pracy za porozumieniem stron, aby obeszło się bez uszczerbku dla uczniów. W ten sposób trafiłam do gorzowskiej „Jedynki”. W trakcie internowania w Gołdapi poznałam wiele kobiet  z Gorzowa Wlkp. Dzięki tym znajomościom  było mi łatwiej zaczynać nowy rozdział życia w nieznanym mieście i innej szkole. Miałam też blisko do owdowiałej mamy, która mieszkała sama i coraz bardziej upadała na zdrowiu.

 

- Z chwilą przejścia na emeryturę  wróciła  pani  na stałe do Murzynowa. Czy nie lepiej było żyć wygodnie w mieście ? Wszyscy wtedy z wiosek uciekali do miast, a pani odwrotnie...

- Taka była potrzeba życiowa. Wróciłam do Murzynowa. Nie byłam obciążona własną rodziną, więc było mi łatwiej podjąć taką decyzję niż mojemu rodzeństwu. Zaopiekowałam się mamą, która w ostatnich latach życia poruszała się na wózku inwalidzkim i była niewidoma. Wymagała całodobowe opieki. Zmarła w 2004r. w wieku 93 lat.

 

- A jak odnalazła się pani w nowych realiach wioski? Czy było łatwo?

- Jestem osobą otwartą. Wielu starszych ludzi  znałam we wsi. Młodych szybko poznawałam i wchodziłam z nimi w przyjazne relacje. Jestem też człowiekiem czynu. Nie lubię wieść życia bezproduktywnie i bezmyślnie. Było zatem łatwo i owocnie. W tym czasie w Murzynowie działo się wiele dobrych rzeczy. Powstało Stowarzyszenie Przyjaciół Sołectwa Murzynowo  „Moja wieś, a w niej...” Działałam w tym stowarzyszeniu pełniąc funkcję członka Komisji Rewizyjnej.  Zaktywizowało się Koło Gospodyń Wiejskich. Ożywiła się  aktywność na wielu płaszczyznach. Nawiązywaliśmy kontakty i współpracowaliśmy z innymi organizacjami pozarządowymi tego typu,  np. z  Towarzystwem Miłośników Barlinka. Nadal jestem członkinią Rady Sołeckiej. Z mojej inicjatywy powstała w Murzynowie Lokalna Grupa Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Zajmowałam się edukacją najbliższego otoczenia - szczególnie dzieci i młodzieży. Organizowaliśmy warsztaty, wystawy fotograficzne, konkursy o ptakach dla uczniów miejscowej szkoły. W tym czasie nawiązałam współpracę z prof. dr hab. Ludwikiem Lipnickim.

 

- Ta współpraca  i ciąg zdarzeń zaowocowały książką pokaźnych rozmiarów, z niezwykłą treścią o prostym tytule - „ Przyroda gminy Skwierzyna”[ 2009], pracą zbiorową pod redakcją profesora Lipnickiego. Profesor w przedmowie napisał: „ Pani Halina Jankowska, mieszkanka Murzynowa, swoim uporem i siłą perswazji przekonała przyrodników, że warto zainteresować się przyrodą tego terenu, że należy podjąć działania ochronne i propagować walory zarówno wśród mieszkańców gminy jak i - dotychczas głównie tylko przejeżdżających przez Skwierzynę - turystów”.

- Ogromnie cieszę się z wydania tej książki. Niewiele gmin ma, na takim poziomie, tak pokaźne   opracowanie, dotyczące rodzimych bogactw przyrodniczych. Dobrze, że podobnie myślących ludzi jak ja, było więcej, na czele z byłym burmistrzem Skwierzyny Arkadiuszem Piotrowskim. Dzięki nim udało się mój  pomysł zmaterializować. Wszak w pojedynkę nie da się zrobić tyle, co można w  grupie.

 

- Czy widoczne wokół piękno przyrody i  wielkie jej umiłowanie sprawiło, że kupiła pani trochę ziemi na obrzeżach Murzynowa i posadowiła maleńki, skromniutki, przytulny drewniany domek wśród łąk, gdzie dzisiaj mam przyjemność z panią rozmawiać?

- Marzyłam o tym. Gdy pozałatwiam ważne sprawy dla Polski, dla mojej matki, przyszedł czas, abym pomyślała o sobie. Rozpoczęłam konsekwentną realizację swojego planu na resztę życia. Chciałam żyć wśród skarbów przyrody, otoczona pachnącymi łąkami. Chciałam nacieszyć się różnorodnością drzew, krzewów i barwami kwiatów we własnym ogrodzie. Chciałam pomieszkać  ze zwierzętami, słuchać śpiewu ptaków i muzyki wiatru pędzącego wśród nadwarciańskich łąk. Nie bardzo  miał mi kto pomóc w realizacji tego marzenia, co mnie wcale nie zniechęcało w działaniu. Zrealizowałam go sama i cieszę się życiem tu i teraz.

 

- Ale jest pani nadal aktywną osobą i zainteresowana polityką nie osłabły. Widzę u pani  aktualne  gazety i książki...

- Uważam, że jeżeli obywatel  sam nie zainteresuje się polityką i sam nie weźmie się do  kształtowania otaczającej go rzeczywistości, to polityka zainteresuje się obywatelem i urządzi mu  życie nie tak jak potrzeba. Człowiek sam jest najlepszym adwokatem w swoich sprawach. Jestem dumna z mojej działalności politycznej. Nie była ona na próżno, bo dzisiaj Armii  Czerwonej nie ma w Polsce. Wyszli bez walki. Nie było ofiar. Pokłosiem ówczesnej działalności było obalenie  muru berlińskiego. Zniknęła dla nas żelazna kurtyna. Polska jest w NATO i od 17 lat jest członkiem Unii Europejskiej.  Dzięki UE zmiany cywilizacyjne i gospodarcze są przeogromne. Widzę je na każdym kroku i mogę porównać z tym co było za moich młodych lat.  Ówczesna opozycja, której byłam częścią,  potrafiła negocjować z rządem. Jest to sukces, za który Lecha Wałęsę należy ozłocić.

 

-  Jak odbiera pani dzisiejszą scenę polityczną w Polsce ?

-  Żal mi, że dzisiejsi politycy marnują  swoje i nasze możliwości. Mogliśmy utrzymać demokratyczny kurs, być  znaczącym krajem w Europie i mieć pozytywny wpływ na nasze  dobre życie, a także na życie  wielu milionów ludzi różnych narodów. A tu co ?... Ale nie tracę nadziei. Dobre czasy mogą powrócić. Sami musimy  je tworzyć  i pielęgnować we wzajemnym poszanowaniu.  Nikt za nas tego nie zrobi.

 

Pani Halino, dziękuję za gościnę i za optymizm, którym zwieńczyła pani  naszą ciekawą rozmowę.

Rozmawiała Ewa Zdrowowicz - Kulik

Zdjęcia - archiwum prywatne Haliny Jankowskiej i Ewy Zdrowowicz- Kulik

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sztandar jak nowy

            Piotr Stępień ze Stołunia jako inwalida wojskowy jest członkiem Związku Inwalidów Wojennych RP (ZIW RP).

            W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, ze względu na stan zdrowia Piotr Stępień musiał odejść ze służby wojskowej. Dowiedział się, że w Międzyrzeczu działa Związek Inwalidów Wojennych i został jego członkiem. Do związku przyjął go ówczesny prezes – Stanisław Kołłątaj. Pan Piotr interesował się sprawami kombatantów i zbiorami gromadzonymi przez Leona Szymańskiego – wieloletniego prezesa międzyrzeckiego koła Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Kiedy prezes Szymański zmarł, pan Piotr zaopiekował się sztandarem Związku Inwalidów Wojennych, który znajdował się w pomieszczeniu zajmowanym przez kombatantów.

            „Jak moja mama Krystyna zobaczyła, jaki ten sztandar jest zniszczony, to widziałem w jej oczach, że trzeba go naprawić. Mama zachorowała, potem ja przestałem chodzić, ale cały czas pamiętałem o sztandarze. Nie mogłem go sobie przywłaszczyć, bo co by powiedzieli w zaświatach fundatorzy – panowie Szczerba, Judek, Frydrych i państwo Podbielscy… Nowego nie mogliśmy zrobić, bo to duży koszt, więc postanowiliśmy go odnowić. Oprócz mamy pomogli mi w ratowaniu sztandaru dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury Ewa Walkowska i jej mąż Jakub. Udało się, jeszcze tylko czeka nas renowacja drzewca i odnowiony sztandar może znowu uczestniczyć w ważnych uroczystościach lokalnych i państwowych. Chcemy poświęcić sztandar w pszczewskim kościele. A ja chciałbym, żeby jego miejsce było w GOK, bo jestem mieszkańcem Stołunia w gminie Pszczew”.

            Związek Inwalidów Wojennych RP to organizacja obywatelska stawiająca przed swoimi członkami zadania świadczące o poszanowaniu tradycji, patriotyzmu i pamięci osób, którzy swoim bohaterstwem i zaangażowaniem zasłużyli na szacunek młodego pokolenia. Prezydium Zarządu Okręgowego ZIW RP w Poznaniu doceniło zaangażowanie Piotra Stępnia i otrzymał Krzyż Jubileuszowy z okazji 95-lecia działalności związku.

            Muszę dodać, że dbałość pana Piotra i jego mamy o zachowanie pamiątek przeszłości zasługuje na pochwałę. Dobrze, że zawsze może liczyć na pomoc Ewy Walkowskiej – dyrektor GOK i mam nadzieję, że wójt i radni zgodzą się, żeby w Pszczewie była ulica Związku Inwalidów Wojennych RP. Wniosek w tej sprawie napisał pan Piotr do wójta Pszczewa i burmistrza Międzyrzecza.

Izabela Stopyra

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O NICH NIE MOŻNA ZAPOMNIEĆ

CECYLIA MALEŃCZAK

25 kwietnia zmarła moja przyjaciółka Cecylia Maleńczak. Odeszła w swoim domu w lesie nad jeziorem Długim otoczona miłością i opieką ukochanego męża Roya i przyjaciół.

Cecylia była nauczycielką języka angielskiego, niezwykle ciepłą i szczerą osobą. Pochodziła z angielsko-polskiej rodziny, a urodziła się w Brighton na południowym wybrzeżu Anglii, gdzie wiele lat mieszkała i pracowała. Ukończyła studia biomedyczne i przepracowała ponad 15 lat w Brytyjskiej Służbie Zdrowia. Karierę kontynuowała jako naukowiec na Uniwersytecie Sussex. W pewnym momencie ta wykształcona, piękna kobieta postanowiła zupełnie zmienić styl życia. Już nie wielkomiejski, zabiegany, lecz spokojny, zgodny z prawami natury i przyrody. Podjęła decyzję o przeprowadzce do kraju ojca - do Polski. Zmieniła profesję, otrzymała dyplom (TEFL) uprawniający ją do nauki języka angielskiego jako języka obcego. W 2007 roku Cecylia zamieszkała pod adresem -  Chycina 24 nad jeziorem Długim zwanym przez miejscowych ,,Koreą”. Szybko dołączyły do Niej ukochane zwierzęta - psy i koty. Uczyła języka angielskiego, sadziła kwiaty, uprawiała owoce i warzywa, spacerowała po lesie z psami.

Ja poznałam Cecylię w 2013 roku, kiedy szukałam lektora języka angielskiego. Zawsze elegancka, uśmiechnięta, perfekcyjnie przygotowana do każdej lekcji. Rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy po polsku, po angielsku i okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. Kiedy po raz pierwszy pojechałam na półwysep, byłam zauroczona tym miejscem i serdecznością gospodarzy. Nigdy nie zapomnę kąpieli w jeziorze, wycieczek kajakiem i wspólnych posiłków na tarasie. Nieważne co stanie się z domem pod adresem Chycina 24,  ja będę odwiedzać to miejsce oczyma wyobraźni widząc uśmiechniętą Cecylię w otoczeniu psów i wołającą do mnie - hello Iza.

Kochana, spoczywaj w pokoju…

Izabela Krajniak

 

 


 

   

 

 

TADEUSZ ZGÓŁKA  (1945 – 2021)

            26 kwietnia zmarł profesor Tadeusz Zgółka – wybitny językoznawca, znakomity wykładowca, pasjonat wielu humanistycznych nauk, a także hungarystyki i różnych języków, których zawiłości badał i opisywał, a przede wszystkim mój serdeczny KOLEGA.

 Profesor - Zasłużony dla Miasta Poznania i Honorowy Obywatel Zbąszynka, laureat wielu odznaczeń, nagród i medali, nasz wspaniały KOLEGA ze studenckiej ławy (a nawet grupy) na polonistyce UAM w Poznaniu. Tak pięknie mówił o tych studenckich latach na spotkaniu dwóch światów – młodych absolwentów polonistyki i seniorów świętujących 50. rocznicę ukończenia poznańskiej Alma Mater, że wszyscy  - bez wyjątku, młodzi i starsi - wzruszyliśmy się, a my byliśmy dumni, że przez 5 lat studiów przeszliśmy razem i nadal lubimy się spotykać.

 Jego śmierć bardzo nas zasmuciła.

Mieliśmy to szczęście, że odwiedziliśmy Tadeusza i Halinę w ich letniej rezydencji koło Rogozińca. Miejscowi nazywają budynki pozostałe po dawnym niemieckim arsenale – DEPOT. I w jednym z segmentów tego Depotu  profesorowie Zgółkowie urządzili sobie odskocznię od miejskiego gwaru Poznania. Cisza, piękne krzewy i kwiaty, gościnność i serdeczność gospodarzy – tego się nie zapomina…   

Żonie – prof. Halinie Zgółkowej i Bliskim - składam wyrazy głębokiego współczucia.

Izabela Stopyra

          


 

 

 

 

STANISŁAW KOŁŁĄTAJ (1940 – 2021)

            „W daleką podróż zabrał Cię Bóg jedną nadzieję nam dając,

            że kiedyś przekroczą też Niebios próg, którzy tutaj zostają …

 

19 kwietnia 2021 roku zmarł śp. Stanisław Kołłątaj, więzień obozu koncentracyjnego, członek Stowarzyszenia Dzieci Zamojszczyzny. Stanisław urodził się 24 września 1940 r. w Szczebrzeszynie. Humanista, gawędziarz, brydżysta, społecznik, aktywny członek Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych, prezes Związku Inwalidów Wojennych w Międzyrzeczu oraz członek ZIW w Sulęcinie, mój serdeczny kolega ze Związku Kombatantów.

Ekonomista z wykształcenia, skończył oficerski kurs chorążych, był dyrektorem ds. ekonomicznych w szpitalu w Obrzycach. Posiadał Krzyż Zasługi ZIW i liczne odznaczenia. Na spotkaniach z młodzieżą często przywoływał swoje ulubione Roztocze i Zamojszczyznę, opowiadał o zabytkach i przyrodzie. Powtarzał, że piękno człowieka zawiera się w jego pracy i trudzie na rzecz innych… Cześć Jego pamięci!

Kazimierz Kulas

 

 

 


 

 

 

Asendorf  dla  Trzciela

Od wielu już lat zaprzyjaźniona z Trzcielem niemiecka gmina Asendorf przekazuje finansową pomoc przewlekle chorym dzieciom.

Na ogół działo się to w grudniu, przed świętami Bożego Narodzenia. Przyjeżdżała wtedy delegacja z Asendorfu z darami. Zawsze przewodniczył jej burmistrz, podkreślało to ważność misji i szacunek dla trzcielan. Były wspólne, serdeczne spotkania, naznaczone akcentami mikołajkowo – świątecznymi. Tak było, ale koronawirus ostatnio wiele zmienił. Nie zmieniła się tylko hojność oraz wrażliwość mieszkańców Asendorfu. Przekazali oni 4000 euro dla chorujących dzieci z terenu gminy Trzciel. W okresie pandemii jest to szczególna pomoc i niezwykle cenna. Nie było tym razem uroczystego spotkania ze względu na ograniczenia wirusowe, ale to działanie Asendorfu nie ulegnie zapomnieniu. Jest ono wzruszające, zwłaszcza w tak trudnym i bolesnym czasie. Pieniądze zostały przekazane potrzebującym, którym pozwolą nieco ułatwić ciężkie, naznaczone chorobą życie. Tym razem po tysiącu euro  otrzymała trójka dzieci – Michał, Marcin i Paweł. Trzcielski Caritas również otrzymał 1000 euro. Obdarowana trójka  i ich rodzice wzruszeni wielkością daru podjęli decyzję o przekazaniu z tej puli 1000 zł innemu choremu dziecku. Wybrali Wiktora, który zresztą przed laty również skorzystał z pomocy finansowej Asendorfu. Wręczenie czeków odbyło się 26 marca tego roku. W spotkaniu uczestniczyli, oprócz dzieci i ich rodzin, przewodniczący Rady Miejskiej Jacek Marciniak, burmistrz Jarosław Kaczmarek, dyrektor OPS Dominika Konieczna, tłumacz języka  niemieckiego Liliana Strachowska. Było skromnie, ale serdecznie. Były również podziękowania dla szczodrej społeczności Asendorfu. W podziękowaniu dla nich rodzice chorych dzieci napisali – „Czasami wdzięczność trudno jest ubrać w słowa … wtedy proste – dziękuję – zawiera wszystko, co chcemy wyrazić”. W tym samym liście napisali również – „Dzięki okazanej przez Państwo przyjaznej dłoni, możliwa jest realizacja naszych celów i zamierzeń oraz spełnienie marzeń naszych dzieci”.

W tym zawirusowanym świecie są jednak piękne chwile, przeżycia i czyny. I to jest budujące. A przyjaźń między Trzcielem a Asendorfem jest przykładem wzajemnej życzliwości, szacunku i gotowości niesienia pomocy innym.

 Jadwiga Szylar

 

 

 

 

 

Sukces uczniów z SP nr 2 w Międzyrzeczu

Na przełomie marca i kwietnia uczniowie klasy 6d wraz ze swoją wychowawczynią wzięli udział w programie „Zielone Laboratorium Lafarge”.

Jest to program edukacyjny, dzięki któremu dzieci mają możliwość poznania najważniejszych zagadnień ekologicznych w przystępny i atrakcyjny sposób oraz odkrywania, jak ich działania wpływają na środowisko. Uczniowie wzięli udział w zajęciach pobudzających do podejmowania dyskusji na ten temat i poszukiwania rozwiązań sprzyjających poprawie stanu naszego środowiska. Zwieńczeniem interesujących rozważań była realizacja projektu – wspólne wykonanie komiksu pokazującego, czego szóstoklasiści nauczyli się dzięki udziałowi w programie oraz jakie zmiany wywołał on w ich życiu codziennym. Tym samym powstała „Misja Lafusia”, której tytułowy bohater – postać wymyślona przez dzieci – przybywa ze specjalnego laboratorium swoim ekologicznym pojazdem, by pokazać ludziom, w jaki sposób wpływają na środowisko i co mogą zrobić, aby uczynić ten wpływ pozytywnym.

 „Misja Lafusia” to zbiór 28 minikomiksów, w których bohater spotyka kolejnych uczniów klasy oraz ich wychowawczynię i udziela cennych porad dotyczących życia w stylu eko. Praca nad projektem bardzo zintegrowała klasę i pozwoliła rozwinąć umiejętność współpracy. Uczniowie poświęcili temu działaniu wiele godzin i sami podkreślali, jak bardzo pobudziło to ich kreatywność i wpłynęło na rozwój ich zdolności twórczych oraz językowych. Wysiłek klasy został nagrodzony – 6d otrzymała wyróżnienie w konkursie „Zielonego Laboratorium Lafarge” za swój oryginalny komiks. Warto wspomnieć, że uczniowie „Dwójki” – obok uczniów dwóch innych szkół – zdobyli jedną z trzech nagród w tym ogólnopolskim konkursie. To olbrzymi sukces, a przede wszystkim docenienie starań dzieci, które już podejmują kolejne działania, a w ich codzienności zaszły wielkie, ekologiczne zmiany! Ogromne gratulacje dla Hani Balcerzak, Igi Bralczyk, Kingi Buszewskiej, Mai Dobosiewicz, Bartka Dobosiewicza, Olka Eberta, Karola Grocholewskiego, Dagmary Jędrzejczak, Marat Khyzniaka, Igora Kozłowskiego, Michaliny Kręciszewskiej, Kornela Ksiądza, Franka Lorenza, Natalki Majoweckiej, Alicji Matuszewskiej, Bartka Myrdy, Stasia Myślickiego, Pascala Napierały, Tymka Niewiadomskiego, Jasia Paluszaka, Seweryna Stępnia, Natalki Środy, Anheliny Tsytsiury, Antosi Zamorskiej i Hani Zdanowicz.

Ogromne podziękowania dla wspierających nasz projekt – Teresy Flisikowskiej oraz dyrektor Katarzyny Dymel.

Aleksandra Biela

PS Moja 6d, jestem z Was bardzo dumna i ogromnie cieszę się, że jesteście! Z Wami każde działanie jest ciekawym doświadczeniem i prawdziwą przyjemnością!

Wasza Wychowawczyni

 


 

   

 

 

JAK MIŁO BYŁO W OBRAWALDE (część 1)

 

Relacja z lat 20. i 30., zapisana przez Leona Wabinskiego,

 mieszkańca przedwojennych Obrzyc

                   

                   Dzieciństwo to kraj, przez który podróżujemy nieświadomie.

Dotarłszy do granic, oglądamy się i nagle widzimy pejzaż. Ale jest już za późno.

Éric-Emanuel Schmitt

 

Kiedy się zestarzejesz i masz więcej spokoju, twoje myśli coraz częściej ulatują do przeszłości. Dumasz dużo o dzieciństwie, zwłaszcza o latach w twoim starym domu, gdzie się urodziłeś, gdzie dorastałeś, gdzie byłeś u siebie. Myślisz o swoich towarzyszach zabaw z dzieciństwa, kolegach ze szkoły, sąsiadach, o wszystkich ludziach, którzy tam mieszkali i których znałeś.

W głębi umysłu pojawiają się znajome twarze, dobrze znane postacie i ich gesty, doniosłe wydarzenia, o których ciągle pamiętasz. I możesz zobaczyć oczyma wyobraźni ojczysty krajobraz, lasy sosnowe, piaszczyste gleby, rzekę Obrę i pobliskie jeziora. Potem mówisz sobie: „Jak miło było w Obrawalde, w małym miasteczku nad Obrą, w pobliżu miasta powiatowego Międzyrzecz w Marchii Granicznej”.

Nazwa Obrawalde wiązała się ze szpitalem o tej samej nazwie, który też był miejscem zamieszkania pracowników i ich rodzin. Pod względem lokalizacji i klimatu miejsce to można nazwać uzdrowiskiem, gdyby nie to, że zostało wybrane jako teren zakładu zdrowia psychicznego, który powstał tam w latach 1901–1904.W pewnym sensie było to klimatyczne uzdrowisko dla pracowników instytucji, którzy tam mieszkali i ich rodzin. Później uzdrowiskiem stało się także dla pacjentów z chorobami płuc, którzy zostali tu umieszczeni w celu leczenia i dla dzieci potrzebujących rekonwalescencji.

W latach dwudziestych XX w., oprócz oddziałów dla chorych psychicznie i nerwowo, powstała klinika dla pacjentów z chorobami płuc oraz ośrodek sanatoryjny dla dzieci kalekich, ponieważ idealne położenie wśród lasów i suchy wiejski klimat umożliwiły zwiększenie potencjału leczniczego tutejszego szpitala również w tego rodzaju leczeniu.

Oprócz psychiatrów i neurologów sprowadzono do lecznicy również pulmonologa i pediatrę, którzy zamieszkali tu wraz z rodzinami. Później powstała także klinika ginekologiczna i szpital położniczy, do których znowu zatrudniono ginekologa i nowy personel.

Droga do instytucji wiodła nową szosą w kierunku Pszczewa, skąd skręcało się w lewo w aleję lipową, aby wreszcie dotrzeć do dużej bramy wjazdowej, nad którą widniała nazwa OBRAWALDE, napisana wielkimi literami na półokrągłym łuku. Na prawo od bramy znajdowało się wspaniałe boisko sportowe dla mieszkańców Obrawalde, które wcześniej było zwykłą łąką. Gdy weszło się dwuskrzydłową bramą wejściową, która była zawsze otwarta, to wkrótce stało się przed dużym, imponującym budynkiem administracji, zbudowanym z czerwono -żółtych cegieł klinkierowych. Nieco po prawej stronie w parku widniała willa dyrektora. Po lewej stronie znajdował się dom ogrodnika i inspekty ze szklarnią. Wszystko to tworzyło przyjemną, poukładaną całość. To było pierwsze dobre wrażenie, jakie wywierał na odwiedzających szpital. Gdy weszło się po szerokich kamiennych schodach do budynku administracji i przeszło potężnymi drzwiami wejściowymi do hallu z kolorowymi płytkami podłogowymi, to portiernia znajdowała się natychmiast po prawej stronie. Tam mieściła się również centrala telefoniczna i urząd pocztowy. Po lewej stronie był sekretariat dyrektora. Hall był imponujący ze swoimi kolumnami, kolorowymi ścianami i neogotyckim sklepionym sufitem. Z hallu wchodziło się do szerokiego korytarza z dużymi oknami. Znajdowała się tam apteka szpitalna i laboratorium. Po lewej stronie można było się udać do poszczególnych biur budynku administracji, do urzędu stanu cywilnego, biura do spraw ekonomicznych, biura kadr, a zaraz po lewej stronie do głównej kasy. Po prawej stronie za budką odźwiernego [ojciec autora był odźwiernym- przyp. tłum.] znajdowało się jego mieszkanie, naprzeciwko Instytutu Rentgenowskiego i Radiacyjnego. Kolejne schody prowadziły do tylnego wyjścia z budynku administracji i do dużej sali ze sceną i galerią.

(Koniec części pierwszej, c.d.n.)

 

Katarzyna Sztuba - Frąckowiak

 

 


 

   

 

 

Życie z pasją Jadwigi Świerzko

„Życia nie można wybrać, ale można z niego coś zrobić” – powiedział Peter Lippert. I tak zawsze się dzieje. Sztuką jest, by dodatkowo to życie wzbogacić pasją, dodać mu barwy i celowości.

Jadwiga Świerzko z Trzciela od zawsze kochała przyrodę, zachwycało ją piękno natury. A wszystko to zaczęło się od pewnego epizodu, od szkolnej wycieczki do lasu. Było to dziesiątki lat temu wczesnym rankiem – „w kroplach rosy odbijało się słońce, było to cudowne zjawisko”. I to był początek jej niezwykłej fascynacji przyrodą. Ona wciąż trwała chociaż pasjonatka przez lata całe musiała się skupić na nauce, pracy zawodowej, rodzinie. Skończyła Liceum Pielęgniarskie w Obrzycach, zdobyła odpowiedzialny i trudny zawód. Z uśmiechem i szacunkiem wspomina dzisiaj swoją nauczycielkę z tamtych lat – Małgorzatę Jasińską. A potem była praca w służbie zdrowia, niełatwa i absorbująca. Przyroda, jej urok ubarwiały jednak zawodową codzienność. Życie rodzinne, wychowywanie dwójki dzieci wzbogacały czas i wypełniały go szczelnie. Mijały lata, aż nadszedł czas emerytury. – Zastanawiałam się, co będę robiła na emeryturze – wspomina. Rozmawiałam o tym z koleżankami. Raptem po intensywnych latach  p. Jadwiga miała nadmiar wolnego czasu. Wróciły dziecięce wspomnienia i zapamiętane obrazy z leśnej wycieczki. A może będę utrwalała to przyrodnicze piękno? - Takie zadała sobie wówczas pytanie. I to był strzał w dziesiątkę.

Kupiła aparat i zaczęła swoją przygodę z fotografowaniem. Mogła wreszcie realizować swoją pasję.- Przyroda to mój konik, moja radość, a jej obserwacja to niezwykłe przeżycia. Fotografuje, jak mówi jej syn – Krzysztof, widoki, kwiatki i ptaszki. I jeszcze motyle. Są to piękne fotografie, prawie artystyczne, chociaż wykonuje je nie zawodowiec. Jadwiga Świerzko nie uczyła się fotografiki, ale jej zdjęcia są odbiciem zauroczenia autorki przyrodą. Niezwykłą sztuką jest przecież utrwalenie na kliszy piękna, ulotności cudów przyrody, jej niezwykłości. Pojawiają się na nich polne kwiaty, barwne ptaki, drzewa, piękne motyle, zjawiska przyrodnicze i wszystko to, co zachwyca swoją wspaniałością. Autorka na rowerze przemierzała okoliczne pola, łąki, zagajniki, lasy i fotografowała  piękno natury, jej niezwykłość i wyjątkowość, które potrafi dostrzec i zauważyć. Każdy zwykły spacer dostarcza jej ciekawych obrazów oraz okazji do zachwytów i przyrodniczych obserwacji. Nawet widoki z okna mieszkania czy z balkonu są okazją do oglądania ptasich i  roślinnych fantastyczności. Właśnie teraz ptaszek – kopciuszek  na drzewie naprzeciwko mojego okna buduje gniazdo, tylko wilgi i mazurki na nim nie osiedliły się – opowiada. Ptasi świat jest bardzo ciekawy- dodaje trzcielanka. Uwielbia również kwiaty, wszystkie – te rzadkie, rosnące naturalnie i te oryginalne, szczególnie pielęgnowane, egzotyczne. Na skwerku przed swoim blokiem zrobiła mały kwietny ogródek i tam rosną jej ulubione roślinki. Godzinami potrafi opowiadać o kwiatach i drzewach, o ich urodzie i charakterystycznych szczególikach. Niesamowicie dużo wrażeń przyrodniczych przywiozła z Majorki, z pobytu u córki Beaty. Oczywiście fotografii również. Szczególnie zachwyciły ją kwitnące, różnokolorowe, wszędobylskie oleandry. Ale podziwia wszystkie rośliny- przylaszczki, kwitnącą cykorię, rozwijające się liście buków, hibiskusy, stokrotki, tulipany i pnące się po murach śródziemnomorskie piękne kwiaty. Bo przyroda to coś fantastycznego – opowiada Jadwiga Świerzko. I jest to wdzięczny temat fotograficzny. A ten znajduje również w lesie, bo też on jest skarbnicą przyrodniczych osobliwości. Las to moje dzieciństwo, mieszkałam blisko niego - mówi moja rozmówczyni. W Trzcielu także ma do lasu blisko, często można w nim ją spotkać. Lubi bowiem, a wręcz kocha grzybobranie. Kiedyś dochodziło także zbieranie jagód. Jadwiga Świerzko przyrodę nie tylko fotografuje, ale potrafi z niezwykłą pasją o niej opowiadać. Jej wiedza na ten temat jest duża, nazwami roślin i ptaków posługuje się w sposób imponujący. Lata fascynacji światem przyrody zrobiły swoje. Pasjonatka swoim hobby zaraziła również swoją szwagierkę, która również odkryła niezwykłość obserwacji życia natury.

Fotografie p. Jadwigi zachwycają wszystkich, można je było kiedyś oglądać w trzcielskim domu kultury. Były w nim dwie wystawy jej fotografii. Jedna dotyczyła ptaków, a druga kwiatów i zjawisk przyrodniczych. Może będą następne, a może te piękne obrazy fotograficzne ozdobią kiedyś jakieś wnętrza i dostarczą widzom niesamowitych wrażeń estetycznych? Są tego warte, a ich autorka jest godna podziwu za swoje wspaniałe hobby.                                                        

Jadwiga Szylar

 

 

 

    

Leśniczy Henryk Mudrecki z Brójec

 

- Heniu, jesteśmy sąsiadami od 30 lat, chodziliśmy do jednej klasy w Szkole Podstawowej w Brójcach, skończyłeś Technikum Leśne w Rogozińcu i cały czas pracujesz jako leśniczy w Nadleśnictwie Trzciel. Z moich wyliczeń wynika, że niedługo osiągniesz wiek emerytalny. Co sprawiło, że wybrałeś ten zawód?

 

- Mój wujek Edward Mudrecki był leśniczym w leśnictwie Ryki w Nadleśnictwie Brójce. Zainspirował mnie swoją postawą. Często bywałem u niego w leśniczówce i spodobało mi się takie życie. Swoją pracę w Nadleśnictwie Trzciel rozpocząłem 01.09.1977 r. jako stażysta. Po skończonym stażu pracowałem jako podleśniczy w leśnictwie Nowy Świat, a później jako leśniczy, gdzie pracuję do chwili obecnej. Na emeryturę planuję odejść 31.01.2022 r., po blisko 45 latach pracy.

 

- Jaki jest teren twojego działania i co jest największym wyzwaniem dla ciebie w tej pracy?

- Teren leśnictwa Nowy Świat wynosi 2044 ha. Największym wyzwaniem dla leśnika są uprawy (sadzenie młodych lasów). Dbam o utrzymanie lasów w jak najlepszej kondycji. Wbrew pozorom, nie jest to wcale łatwa praca. Jest także wiele spraw związanych z administracją.

 

- W naszych lasach można spotkać wiele różnych zwierząt. Czy w kontakcie ze zwierzętami przeżyłeś jakąś historię, albo zabawną przygodę?

- W ciągu tych wielu lat było też wiele ciekawych historii, ale jedną pamiętam szczególnie. Między Brójcami a Lutolem Suchym na niewielkiej łące spotkałem żerującego rogacza. Zauważyłem, że coś niezwykłego zdobi jego łeb. Pomyślałem - to chyba peruka! Jeszcze raz na niego spojrzałem i już byłem pewny, że się nie mylę. Zobaczyłem pięknego  rogacza perukarza. Ten wspaniały  widok mam przed oczami do dzisiaj.

 

- Czy w naszych lasach są zwierzęta, które potrzebują szczególnej opieki?

- W naszych lasach pożywienie zwierzęta zdobywają samodzielnie. Jeżeli zdarzają się srogie zimy, to Koło Łowieckie dokarmia zwierzęta. Są specjalne karmniki i miejsca, w których zwierzęta znajdują jedzenie.

 

- Czy to prawda, że na terenie twojego obwodu można spotkać wilki?

- Od pewnego czasu na terenie leśnictwa można spotkać wilki. Sam widziałem watahę pięciu wilków. Różne historie krążą na ich temat, lecz ja niczego złego nie doświadczyłem.

 

- Często spaceruję po lesie i widzę różne gatunki drzew, nie wszystkie rozpoznaję. Jakich jest najwięcej w lasach objętych Twoją opieką?

- Na terenie leśnictwa Nowy Świat w przeważającej ilości występują: sosna pospolita, brzoza brodawkowata, dąb.

 

- Jakie charakterystyczna rośliny rosną w naszych lasach?

- Na terenie leśnictwa Nowy Świat znajduje się rezerwat przyrody „Czarna Droga” (na zdjęciu).
Rezerwat został powołany zarządzeniem Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego z dnia 23 czerwca 1972 na powierzchni 14,10 ha. W 1989 został powiększony do 21,95 ha i taką powierzchnię zajmuje do tej pory. Do charakterystycznych roślin należą: listera jajowata, storczyk plamisty, podejźrzon księżycowaty, widłaki, paprotka zwyczajna i bluszcz pospolity.

 

- Często słyszę w telewizji, że polskie lasy są wielkim śmietnikiem. Czy tak jest naprawdę?

- Choć trudno w to uwierzyć, wielu ludzi nadal wyrzuca śmieci do lasu. Głównym założeniem ustawy śmieciowej było zlikwidowanie dzikich wysypisk śmieci. Rzeczywistość pokazuje jednak, że ludzie jak wyrzucali odpady do lasu, tak wyrzucają nadal – mimo tego, że mogą legalnie się ich pozbyć w ramach uiszczanej opłaty za wywóz śmieci. Dużym problemem są też odpady budowlane, za których wywóz trzeba dodatkowo płacić. To przykre, że ludzie traktują las jako wysypisko śmieci.

 

- Wiem, że jesteś również myśliwym. Czy istnieje związek między środowiskiem leśników a myśliwych, bo nie wszyscy leśnicy są myśliwymi i odwrotnie.

- Oczywiście, że istnieje związek. Myśliwi współpracują z leśnikami i odwrotnie. Gospodarka leśna jest bardzo mocno związana z łowiectwem. Plany łowieckie zatwierdzają nadleśniczowie i oni rozliczają z ich wykonania koła łowieckie. Mając profesjonalną wiedzę i doświadczenie, leśnicy są gwarantem właściwego prowadzenia gospodarki łowieckiej. Sukcesy widać gołym okiem. Polski model łowiectwa uznawany jest jako jeden z najlepszych sposobów gospodarowania zwierzyną. Liczebność praktycznie wszystkich gatunków co roku się zwiększa, i to zarówno tych łownych jak i chronionych. Tego dokonali razem myśliwi i leśnicy. Na terenie leśnictwa Nowy Świat współpraca pomiędzy myśliwymi i leśnikami układa się wzorowo, i z tego bardzo się cieszę. Na emeryturze mój kontakt z lasem pozostanie. Jako myśliwy nadal będę dbał o las, bo jest to nasze bogactwo. Las jest przyjacielem, człowieka, a o każdą przyjaźń należy dbać.

 

Dziękuję za rozmowę. Cieszę się, że tak myślisz. Ja także uważam, że wszyscy musimy dbać o las dla przyszłych pokoleń. Szkoda, że nie wszyscy ludzie tak sądzą.

 

 Halina Pilipczuk

 
 

   

 

 

Marek Mielcuszny, fizjoterapeuta z prawdziwą pasją …

 

   Marek Mielcuszny - mgr fizjoterapii, mieszka w Międzyrzeczu, pracuje w Spectrum - Fit.  Młody, wykształcony mężczyzna, który wykonując swój zawód z prawdziwą pasją, pomaga cierpiącym.

 

            - Po skończeniu Medycznego Studium Zawodowego w Gnieźnie i uzyskaniu tytułu technika masażysty, kontynuował pan naukę na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu na Wydziale Fizjoterapii. Jak odkrył młody chłopak, że fizjoterapia jest jego pasją i powołaniem?

- Tak naprawdę odkąd sięgam pamięcią wiem, że interesował mnie masaż, jego różne techniki i rodzaje. Dopiero po maturze stwierdziłem, że mógłbym zająć się nim na poważnie. Decyzję ułatwił mi też fakt, że w Gnieźnie, gdzie mieszkałem, znajdowała się szkoła o interesującym mnie profilu. Po „Medyku” wiedziałem już na pewno, że to jest to, co mnie kręci, więc dalsza droga mogła być już tylko jedna – studia medyczne na kierunku fizjoterapii.

 

- Czym zajmuje się fizjoterapeuta?

- Fizjoterapeuta poprzez badania i testy funkcjonalne dobiera właściwe środki i metody terapeutyczne dla każdego pacjenta indywidualnie, a także kontroluje i weryfikuje efekty swojej pracy. Może też modyfikować cały program leczenia po to, aby pacjent jak najszybciej wrócił do zdrowia.

 

- Jakie metody rehabilitacji stosuje pan w swoim gabinecie?

- Metod jest bardzo wiele, jednak ja najczęściej stosuję terapię manualną, której elementami są m.in. masaż poprzeczny czy funkcyjny, rozciąganie mięśni, mobilizacja stawowa. Korzystam też z Kinesiotapingu - to  metoda polegająca na zakładaniu specjalnych plastrów pozwalających odciążyć tkanki i poprawiających funkcje danego obszaru ciała. Pożyteczny też jest trening funkcjonalny i terapeutyczny, czyli kinezyterapia, która opiera się na specjalnie dobranych dla pacjenta ćwiczeniach. Moją ulubioną metodą jest też suche igłowanie, potocznie zwane medyczną akupunkturą, która polega na nakłuwaniu specjalnymi igłami punktów spustowych. Chciałbym jednak podkreślić, że nie ma jednej złotej metody, która pomoże każdemu i zadziała na wszystkie dolegliwości.

 

- Z jakimi dolegliwościami pacjenci zgłaszają się do pana najczęściej?

- Myślę, że Ameryki nie odkryję  jeśli powiem, że są to osoby z dolegliwościami bólowymi kręgosłupa. Oczywiście mam też pacjentów z urazami czy po zabiegach operacyjnych, dodam też, że dobry fizjoterapeuta jest w stanie pomóc w mniej oczywistych schorzeniach czy problemach zdrowotnych, takich jak np. zgaga, refluks czy problemy jelitowe. Cieszę się, że pacjenci są coraz bardziej świadomi i wiedzą, że wzajemne zaufanie i szczerość przynosi oczekiwane rezultaty. Każdego pacjenta traktuję indywidualnie, poznaję historię jego choroby i dobieram odpowiednie metody leczenia.

 

- Ludzie chorzy oczekują pomocy po wizycie u fizjoterapeuty - albo są zachwyceni,  albo zniechęceni. Co musi cechować dobrego fizjoterapeutę?

- Dobry fizjoterapeuta musi być przede wszystkim skuteczny. I nie do końca mam na myśli to, że musi znać mnóstwo technik, które wzorowo wykonuje. Podstawą jest dokładny wywiad i diagnostyka. Praca z obolałym pacjentem nie polega tylko na leczeniu miejsca, gdzie występuje ból. Trzeba znaleźć źródło bólu i je zwalczyć. Poza samą pracą manualną w obrębie bólu, ważny jest także kontakt fizjoterapeuty z pacjentem. Pozornie niewiele znaczące rozmowy mogą rzucić dodatkowe światło na istotę problemu, który dzięki tym dialogom i moim umiejętnościom rozwiążemy podczas zabiegów.

 

- Chodzimy na te zabiegi, bo przynoszą ulgę, ale czy są wyraźne przeciwwskazania do korzystania z fizjoterapii ?

- Terapeuta może przerwać terapię na każdym etapie, jeśli tylko zauważy niepokojące objawy u swojego pacjenta. Jednak bezwzględne przeciwwskazania to m. in. choroba nowotworowa, ostre ropne stany zapalne, zakrzepy, zapalenie węzłów chłonnych, zaawansowana miażdżyca, zapalenie żył, wysoka gorączka.

 

- Na zakończenie jeszcze jedno pytanie - pochodzi pan z Gniezna, jak żyje się panu i pracuje w Międzyrzeczu?

- Mieszkam tutaj od prawie 4 lat i muszę przyznać, że nie miałem problemu z aklimatyzacją. Nigdy nie czułem się tu obco, bo szybko poznałem nowych ludzi i nawiązałem wiele kontaktów. Pracuję w zawodzie, który jest moją pasją, więc nie mam co narzekać.

 

          Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę realizacji zawodowych i osobistych pasji.

 

        Mariola Solecka

 

   

O Orle w XXI wieku

 

        W styczniowym numerze Powiatowej zapowiadałem spotkanie i rozmowę o Orle jako jubilacie z młodymi kibicami. Nie zapomniałem o tym, gdyż co jakiś czas sami młodzi kibice przypominali mi o tym, że oni są i będą przez długie lata. W czasie poluzowania rygorów związanych z pandemią upomnieli się o rozmowę. Przekrój wieku moich czterech rozmówców to od 17 do 23 lat i okazuje się, że w czwórkę ledwo przekroczyli wiek jubilata. Nie chcą podawać swoich imion, gdyż dwóch z nich stara się jeszcze grać w piłkę w swoim klubie. Na potrzeby artykułu będę ich nazywał: Adam, Bolek, Czesiek i Darek. Imiona są przypadkowe i zaczynają się na pierwsze litery  naszego alfabetu. Nie ma muzyki i trunków, ale tym sposobem nasza rozmowa będzie bardziej merytoryczna.

 

 - Jan Wiśniewski - kiedy zaczęliście interesować się piłką nożną, a Orzeł stał się klubem, któremu jak twierdzicie kibicujecie od zawsze?

 

 - Czesiek jako najstarszy podaje, że trudno sprecyzować kiedy to się stało. Jedno jest pewne, na początku on grał w piłkę jako małe dziecko, a rodzice i rodzeństwo nie byli sympatykami sportu. Koledzy w przedszkolu bawili się razem z nim i to coraz bardziej mu się podobało. Rozmowy o piłce w domu spowodowały, że rodzice „wciągali się” w sport. A stąd już było blisko do klubu. Z kolei Darka tata kolegował się z kilkoma piłkarzami Orła i Darkowi imponowało, że może pochwalić się tym przed rówieśnikami, czyli sport, a zwłaszcza piłka w domu była od zawsze. Orzeł i reprezentacja Polski to są drużyny, którym kibicuje. Adam i Bolek podobnie opowiadają o piłkarskim Orle. Na przydomowych skwerkach uganiali się za piłką i nie wiedzą kiedy zaczęli chodzić na mecze. I jeden i drugi potrafił bez wiedzy rodziców dwie, trzy godziny być na boisku i patrzeć jak starsi grają. Adam już wtedy marzył, że zostanie piłkarzem. On podkreślał, że nie zawsze kończyło się to tylko burą. Obaj podkreślają, że ich postawa prosportowa spowodowała zainteresowanie sportem rodziców i w pewnym sensie rodzice dopingowali ich do zapisania się do Orła.

 

 - Co najbardziej utkwiło wam w głowach z początków „zaprzyjaźnienia się” ze sportem, a zwłaszcza z Orłem?

 

 - Adam mówił, że jak szedł do klubu, to dwie noce wcześniej nie spał, a i z jedzeniem były kłopoty. Tata, który szedł z nim razem na trening, cały czas go uspakajał. Z zajęć nie pamięta nic. Nawet nie wie kto był trenerem i kto z kolegów był z nim. Czesiek nie miał takich przebojów. U niego było to sukcesywne poznawanie smaku piłki i Orła. Darek dzięki swojemu tacie miał start ułatwiony. Jak przyszedł na boisko, to koledzy jego taty sprawili powitanie bardziej ojcu niż młodemu kandydatowi na piłkarza. Bardzo miło wspomina te nieodległe czasy. U Bolka też samoistne było „pokochanie” klubu. On nigdy nie chciał być piłkarzem. Siebie widzi jako kibica z krwi i kości. Uważa jednak, że na boisku prezentowałby się wcale nie gorzej od dużej części byłych i obecnych piłkarzy Orła, mając na uwadze z czasów kiedy pamięta.

 

- Czy funkcjonowanie szanownego jubilata uważacie za właściwe, mając na uwadze wyniki sportowe i organizacyjne klubu?

 

- Wszyscy czterej niezbyt chętnie wypowiadają się na tematy organizacyjne. Wiele wiadomości dociera do nich w różnych wersjach w zależności od tego, kto je przekazuje. Adam usłyszał w jednym dniu informację o tej samej sprawie w dwóch przeciwstawnych wersjach tak bardzo różniących się ze sobą, że można uznać, że przekazywali je wróg i sympatyk klubu. Sprawa dotyczyła trenerów w Piłkarskiej Akademii Orła. Czesiek napomknął, że takiej Akademii nie ma i tylko na papierze to ładnie wygląda. Z nim w zasadzie zgadzają się wszyscy rozmówcy. Gdyby było dobre szkolenie, to nie byłoby w klubie kłopotów z potencjalnymi piłkarzami w poszczególnych grupach wiekowych łącznie z seniorami. Bolek podkreślił, że seniorzy grają w kilku klubach poza Międzyrzeczem, a w rodzinnym mieście same pustki. Tłumaczenie trenera, że piłkarz nie nadaje się do jego koncepcji gry, świadczy o błędach szkoleniowych w klubie. Dlaczego my jako zawodnicy, którzy przeszli cały cykl szkoleniowy w jednym klubie dowiadujemy się, że tak się już nie gra. Tylko w poprzednim okresie szkolenia wmawiało się nam, że to co myśmy trenowali to najnowsze trendy piłki. W wielu przypadkach trenerzy uważają nas piłkarzy jako „…” i tutaj Bolek dokończył zdanie prosząc o jego niepublikowanie. Jedno jest pewne, zdanie zawierałoby więcej kropek niż liter. Z kolei o wynikach sportowych wypowiadali się chętnie, ponieważ wyniki meczów mówią same za siebie. Wyniki są bardzo złe. Czesiek mówił, że wynik to jedno, a sama gra to druga strona medalu. Oglądając mecz zza płotu widzi się wszystkie mankamenty drużyny. Z tym stwierdzeniem zgadzali się wszyscy. Ja ze swej strony dodałem, że w grze nie widać żadnej koncepcji gry. Zrozumiałbym, gdyby drużyna miała swój styl i przegrywała jeden czy dwa mecze, ale tylko szczęście sprawiło, że potrafiliśmy coś niecoś ugrać. Czesiek podkreślił jeszcze przypadek meczu z Budowlanymi Murzynowo, gdzie lider rozgrywek wystąpił częściowo w rezerwowym składzie, a wygrał bardzo wysoko (7:0) i w pierwszej części meczu pozwolił gospodarzom na przejście z piłką przez środek boiska tylko 1 raz (słownie jeden). Jeśli to ma być koncepcja trenera na prowadzenie drużyny piłkarskiej w klasie okręgowej to znaczy, że „ja nie rozumiem na czym polega piłka nożna” mówi rozmówca, a jemu zawsze powtarzali, że w piłce nożnej najważniejsze jest zwycięstwo.

 

- Czy jest szansa na lepszą grę, a jeśli tak, to w czym młodzi ludzie widzą największe rezerwy. Co trzeba zmienić , żeby sukcesy przyszły szybko?

 

- W tym momencie nastąpiła dłuższa przerwa i widać było, że patrzą na siebie i czekają kto rozpocznie pierwszy. Darek rozpoczął od stwierdzenia, że nie chodzi na początek o wielkie sukcesy. Trener powinien zrozumieć jedno. Każdy z nas piłkarzy gra dla przyjemności i ambitnie. Ambicja jest dopingiem do sukcesu. W większości przypadków albo uczymy się, albo pracujemy. Mamy swoje życiowe plany, a w nich też jest miejsce na sport. Nie może być tak, że trenerzy zmuszają nas do nieludzkiego wysiłku. Słowa trenera mówiące w takim razie o rezygnacji ze sportu też są nie na miejscu, a zdarzyło się to usłyszeć niejednemu piłkarzowi i takie uwagi usłyszeli zawodnicy doświadczeni, którzy w Orle zostawili kawał serca. Darkowi też zdarzyło się usłyszeć cierpkie słowa. Zachowanie innych rozmówców było wymowne. Były brawa. Pozostali potwierdzali co powiedział Darek, a Bolek podkreślał, że wielokrotnie nasłuchał się od kolegów takich opowiastek i myślał, że to zwyczajne bujdy. Jednak w okresie późniejszym przekonał się o prawdziwości tych opowiadań. Co do drugiej części pytania, to wszyscy widzą potrzebę zmian, ale każdy widzi to inaczej. Darek uważa, że sztab szkoleniowy mógł by pozostać ten sam, ale na początek każdy ze sztabu powinien zdać sobie sprawę, że piłkarze to też ludzie. Po wytłumaczeniu, że taki sposób treningu, powtarzam - po wytłumaczeniu - przyniesie efekty i można ćwiczyć. Wyzywanie mimo wszystko dorosłych chłopów nie jest metodą. Do Zarządu Klubu mam małe pretensje, że wiedząc o wszystkich sprawach szkoleniowych nic nie robi. Zaznaczył, że jest przekonany o wiedzy zarządu, a jeśli nie wie, to świadczy o słabej orientacji co się wokół klubu dzieje. Z takimi stwierdzeniami w całości zgadzają się pozostali. Bolek dodaje tylko, że tak mało działaczy włącza się w pomoc klubowi. Tutaj rozpoczęła się mała sprzeczka. Adam stwierdził, że do pomocy znaleźliby się chętni, ale musiałaby być płaszczyzna rozmowy, a nie ktoś powie swoje, a członkowie zarządu przekonani o swojej nieomylności nie biorą pod uwagę propozycji, nawet gdyby były najlepsze. Adam dziwi się, że w Zarządzie Klubu włącznie z prezesem są młodzi, ale młodości i porywu nie widać. Tutaj też widzę takie błędy. Zmiany w funkcjonowaniu muszą nastąpić. Co ciekawe, w takim stanie osobowym widzę możliwość nadejścia zmian. Przecież w rozmowach indywidualnych władze klubu są przekonane o potrzebie zmian, ale codzienność pokazuje trudności z ich  wprowadzeniem.

 

- Czy obchody jubileuszu klubu powinny być huczne?

 

- W większości dyskutanci uznali, że najlepszą formą uczczenia tak znaczącej rocznicy powinien być awans do wyższej klasy rozgrywek. Może to być opóźnione o rok a nawet dwa. Jednak musi być widoczna poprawa gry. Każdy rozmówca cieszy się z tego, że są kibicami tak zacnego klubu, a radość byłaby wielokrotnie większa, gdyby o piłkarskim Orle było słychać nie tylko w gorzowskiej części województwa lubuskiego. Z moich osobistych wspomnień były to odległe czasy, ale to była prawda, że Orzeł Międzyrzecz znany był kibicom piłki nożnej w większej części kraju. Czesiek mówi, że nie wrócą te lata, te lata szalone, chociaż kto wie.

 

- Co musi się stać, żeby te lata wróciły?

 

- Zgodnie odpowiada trzech młodych kibiców. Musiałoby nastąpić przewartościowanie władz miasta i międzyrzeckiej finansjery, jeśli taka istnieje w stosunku do sportu. Czwarty kolega jest odmiennego zdania. Uważa, że gdyby był jeden sponsor strategiczny, który zaufałby działaczom, to wtedy mogłoby coś z tego być. Oczywiście każdy ma swoją wizję, ale znając realia naszego miasta wszystko jest możliwe oprócz sponsorowania sportu na miarę oczekiwań kibiców. Moi rozmówcy jednak wierzą, że kiedyś dojdzie do cudu nad Obrą i międzyrzecki sport wydźwignie się co najmniej na średnie poziomy. Bolek uważa, że zgodnie z częścią działaczy w międzyrzeckiej piłce jest dobrze, ale zastanawia się zarazem, że jak jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle. Najlepszą oceną są wyniki, te nie są wielkie. Mając na uwadze szumne zapowiedzi przed sezonem, ta słabość jest jeszcze bardziej widoczna.

 

- Czy chcielibyście wytypować drużynę marzeń 75- lecia klubu?

 

- Adam ocenił, że jest za młody, a historia klubu jest mu stosunkowo mało znana. On mógłby powiedzieć o swoich latach, a to by było krzywdzące dla piłkarzy z wcześniejszych pokoleń. Bolek, Czesiek i Darek początkowo wymieniali swoich kandydatów, ale po tak przekonywującej wypowiedzi Adama uznali za słuszne takie postawienie sprawy. Trudno porównać też piłkarzy grających w tej samej dyscyplinie, a jakże się różniącej. Piłka sprzed pół wieku, a dzisiejsza - tylko z nazwy jest taka sama. O słuszności naszych krytycznych ocen większość kibiców będzie mogła przekonać się już wkrótce, gdy boisko w Międzyrzeczu będzie dostępne dla kibiców - mówią zgodnym chórem młodzi.

 

 Rozmowa nasza toczyła się jeszcze długo, ale nie było już atmosfery kibicowskiej. Na pytanie czy moglibyśmy spotkać się za kilka miesięcy odpowiedziałem, że tak i wcześniej powiadomię młodych kolegów o terminie. Obiecują gruntowne przygotowanie się do dyskusji. Podsunęli też pomysł rozmów z działaczami i sztabem szkoleniowym. Na pytanie dlaczego nie chcieli podać swoich danych osobowych stwierdzili, że na dzisiaj nie byli przygotowani na taką rozmowę. Zapewniłem ich, że dołożę wszelkich starań, żeby doszło do takiego spotkania. Dziękuję za dyskusję czterem kibicom, a zarazem dwóm piłkarzom za podzielenie się spostrzeżeniami dotyczącymi naszego sędziwego jubilata.

 

                                                                                           Jan Wiśniewski

   

DŁUŻEJ W POWIETRZU CZY NA BOISKU?

 

Oto jest pytanie…

 

Przed paroma miesiącami pozwoliłem sobie na artykuł „Żużel jest po prostu nudny”, którym wywołałem sporo emocji i dyskusji wśród fanów tej dyscypliny na tematy w nim poruszane. Teraz ze względu na zbliżające się milowymi krokami piłkarskie Mistrzostwa Europy chciałbym poświęcić nieco uwagi temu wydarzeniu. Kiedy zasiadłem nad klawiaturą laptopa, aby rozpocząć pisanie tego tekstu UEFA podjęła wreszcie decyzję dotyczącą gospodarzy, gdzie rozgrywane będą mecze tegorocznych mistrzostw. Polskich kibiców interesowało głównie to w jakich miastach w fazie grupowej przyjdzie grać naszej reprezentacji i czy będzie tak jak wcześniej zakładano - Bilbao i Dublin, czy też inne miasta. Kierunek hiszpański pozostał zachowany, lecz zamiast w Bilbao leżącym na północy Hiszpanii, polscy piłkarze rozegrają swój mecz w Sevilli, skąd będą mieli już tylko „żabi skok”, by odwiedzić i pozwiedzać Gibraltar. Ale przed wypadem na Półwysep Iberyjski nasi reprezentanci wybiegną wpierw na boisko w Sankt Petersburgu, gdzie przyjdzie im rozegrać pierwsze spotkanie grupowe. Oba miasta drogą lądową dzieli blisko 4500 kilometrów, pokonując zaś tę trasę drogą lotniczą, a wiadomo, że ta opcja jedynie wchodzi w rachubę, to już o tysiąc kilometrów mniej. Dlatego postawione na początku pytanie - „dłużej w powietrzu czy na boisku?” uważam za sensowne. A dlaczego?  Ponieważ nastąpiła zmiana gospodarzy meczów, PZPN zmuszony został do wybrania nowego ośrodka, w którym kadra Paulo Sousy zakwaterowana będzie w okresie przygotowań do mistrzostw. Ostatecznie będzie nim wielkopolska Opalenica, a w przypadku „bazy wypadowej” na czas naszego udziału w imprezie padło na Sopot i Gdańsk z uwagi na lotnisko. Swój pierwszy mecz polska kadra zagra w poniedziałek 14 czerwca w Sankt Petersburgu ze Słowacją, pięć dni później, w sobotę 19 czerwca w Sevilli ich rywalem będą Hiszpanie, a w środę 23 czerwca nasi reprezentanci ponownie wybiegną na murawę stadionu w Sankt Petersburgu, by ze Szwecją rozegrać swoje trzecie spotkanie grupowe. Uwaga! ze względu na to, że na każdy z tych meczów grupowych polska reprezentacja wybierać się będzie osobno, no to się nasi piłkarze „nalatają” i do tego właśnie odnosi się pierwszy człon tytułu. Nie jestem w stanie zsumować ile godzin przyjdzie im spędzić w powietrzu, ale z tego wynika, że Polacy zmuszeni zostali do pokonania największej odległości spośród wszystkich uczestników turnieju. Na tym nie koniec, bo pomimo że będą to loty czarterowe pozbawione zbędnych odpraw, pamiętać należy o czasie dojazdu z hotelu na lotnisko i w obu miastach z lotniska na stadion, więc to w sumie czasu poświęconego przez naszą kadrę na podróżowanie trochę się uzbiera. A teraz muszę poświęcić kilka zdań drugiemu członowi tytułu czyli jaki czas polska kadra ma spędzić na boisku, bo według mnie warto się nad tym chwilę zastanowić. W trakcie mistrzostw pewne jest jedynie to, że trzy mecze grupowe zapewnią kadrze P. Sousy przebywanie na zielonej murawie bez czasu doliczonego przez cztery i pół godziny, ale czy będzie go więcej - oto jest pytanie. Osobiście uważam i tu na pewno narażę się grupie fanów futbolu, rywale nie pozostawią nam najmniejszych złudzeń i na fazie grupowej polska reprezentacja zakończy swój udział w piłkarskich  Mistrzostwach Europy. Czytelnik, który mnie zna, może zapytać skąd się wziął mój negatywny stosunek i dość chłodna ocena wartości polskiej reprezentacji, jeżeli sam przez lata byłem związany z piłką nożną jako zawodnik, trener i działacz klubowy. No, może dlatego, że piłce nożnej przyglądałem się i przyglądam z różnych perspektyw, i nie wpadam jak czyni to wielu w hurraoptymizm, bo mamy w drużynie Roberta Lewandowskiego, a ja zapytam no i co z tego wynika? Na boisko wybiega przecież jedenastu zawodników plus ławka rezerwowych i tu widzę potrzebę spokojnej i realistycznej oceny wartości polskich piłkarzy. Wprawdzie sztab szkoleniowy w czasie mistrzostw z uwagi na COVID będzie miał do dyspozycji aż 26 zawodników, ale skąd ich wziąć. Teraz pozwolę sobie na krótką prywatną ocenę klasy naszych reprezentantów, z którą nie każdy czytający ten tekst musi się przecież zgodzić. Z pary bramkarzy Łukasz Fabiański (West Ham) i Wojciech Szczęsny (Juventus) wyżej cenię tego pierwszego m. in. za grę na przedpolu, drugiemu zbyt często zdarza się puszczanie tzw. „baboli” zarówno w kadrze jak w ostatnim meczu z Węgrami, czy w rozgrywkach klubowych. Linia obrony: Bartosz Bereszyński (Sampdoria) daleko mu do klasy Łukasza Piszczka, Jan Bednarek (Southampton), gdy oglądam mecze z jego udziałem zawsze zamykam oczy kiedy walczy o piłkę, w obawie, że będę świadkiem jak uszkodzi rywala; Kamil Glik (Benevento) lata świetności ma za sobą, Maciej Rybus (Lokomotiw) szkoda, że nie może się sprawdzić w silniejszej lidze i Arkadiusz Reca (FC Crotone) choć niewielki, ale plus przy jego nazwisku. Linia pomocy: Mateusz Klich (Leeds) ma charakter i umiejętności, by zostać podporą kadry, Jakub Moder (Brighton & Hove) – jest pytanie czy potrafi należycie wykorzystać swój talent, Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw) - jego wolę w formie, jaką prezentował grając w „Sevilli”, Piotr Zieliński (SSC Napoli), gdybym to ja miał decydować, to nie powoływałbym go do kadry, bo nie lubię „lalusi” w sporcie, Kamil Jóźwiak (Derby County) ma dużą szansę załapać się do podstawowej „11 - tki”. Napastnicy: pominę R. Lewandowskiego, bo to klasa sama w sobie, Arkadiusz Milik „Olimpique”  - kiedy widzę jak gra, zawsze żartuję, „że prawą nogę to on ma tylko do wsiadania do tramwaju”, Krzysztof Piątek (Hertha BSC), może gdyby zmienił formę i styl poruszania się po boisku to miałby szansę stać się...,

a na koniec pozostawiłem nazwisko mojego „ulubieńca” Kamila Grosickiego (West Bromwich) - jak raz przeczytałem, że jest on podporą polskiej kadry, to po prostu ze śmiechu spadłem z krzesła! I gdybym to ja miał prawo wyboru, to zamiast niego wolałbym Jakuba Błaszczykowskiego z Wisły.

Tak ostatnio prezentował się „szkielet” narodowej drużyny i mało kto miał szansę zaburzyć ten schemat, ale ja nie tylko na to chciałem zwrócić uwagę. Ktoś może zapytać, czy mam podstawę, by w tak chłodny sposób ocenić piłkarską wartość polskich piłkarzy, to odpowiem, że tak, gdyż dzięki przekazom telewizyjnym mam na co dzień możliwość przyglądać się, co oni wyprawiają w zagranicznych ligach. Dlatego ciekaw jestem ilu czytelników jest zorientowanych na jakim poziomie i w jakich ligach krajowych wymienieni przeze mnie piłkarze rozgrywają swoje mecze, lub też przesiadują na ławkach rezerwowych, a wielu z nich to i na trybunach,  i w jakiej sytuacji tuż przed zakończeniem rozgrywek znajdują się ich kluby. Nie będzie ich chyba wielu i tym właśnie różnimy się w ocenie wartości polskiej reprezentacji.

 Na koniec dodam jeszcze jak polski futbol oceniają międzynarodowe organizacje FIFA i UEFA. Według rankingu FIFA z 7 kwietnia br. polska reprezentacja zajmuje 21 miejsce, nasi rywale grupowi Hiszpanie - 6 miejsce, Szwecja - 18 miejsce, a drużyna Słowacji miejsce 36. W ocenie wartości krajowych rozgrywek przez UEFA - na 1 miejscu plasuje się Hiszpania, na 22 miejscu Szwecja, miejsce 30 przypada Polsce, a Słowacja zajmuje 32 miejsce. Teraz szacując szanse polskich piłkarzy na piłkarskich mistrzostwach proponuję wziąć to wszystko pod uwagę.  

 

I już ostatnie zdanie, obym się mylił co do wartości podopiecznych Paulo Sousy i co do wyniku,

 jaki  reprezentacja Polski osiągnie na tegorocznym EURO.  

 

Jerzy Rudnicki

 

   

MÓJ „WINGS FOR LIFE WORLD”

 

Debiut mam za sobą…

           

Dwukrotnie na łamach „Powiatowej” poruszałem już temat tego fascynującego wydarzenia jakim jest „Wings for Life World”. Przed dwoma laty opisałem swoje wrażenia z pobytu w Poznaniu, gdzie byłem  świadkiem zmagań uczestników imprezy, której szczytnym celem jest zbiórka środków na badania nad rdzeniem kręgowym. Na własne oczy widziałem wówczas niepełnosprawnych  poruszających się jedynie dzięki konstrukcji zwanej „szkieletorem” i łzy spływały mi po policzkach z podziwu dla ich walki i chęci powrotu do samodzielności. Ale nie tylko te osoby przykuły wtenczas moją uwagę, albowiem wśród blisko ośmiu tysięcy uczestników można było zauważyć jeszcze wiele kobiet i mężczyzn z innymi problemami zdrowotnymi, dla których już sama decyzja o udziale w biegu była dużym wyzwaniem. Zastanawiałem się wtedy, jakim jest się „szczęściarzem”, gdy do życia (tu mam na myśli samodzielne poruszanie), nie potrzebujesz zbytniej pomocy, gdyż sam dajesz sobie radę. Jednak nie rozważałem wówczas swojego udziału w kolejnej imprezie. Kiedy kończyłem wspomniany artykuł, złożyłem zaproszenie na siódmą edycję „Wings for Life World” jaka miała się odbyć w stolicy Wielkopolski 3 maja 2020 r. Niestety, z wiadomych przyczyn z wyjazdu do Poznania nic nie wyszło, gdyż pandemia pokrzyżowała plany organizatorom i zmusiła do zmiany formy biegu. Uczestnicy musieli startować indywidualnie z „aplikacją” i Adamem Małyszem jako wirtualną metą, a ja dzięki synowi Bartkowi i synowej Megi, którzy zdecydowali się na tę opcję biegu, mogłem po raz drugi towarzyszyć im, co opisałem w ubiegłym roku w czerwcowym wydaniu naszego miesięcznika. Cel jak co roku był ten sam, ale jakże inne były moje odczucia i wrażenia.

 Od tamtego wydarzenia minął prawie rok i przez ten okres nie rozmawialiśmy w rodzinie o kolejnej edycji „Wings for Life World”, aż do dnia kiedy wyżej wspomniana para oznajmiła, że złożyła akces do imprezy, która miała odbyć się w niedzielę 9 maja. Podjąłem decyzję, że ja muszę dołożyć „cegiełkę” do tak szczytnego celu i wystartować w tegorocznym biegu. W moim przypadku forma „bieg” to duża przesada, gdyż stan zdrowia na to mi nie pozwala, ale postanowiłem wystartować o „kijkach”. Ważny bowiem miał być przecież mój udział, a nie styl jaki będę prezentował. Dzięki Bartkowi pojawiłem się na liście startowej z numerem 92371. Żałuję tylko jednego, że zbyt późno zdecydowałem się na start, ponieważ okolicznościowa koszulka „przeszła mi przed nosem”. Z mojego startu zrobiło się duże rodzinne wydarzenie, albowiem specjalnie na tę okoliczność zjechał do Międzyrzecza młodszy syn Piotr ( 2019 r. brał udział w biegu w Poznaniu) z wnukami Nadią i Maksiem, do grona moich fanów dołączyła też żona Danuta, która przez cały dzień bacznie przyglądała się moim poczynaniom. Tak jak w roku ubiegłym jako miejsce startu wybraliśmy parking przed „Suszarnią” i  punktualnie o trzynastej wyruszyliśmy, by walczyć z dystansem i czasem w ramach ósmej edycji „Wings for Life World”. Tuż po starcie Bartek dosyć szybko pokazał mi plecy i pobiegł swoją drogą, Megi zdecydowała się na dukty leśne, a ja zaś krok po kroku zacząłem poruszać się w kierunku wsi Święty Wojciech i dalej drogą szutrową na Wojciechówek starając się przy tym zachować równe tempo, co w tym dniu wcale nie było takie łatwe, bo pogoda wcale nie była naszym sprzymierzeńcem. Dużą ciekawostką dla mnie jako debiutanta były komunikaty, jakie już od startu pojawiły się w słuchawkach i docierały w czasie marszu. Wirtualny obserwator moich poczynań już na początku poinformował i pogratulował, że jestem jednym z wielu, którzy na całym świecie biorą udział w imprezie i pochwalił moją postawę. Jeżeli na początku mojej przygody było to dla mnie sporą niespodzianką i miłą dla ucha, ale z upływem czasu zaczęło budzić pewien niepokój, gdyż sił powoli zaczęło ubywać, a tu jeszcze w słuchawkach na dodatek pojawił się głos A. Małysza z informacją, że za chwilę rusza za mną w pogoń Porsche Taycan Crossem! W trakcie kolejnych minut mojej walki z własnymi słabościami pojawiały się też komunikaty o pokonanym już dystansie, co mnie wówczas bardzo cieszyło, ale po chwili nasz słynny sportowiec studził moje emocje przekazem, że już jestem w zasięgu jego wzroku i nalegał  na „podkręcenie” tempa, bo niebawem mnie dopadnie. W końcu zrealizował swój zamiar, albowiem oznajmiono mi, że meta mnie dogoniła i zakończyła się moja przygoda z „Wings for Life World”. Dzisiaj, kilka dni po imprezie, gdy piszę ten tekst, z sentymentem wspominam owe przekazy i powiadomienia, i z uśmiechem podchodzę do momentów, kiedy zaczęło brakować mi śliny i język wysychał, a nogi poczęły powoli odmawiać posłuszeństwa, on przez słuchawki rozbrajającym głosem informował mnie, że jest tuż za moimi plecami! Przyznam, że wcześniej miałem inne odczucia.   

A co do samej imprezy - rywalizacja sportowa może jest, ale schodzi na drugi plan, gdyż każdy, kto zdecydował się wziąć udział w tym niecodziennym biegu, walczy głównie ze sobą, z problemami zdrowotnymi i słabościami. Ja się cieszę, że debiut mam za sobą i kolejnego „Wings for Life World” już nie odpuszczę. Dziękuję też mojej rodzince za okazaną pomoc i wsparcie.

PS  W ósmej edycji „Wings for Life World” wzięło udział 184.236 osób w 195 krajach, Polacy byli trzecią najliczniejszą nacją w świecie wśród uczestników biegu. W sumie zebrano 4,1 miliona euro na badania nad rdzeniem kręgowym. Kolejna edycja zaplanowana została jest na - niedzielę 8 maja 2022r.

 

Jerzy Rudnicki  

   

333eść,

 

Pierwsze zawody w tym sezonie zali333one! Było ciężko, ale było warto... brakowało mi tego uczucia! Adrenalina, bicie serca, dreszczyk emocji... uwielbiam!

               Zaliczyłam same 333yste przejazdy, zawsze meldując się o 333asie na punkcie kontrolnym, mimo że noga przypominała co jakiś czas o sobie. Niestety, podczas 2 kółka zaczęło mocno padać, na dojazdówce zaliczyłam groźny upadek … Wstałam i próbowałam jechać mimo wszystko, ale niestety ból nie pozwolił mi kontynuować. Mimo to, jak na odnowioną kontuzję i tak krótkie przygotowanie do zawodów, jestem zadowolona, jazda sprawiała mi ogromną przyjemność... tęskniłam za tym!

 Dziękuję za 333manie kciuków i wsparcie na trasie!  Był to mój pierwszy start w barwach jednego z najlepszych klubów w Polsce KTM Novi Korona - dziękuję za przyjęcie mnie pod swoje skrzydła!

Motul Polska

Fox Racing Polska

Pawel Szkopek #19 #SZKOPEKteam

Łowisko 333 Popowo

Dobre Sklepy Motocyklowe

Husqvarna Motorcycles

Apex Clan

 

Pozdrawiam,

Dominika 333 Orlik

 

   

 

 

 

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.