Do przemyślenia…

            - PREZENTY. Różne prezenty znalazły się pod choinką i jak zwykle, nie wszystkie cieszyły obdarowanych. Tańsze lub droższe, bardziej lub mniej pomysłowe – miały jednak cieszyć. I chociaż wiemy, że ubrania cieszą dzieci tak samo jak szpinak na obiad, to już nie bardzo wiemy co kupować, bo nie nadążamy za nowościami dla pociech. No i czasem lepiej nie obdarowywać kobiet, które nie lubią kupować kolejnych bluzek, swetrów i spodni - kartami podarunkowymi, bo to też kłopot z ich realizacją. Najlepiej byłoby zrezygnować z prezentów, ale w gorącym okresie przedświątecznym wszystkich ogarnia prezentomania i dopiero w styczniu zaczynamy myśleć, co zrobić z nieudanym prezentem.

            - SZCZEPIENIA TRWAJĄ. Wcześniej – podwójnie zaszczepieni w przychodni Medi – Plus Świadczenia Medyczne w Bledzewie – w listopadzie skorzystaliśmy z możliwości przyjęcia trzeciej dawki w hali MOSiW, gdzie w każdą sobotę szczepi „nawet z marszu” bledzewska ekipa. Sprawnie, szybko, bezboleśnie. Zauważyłam wielu młodych ludzi, którzy przyszli po raz pierwszy się zaszczepić, bo zrozumieli, że ratują nie tylko swoje życie. Mam nadzieję, że konieczność szczepień zrozumieją np. dostawcy gazu czy sprzedawcy w sklepach i na targowiskach, którzy są zagrożeniem dla zaszczepionych. Jest epidemia, jest projekt ustawy, który czeka na złożenie, procedowanie i wejście w życie – może wtedy antyszczepionkowcy zmądrzeją i przestaną mówić takie głupoty, że ręce opadają i skóra cierpnie.

            - PROFILAKTYKA W ODWROCIE. Miało być tak dobrze, a jest jak zwykle. Profilaktyka prozdrowotna to marzenie o normalności. W pismach dla kobiet jest dużo porad zakończonych koniecznością udania się do specjalisty. Tylko że kolejki do specjalistów w Międzyrzeczu na NFZ są wielomiesięczne. Do rejestracji szpitalnej nie można się dodzwonić, bo albo numer zajęty, albo nikt nie podnosi słuchawki. Międzyrzeczanie mogą iść do szpitala, żeby się zarejestrować, ale co mają robić mieszkańcy powiatu, którzy tracą dzień (pracy) na dojazd, żeby się dowiedzieć, że nie mają szans na wizytę u lekarza, a w ogóle to nie wiadomo co będzie po nowym roku. Więc jak słyszę PROFILAKTYKA, to ponury śmiech mnie ogarnia. A o tym, że nie można się dodzwonić do rejestracji pisałam już kilka razy. Zmieniają się prezesi, a to się nie zmienia. Ale coś drgnęło – schody z piwnicy, gdzie przyjmują ortopedzi - do RTG na piętrze – zostały oświetlone. Też o tym pisałam. Tylko jeszcze korytarzyk jest ciemny i trzeba mieć latarkę w komórce. Co mają zrobić pacjenci o kulach? To nikogo nie obchodzi. A w ogóle to dziwne, że nie ma wewnętrznego przejścia z piwnicy do Rentgena. No i jeszcze jedno – w szpitalu przyjmują  kardiolodzy, przed wizytą pacjent powinien mieć zrobione EKG, ale nie ma takiej możliwości, bo aparaty nie działają. Pan prezes jest bardzo miły i sympatyczny – tak mówią wszyscy pracownicy – może więc coś zmieni się w sprawie rejestracji i mroki się rozjaśnią, a aparatura będzie działała. Zawsze trzeba mieć nadzieję.

- GEORGE ORWELL Rok 1984 - ciekawe, jak długo jeszcze ta fascynująca książka będzie lekturą. Departament Prawdziwych Komunikatów z powieści staje się faktem. Pełne podporządkowanie i brak możliwości obrony. Strach się bać.  

            - LAS VEGAS też w Międzyrzeczu. Już od kilku lat na ulicy Kazimierza Wielkiego pod numerem 50 (dawniej Waszkiewicza) jest piękna kolorowa dekoracja świąteczna, dzieło pana Michała. Podziwiamy.

            - 30 FINAŁWOŚP - 30 stycznia 2022 roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagra dla zapewnienia najwyższych standardów diagnostyki i leczenia wzroku u dzieci. Polacy, do puszek!

             Na ten nowy 2022 rok  

             Moje kochane Koleżanki i Koledzy po piórze – niech Was nie opuszcza literacka wena i chęć szukania dobrych tematów, niech Wam los sprzyja i choroby omijają, bo jeszcze tyle przed nami. Nasz drogi wydawco Romku, miły panie Janku z drukarni AKSEL, Wojtku, który świetnie rozumiesz komputer i mój wspaniały mężu Michale – bez Was nie byłoby kolejnych numerów Powiatowej.

Ale gdyby nie było Czytelników – to … nawet nie mogę sobie tego wyobrazić.

Dziękuję za to, że jesteście!   

 

Izabela Stopyra

redaktor naczelna

 

 

***

Ważna rozmowa niedokończona

tłucze się w myślach list nienapisany

jeszcze nie dzisiaj - jeszcze nie pora

znowu siebie rozgrzeszamy.

 

Dawne marzenia trochę przygasły

był już gotowy jakiś plan

cierpliwie czekają na swoją kolej

jeszcze nie teraz - jeszcze nie czas.

 

Kolejny rok mija bezpowrotnie

znów mamy plany i pęd ku nowemu

i obietnice że będzie inaczej

i wszystko zostaje po staremu.

 

To właśnie teraz - to jest ta pora

spełniajmy marzenia drzemiące w nas

nie odkładajmy życia na potem

przekonani - że mamy czas.

 

By w Nowym Roku

każdy spełnić mógł marzenia

by wszystkim czas spokojnie mijał

by szczęścia mógł doświadczyć każdy

by dobry los nam wszystkim sprzyjał.

 

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

Halina Relich

 

 

   Z Adamem Woronowiczem

 rozmowa o rolach filmowych, o życiu i jego wartościach

         O wszechstronnym talencie pana Adama świadczy fakt, że potrafi tak samo doskonale zagrać okrutnego pułkownika Wasilewskiego w Czasie honoru, bezwzględnego Artmana w Diagnozie jak i błogosławionego Popiełuszkę czy Kolbego. Oglądając filmy z Adamem Woronowiczem zawsze się zastanawiałam, którego z granych przez niego bohaterów jest w nim najwięcej. Intuicja mnie nie zawiodła…

         - To dla mnie prawdziwy zaszczyt móc z panem porozmawiać. Jak trafił pan na spotkanie z międzyrzecką publicznością?

         - Wszystko zaczęło się od Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego. W związku z rocznicą powstania powstał projekt czytania Białoszewskiego i z tym pomysłem przyjechałem do Ińska. Tutaj na pomoście wieczorem czytałem fragmenty tej pięknej książki i tutaj poznałem Tomka, który zaproponował mi spotkania z widzami na terenie województw zachodniej Polski. W ten sposób Tomek stał się moim menedżerem w tym regionie, a ja zacząłem jeździć na spotkania z ludźmi. Cały czas jesteśmy w drodze, jak tabor cygański. Dziś w Międzyrzeczu w związku z projekcją filmu Zupa nic.

         - Czym jest dla pana bezpośredni kontakt z widzami?

         - Jest on nieodzowny, niezbędny dla każdego aktora, bo przecież to dla widza tworzymy nasze role. Krystyna Janda powiedziała kiedyś, że ten kontakt z ludźmi i nasza obecność na spotkaniach z widzami jest naszym obowiązkiem i nie możemy tu stroić żadnych fochów. Musimy się z naszą publicznością spotykać w miejscach, gdzie ta publiczność żyje i pracuje.

         - Publiczność pana kocha, mimo że role przez pana grane są bardzo kontrowersyjne, żeby nie powiedzieć, że to postacie złe. Jak można kochać Artmana, pułkownika Wasilewskiego czy genetyka z Kodu genetycznego?

         - W każdej z tych granych przeze mnie postaci jest coś dobrego. Np. Wasilewski to człowiek, który kocha Lenę i jej dziecko. Typowy człowiek systemu, ale niepozbawiony uczuć. Z kolei Artman - kiedy zacząłem czytać scenariusz to pomyślałem sobie, że w ostatnim sezonie para bohaterów powinna się zejść i wziąć ślub. Artman jest profesjonalistą w swoim zawodzie, kocha dzieci i jest w stanie dla nich zrobić wszystko. Z kolei postacie z tzw. „półki duchownych” pokazują, że w każdym człowieku jest pewna duchowość, mamy potrzebę odkrywania tej duchowości, bo ona jest w nas bez względu na wszystko. Uważam, że tylko duchowość może nas ocalić w tym zwariowanym świecie. Dzisiaj łatwo o hejt, złe słowo. Język publiczny jest coraz bardziej kloaczny. Każdy ma prawo mieć własne zdanie, ale ma też możliwość wyrażenia tego zdania w sposób kulturalny.

- Jakie znaczenie mają dla pana słowa „Człowieka łatwiej zranić niż przytulić”?

         - Dzisiaj jeszcze bardziej podpisuję się pod tymi słowami, bo mam wrażenie, że są jeszcze bardziej

aktualne i ważne, bo nigdy wcześniej nie było tak łatwo człowieka skrzywdzić, jak dziś. Sprzyjają temu media i środki masowego przekazu, gdzie hejt rozlewa się jak morze.

        

         - Zawsze myślałam, że w panu jest więcej z Popiełuszki niż z Artmana, czułam, że jest pan dobrym, wrażliwym człowiekiem i myślę, że na tym polega geniusz pana aktorstwa.

         - Zawsze łatwiej jest grać złego człowieka, bo umiemy zakładać maski, bo to prostsze niż bycie sobą. Te złe postacie grane przeze mnie są niczym wobec ludzi żyjących w rzeczywistości, w której człowiek niszczy człowieka latami. Łatwiej jest grać złe postacie, bo po pierwsze każdego ciągnie zawsze w ciemną stronę życia, a po drugie prościej i efektowniej jest biegać po scenie z bejsbolem niż z kwiatkiem. Jednak w te trudne, złe postacie trzeba wrzucić serce, to serce odrzucone, podeptane, a nie przytulone.

- I to serce, które pan wrzuca w te postacie powoduje, że widzowie są rozdarci, a oceny bohaterów nie

 są jednoznaczne. Jakie sceny z filmowe zostaną w pana pamięci?

- Na pewno ostatnia scena z udziałem pułkownika Wasilewskiego w Czasie honoru. Podjeżdżamy na

Żoliborz i pułkownik zostaje śmiertelnie postrzelony przez Bronka - Maćka Zakościelnego, ale ostatkiem sił strzela do Janka i zabija go. Do tej sceny byłem przygotowany przez kaskaderów - pod mundurem miałem spłonkę z farbą, która miała wybuchnąć imitując krew. Ta spłonka wybuchała uruchamiana przez kaskadera, ale order, który miałam przypięty na mundurze tak podskoczył, że wbił się i został w tej ranie. Upadając widziałem tylko ten order wbity w ranę - niesamowita historia. Bardzo lubiłem Wasilewskiego, uwielbiałem grać Artmana, który budził skrajne emocje, ale ludzie go lubili. On niósł potencjał dużej energii, która przyciągała ludzi. Jeśli chodzi z kolei o rolę Popiełuszki, to jest dla mnie bardzo ważna, bo to pierwsza moja tak duża rola filmowa. 70 dni spędziłem na planie i nagle uświadomiłem sobie, że ja w tej charakteryzacji, w tej sutannie zacząłem być sobą na tym poziomie, na którym jestem. Wiedziałem, że jest to postać niezwykle charyzmatyczna i rozpoznawalna. Ten człowiek był dobry i uczciwy. Zrozumiałem wtedy, gdy rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali, że współczesnemu człowiekowi potrzebne są bezinteresowne gesty i autorytety, dla których jest ważne BYĆ a nie MIEĆ…

 

- Jak pan, człowiek tak wrażliwy, znajduje się we współczesnym świecie?

- Już prawie 30 lat uprawiam ten zawód, dużo się w moim życiu już stało, jestem wdzięczny losowi za

wszystko. Ale ciągle szukam. Cieszę się każdą rolą. Wszystkim nam brakuje słońca i jesteśmy trochę zmęczeni. Niepokoją mnie te napięcia, które są w nas, te skrajne uczucia, antagonizmy. Mam wrażenie, że pod tym niebem coraz ciężej się nam wspólnie żyje. Chciałbym żebyśmy więcej się do siebie uśmiechali i byli wobec siebie życzliwi.

- Dziękuję. Poznałam wspaniałego, wrażliwego człowieka i doskonałego aktora. Życzę panu z całego

serca spokoju ducha i radości ze spotkań z widzami.

- Ja również dziękuję za rozmowę, był to dla mnie zaszczyt, a widzom życzę wielu wrażeń podczas

oglądania filmu Zupa nic.                                 

Film obejrzałam, ze śmiechu i wzruszenia płakałam, a widzowie przez prawie 2 godziny zadawali panu Adamowi pytania i dyskutowali o jego rolach. Wiem, że było to ważne dla wszystkich wydarzenie.

 

Mariola Solecka



 

NASZE BABCIE KRESOWIANKI

Babcia - już samo słowo wywołuje uśmiech i wzruszenie. Babcie dawały  nam radość, umilały szarą codzienność, kochały miłością niezwykłą i bezinteresowną. Zawsze miały dla nas czas, były cierpliwe, oddane, serdeczne. Były - „lekarstwem na każde zło”- przytulały, ocierały zapłakane oczy, czyściły zakatarzone noski, bandażowały potłuczone kolana, obmywały zabrudzone twarze. Babcie były wyrozumiałe i troskliwe. To były takie nasze szczęścia. Z nimi czułyśmy się bezpiecznie, one dbały o nasze żołądki, pamiętały o naszych ulubionych potrawach i smakołykach. Babcie to sama niezwykłość i dobroć. „Dobrych ludzi nikt nie zapomina”- pisała Safona.

Wspominamy więc nasze babcie, kobiety z kresową przeszłością

 Babcia Doroty Świerzko – Magdalena - urodziła się w Podhajcach, w województwie tarnopolskim. Po zamążpójściu zamieszkała w Wiśniowczyku i tam spędziła wiele lat swojego pracowitego życia. Tam też urodziła siedmioro dzieci, pięciu synów i dwie córki. W Wiśniowczyku przeżyła trudne i niebezpieczne lata wojenne. Synowie, z wyjątkiem najstarszego, walczyli na wojnie. Szczęśliwie wszyscy ją przeżyli. Natomiast najstarszy jeszcze w latach przedwojennego kryzysu ekonomicznego wyjechał do Argentyny „za chlebem”. Babcia Magdalena – wspomina Dorota, przeżyła dużo strachu i lęku oraz wszelkich obaw o życie dzieci, zwłaszcza synów. I to zapewne miało jakiś wpływ na jej serce, bo trapiły ją w starszym wieku kardiologiczne dolegliwości. Moja babcia – mówi Dorota – była najlepszą babcią na świecie, taką prawdziwą babcią. Pamięta ją doskonale, chociaż miała 6 lat, gdy babcia zmarła. Utrwaliła się w jej pamięci dobroć babci, jej radość życia, serdeczność i zamiłowanie do podróżowania. Babcia Magdalena z kresów przyjechała do Trzciela i mieszkała z najmłodszą córką oraz jej rodziną. Dorota była jej najmłodszą wnuczką. Ze wzruszeniem mówi o babcinych potrawach, wypiekach, o jej kresowych opowieściach. Do dzisiaj pamięta smak wspaniałych bułeczek i drożdżowego makowca, barszczu z kiszonych buraków i nadzwyczajnych gołąbków. Dzieciństwo Doroty to także babcine wspomnienia o „ziemi utraconej”, o pięknie Wiśniowczyka, Strypy, Podhajec. Do babci Magdaleny przychodziły koleżanki również pochodzące z Kresów i wspominały – „tamte lata co minęły”, a mała Dorotka siadała na stołeczku i słuchała tych niezwykłych opowieści. I to było piękne, prawie bajkowe. Babcia w długiej spódnicy i w zapasce w haftowane bratki z kresową gościnnością częstowała kumoszki „tym, czym chata bogata”. Dla wnuków także zawsze miała cukierki, orzechy, coś smacznego. Miała również czas, aby haftować, szydełkować i wyrabiać cudeńka na drutach. Taka była babcia Doroty – kochana, podtrzymująca silne więzi rodzinne i tradycje kresowe. Tą  miłością do Kresów zaraziła swoją wnuczkę – Dorotę.

Natomiast babcia Wioletty Fabian – Maria - pochodziła z Borek Małych w województwie tarnopolskim. Miała pięcioro dzieci, dwóch synów i trzy córki. Po wojnie zamieszkała w Dzietrzychowicach koło Żagania. Tam wraz z mężem prowadziła duże gospodarstwo rolne. Wioletta do babci jeździła na święta i na każde wakacje. Były to więc radosne, pełne niezwykłych wrażeń i smaków letnie miesiące. Wioletta pamięta chleb babci, który był pieczony w piątek na cały tydzień. Był bardzo smaczny, nigdy żaden inny tak mi nie smakował – mówi Wioletta. A jeszcze były u babci przepyszne młode ziemniaki z koperkiem zapiekane w swojskiej śmietanie. Ich smak i zapach były oszałamiające, czuję to do dzisiaj – wspomina wnuczka Marii i dodaje – a jakie było kwaśne mleko! Babcia Maria kultywowała kresowe zwyczaje, Wioletta zapamiętała, że na każdym opłatku wigilijnym był nałożony plasterek miodu. To było takie niezwykłe, nawet wzruszające, bo nawiązujące do tarnopolskich czasów. Babcia Wioletty była bardzo pracowitą kobietą, pracowała w gospodarstwie, zajmowała się dużym warzywniakiem, pomagała sąsiadom – krajanom. Wzbudzała szacunek, była godna podziwu i bardzo odważna. To ona – opowiada Wioletta – uratowała przyszłego męża kuzynki przed śmiercią z rąk banderowców. Interesowała się wszystkimi wnukami, pamiętała o ich rodzinach, była szczera, życzliwa, zasadnicza i bardzo religijna. Zawsze miała ze sobą różaniec i taki obraz babci utrwalił się w pamięci Wioletty. Babcia Maria była prawdziwą kresowianką, babcią kochaną przez wnuki i szanowaną przez rodzinę.

 Ja też miałam babcię kresowiankę - Teodorę Wandę Korzon. Niestety, nigdy jej nie poznałam, bo zmarła  na syberyjskim zesłaniu. Moja babcia Teosia wywodziła się z Długiej w województwie poleskim. Miała trójkę dzieci, córkę i dwóch synów. Była piękną, delikatną i wrażliwą kobietą, przyzwyczajoną do wygodnego i dostatniego życia. Pewnie dlatego nie przetrzymała syberyjskiej gehenny i zmarła w 1943 roku gdzieś koło Karagandy. Była to tragedia dla całej rodziny, bo babcię Teosię wszyscy bardzo kochali. Nigdy na nic nie narzekała, starała się żyć w cieniu innych. Tam daleko w kazachstańskim posiołku opiekowała się dwójką swoich kilkuletnich wnuków, Anią i Michasiem. Dała im dużo miłości, a to było szczególnie cenne w świecie głodu, chorób i nędzy. O mojej babci opowiadali mi tato i dziadek Grzegorz a także ciocia Mania. I tylko ich wspomnienia oraz jedyna fotografia, która zachowała się z zesłańczej tułaczki, są dla mnie pamiątką o niezwykłej babci dwojga imion – Teodory Wandy.

Takie były nasze babcie, bohaterki codziennego życia, które dawały swoim wnukom - „Dzieciństwo, do którego ciągle wraca uparta pamięć”. Święto Babci będzie jeszcze jednym powodem do wspomnień o kochanych, nigdy niezapomnianych mamach naszych rodziców.

                                                                                                Jadwiga Szylar

 

 

 

 

WSPÓŁCZEŚNI  NIEWOLNICY”

 

Zastanawiałem się czy temat, który poniżej opisuję zainteresuje czytelnika Powiatowej, a  w szczególności młodszego  czytelnika. Dyskusję prowadzę już od wielu, wielu lat z osobami w każdym wieku, z wykształceniem wyższym i podstawowym, z każdej opcji politycznej i jeszcze  nikt mi nie przyznał racji chociaż w części. Jestem całkowicie osamotniony w tym temacie, takim dinozaurem w nowoczesnym świecie. Po przeczytaniu grudniowej Powiatowej, a w szczególności „Do przemyślenia”  redaktor naczelnej stwierdziłem, że już nie jestem sam w moim poglądzie. Mam na myśli temat korzystania z tzw. mediów społecznościowych,  telefonów komórkowych, smartfonów i tym podobnych urządzeń elektronicznych. Trucizna, która tam się wylewa, zniewala nasze ciała i umysły. Nie potrzebuję szokującej prawdy amerykańskiego informatyka, ponieważ ja tę prawdę już dawno  znam i staram się przekazać innym, lecz z bardzo słabym skutkiem. Każdy adwersarz mówi, że nie znam się na nowoczesności i że należy iść z duchem czasu. Zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale od razu mówię, że nowoczesna technologia jest dla człowieka, a nie człowiek dla technologii. Powoli stajemy się zniewolonymi  bezmyślnymi cyborgami, gdzie w każdej dziedzinie życia posiłkujemy się nowoczesnymi gadżetami i wskazówkami w nich zawartymi, tak jak byśmy nie mieli własnego umysłu i własnej woli.

            Z pierwszego telefonu komórkowego korzystałem pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, który miał mój kolega- kierownik produkcji w zakładzie, w którym pracowałem. Był bardzo ciężki (ważył około 80dkg), duży i nieporęczny, a internet dopiero raczkował. W tym czasie od paru lat miałem w domu telefon stacjonarny. Około roku 2005 ze względu na charakter pracy otrzymałem  telefon stacjonarny-przenośny, który miałem  przy sobie w czasie wykonywania obowiązków służbowych na terenie zakładu. Przyznam się od razu, że przeszkadzał mi kiedy nie siedziałem za biurkiem. Nie mogłem się do niego przyzwyczaić i nie przyzwyczaiłem się do czasu przejścia na emeryturę. Przez ostatnie 10 lat wszyscy wokół mnie pytali się kiedy będę miał swój telefon komórkowy albo najlepiej smartfon, bo nie można się ze mną skontaktować. Odpowiadałem - macie mój nr telefonu do pracy i do domu, więc dla chcącego nic trudnego. Żaden  argument do mnie nie docierał. Obiecałem im jednak, że jak przejdę na emeryturę, to kupię sobie telefon komórkowy. Na dodatek szefostwo zakładu, w którym pracowałem, chciało mi dać służbową komórkę, ponieważ po pracy nie można się ze mną skontaktować. Odmówiłem i powiedziałem, że się zwolnię, bo  nie chcę być nękany po pracy telefonami.

 W tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy, a właściwie poglądu na życie w obecnych elektronicznych czasach. W młodości przeczytałem artykuł o pewnym XIX- wiecznym angielskim fabrykancie, który zastosował w swoich fabrykach trzy zmiany po 8godz. zamiast dwóch zmian po 12 godzin. Wydajność wzrosła ponad 30% mimo wyższego zatrudnienia. On wymyślił teorię 3 x 8 godzin, czyli- 8 godz. pracy, 8 godz. odpoczynku, czasu dla rodziny i swoich pasji oraz 8 godz. snu. Taką teorię zastosowałem w moim życiu i z reguły ona mi wychodziła, chociaż często pracowałem nie 8, ale wiele godzin dłużej, bo takie było życie, na które nigdy się nie godziłem. Służbowy telefon komórkowy sprawiłby, że utraciłbym swój prywatny czas w każdym miejscu gdziekolwiek bym był. Zawsze twierdziłem, gdy wychodziłem z pracy bez względu na ilość godzin i przekroczyłem jej bramy, to zaczynał się drugi rozdział dnia, mój rozdział, który nie powinien być zakłócany żadnymi sprawami zawodowymi. Obecnie to co widzę, słyszę i czytam - to powoli zaciera  się granica między pracą a życiem prywatnym. Narzędzia elektroniczne  i technologie jakimi dysponuje obecnie człowiek sprawiają, że w wielu zawodach miejsce pracy może być w każdym punkcie kuli ziemskiej. Człowiek zostaje odarty ze swojej intymności  i prywatności, staje się narzędziem i małym trybikiem wykorzystywanym przez większych, silniejszych i bogatszych. Najgorsze jest to, że nie ma pola wyboru. Na emeryturę przeszedłem nie tak dawno i był to ostatni czas, gdzie można było dokonywać wyboru. Jestem szczęśliwy, że już nie uczestniczę w tym wirtualnym świecie, gdzie nie ma miejsca na własne odczucia, własne myślenie i własne tworzenie, dlatego że za ciebie zrobią to „maszyny”. Człowiek zaczyna być cyborgiem, który za zadanie ma wcisnąć palcem odpowiedni przycisk. Najgorsze jest to, że pracujący godzą się na to, a młode pokolenie przyjmuje to za oczywistość, bo nie zna innej rzeczywistości.

            Krótko przed  przejściem na emeryturę, żona namówiła mnie na telefon komórkowy i dała mi swój dawno nieużywany mały telefon z klapką. Używam go do tej pory i nie chcę żadnego innego. Potrzebuję go w trzech przypadkach, gdy ktoś do mnie dzwoni, gdy ja chcę zadzwonić oraz piszę lub odbieram SMS-y. Większość znajomych się ze mnie śmieje, że używam takiego zabytku i że w życiu cofam się zamiast iść do przodu. Jestem w takim wieku, że ja już nic nie muszę, ja mogę, organizuję życie wg swoich zasad i żebym z tych zasad czerpał radość życia i korzystał z nowych technologii w takim stopniu, aby one mi pomagały, a nie przeszkadzały i właśnie tak robię. Gdy wybieram się w trasę rowerową, biorę ze sobą telefon, ale tylko wtedy, gdy żona mi przypomni. Jadąc rowerem wyciszam telefon, aby nie przeszkadzał mi w odbieraniu głosów przyrody, śpiewu ptaków, szumu drzew i wszystkich znaków jakie daje otaczająca mnie przestrzeń. Wtedy czuję się fantastycznie i nie wyobrażam sobie, aby ten odbiór przerwał mi tak przyziemny dźwięk jak dzwonek telefonu, gdy ja akurat upajam się otaczającą mnie rzeczywistością.

            Niedawno byłem ze znajomymi w restauracji i nikt z nas nie miał na stole telefonu. Wchodzi młoda para z około rocznym dzieckiem na ręku. On bierze wysoki fotelik i sadza w nim dziecko. Wyciąga telefon, coś w nim klika i podaje go dziecku. Po dłuższej chwili przychodzą z posiłkiem. Siadają i wyciągają telefony, jedzą i wpatrują się w niebieskie ekrany. Byli tak około 40 minut i praktycznie wymienili między sobą tylko kilka słów. Drugie zdarzenie też z restauracji. Przychodzi czwórka młodych ludzi. Pierwszą czynnością było położenie telefonów na stole. Jedyne słowa jakie wypowiadali to rozmowa z kelnerką przy zamawianiu posiłku. Byli tam około godziny praktycznie nie rozmawiając. Ludzie siedzący obok siebie rozmawiają ze sobą za pomocą SMS-ów, zamiast rozmawiać ze sobą. Nie będę tego komentował, tylko powiem, że jest to przerażające.

            Nienawiść między ludźmi i podział naszego społeczeństwa szczególnie w ostatnich latach jest częściowo  winą mediów społecznościowych. Podatność na prawdziwość zawartych w nich wiadomości jest straszna i nie mogę takiego stanu rzeczy zrozumieć. Całe społeczeństwa są manipulowane i sterowane wartościami, które wyznaje garstka ludzi i oni starają się zawładnąć naszymi umysłami. Sami nie są tego wyznawcami, ale mają narzędzia aby ubezwłasnowolnić innych. Wiem jedno, że nie wyzwolimy się z tego jarzma i coraz bardziej stajemy się mimo woli niewolnikami nowych czasów i nowych technologii. Nie ma od tego odwrotu. Niewolnik w dawnych czasach wiedział, że jest niewolnikiem i z tym walczył, bo był świadomy tego zniewolenia. Obecnie młody człowiek jest niewolnikiem nowych czasów i nic sobie z tego nie robi, bo nie jest tego świadomy.

 

 Jestem szczęśliwy, że obecnie mam wybór - mogę w tym uczestniczyć, ale nie muszę.

 

Krzysztof Malicki

 

 

Jak było i na co czekamy…

            Ostatnie dwa lata upłynęły pod znakiem pandemii. Wiem, że nie wszyscy moi rozmówcy są zaszczepieni, ale mam nadzieję, że przestaną słuchać antyszczepionkowców i zatroszczą się o zdrowie swoje i swoich bliskich. Agata, Ewa, Basia, Darek, Sławek i Krystian są w różnym wieku, chodzą do różnych szkół, studiują, mają różne kłopoty i zainteresowania. Zapytałam ich o miniony rok i plany na rok 2022.

            - Ewa - stęskniłam się za normalnym życiem szkolnym, za możliwością bycia razem,  za tradycyjną studniówką i balem maturalnym. Coraz częściej słucham opowieści dziadków i rodziców o ich szkolnych latach. Mają tyle wspomnień. Pamiętają, że nie było pomarańczy i bananów, ale jedli jabłka i śliwki. Wszyscy mieli ogrody ze swoimi owocami i warzywami. Nie pamiętają, żeby w szkole ktoś ich indoktrynował, a pochody 1-majowe wspominają nie jako obowiązek, ale jako przyjemność. Moi dziadkowie przyjechali do Międzyrzecza z Kresów, „zza Buga”, byli pionierami, przyzwyczajali się do nowego życia na poniemieckim. Mieli kolegów z okolicznych wsi, którzy opowiadali, że boją się mieszkać w gospodarstwach opuszczonych przez Niemców. Jeździli do szkół pociągami, które bardzo regularnie kursowały między Zbąszynkiem i Międzyrzeczem. No właśnie, był dworzec, perony, kasy biletowe. Moi rodzice to już pokolenie wychowane w mieście. Skończyli studia, pracują. Wspominają przyjazdy z Poznania, bo całe klasy studiowały, przychodzili na niedzielne msze w małym kościółku, gdzie obecnie jest cerkiew, a potem wszyscy szli do Pół czarnej na kawę i na długie rozmowy Polaków… Moje dzieciństwo było zupełnie inne, miałam dużo zabawek i żadnych smakołyków mi nie brakowało. Jestem w klasie maturalnej i marzę o studiach w Krakowie, bo w Krakowie z historią obcuje się zawsze i wszędzie. Ale już martwię się na zapas – czy będą to  prawdziwe studia z cudownym studenckim życiem, czy nauka zdalna? Czy minie pandemia i czy będzie po latach co wspominać? No i jak się rozjedziemy po Polsce, to czy będziemy się spotykać?

- Agata – tak się złożyło, że moja rodzina jest jak wędrowny tabor. Zmieniałam przedszkola, szkoły, znajomych i przyjaciół. Nie powiem, żeby to było bardzo uciążliwe, ale marzy mi się mała stabilizacja. Takie życie na walizkach już mi nie odpowiada. Dojeżdżam do szkoły średniej, chodzę na korki z chemii i biologii, codziennie biegam i nie mam czasu na lenistwo. Moja mama wspomina swoje lata szkolne i nauczycieli, którzy lubili uczniów. Zdarzali się i tacy, którzy nie lubili, i dlatego też ich pamięta. Moja młodsza siostra chodzi do podstawówki i nie znosi szkoły, bo codziennie ma dwie kartkówki z różnych przedmiotów. Rodzice mówią, że tak nie może być. No, nie może, ale jest. Zresztą rodzice dorastali bez telewizorów, komórek, komputerów i innych cudów techniki, więc wszystkiego musieli doświadczyć i dlatego jak się dzisiaj spotkają z kolegami, to zawsze mają o czym rozmawiać. Patrzę na moich rówieśników, którzy wpatrzeni w ekrany swoich smartfonów żyją w zupełnie innym świecie. Chciałabym mieć sprawdzonych przyjaciół, a w przyszłości dobrego męża i kochające dzieci.

- Sławek – ja mam jeszcze dużo czasu na myślenie o przyszłości. Kończę szkolę podstawową, a ponieważ interesuję się sportem, to chcę grać w piłkę i zostać drugim Lewandowskim. Nie wyobrażam sobie życia bez komórki i laptopa, dlatego nie rozumiem dlaczego dziadkowie podczas obiadu chcą mi te cuda odebrać. Wydaje mi się, że oni żyli w tak odległych czasach, że trudno im nas zrozumieć.

- Krystian – ty jesteś taki młody i jeszcze zielony, że nie powinieneś zabierać głosu. Jestem studentem, mam zdalne nauczanie i coraz mniej chęci na takie studiowanie. Niby wszystko jest w porządku, ale przecież żadnej radości z tego nie ma. Moi rodzice wspominają przedegzaminacyjne giełdy, wspaniałych profesorów, którzy nigdy nie podpierali się na wykładach ściągami, którzy zapraszali studentów do swoich mieszkań na rozmowę o życiu i z którymi można było się zaprzyjaźnić. Seminaria magisterskie wiosną czasem odbywały się w plenerze (na zdjęciu). Do dzisiaj co roku spotykają się ze swoimi profesorami i jest wspaniale… A co my będziemy po latach wspominać?

- Darek – masz rację, moi też wspominają studenckie lata i wściekają się oglądając Milionerów czy teleturniej Jeden z dziesięciu, gdzie młodzi ludzie z doktoratami i trzema specjalizacjami nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze pytania. Żeby się nie denerwować, zmieniają program. W 2021 roku zdałem maturę, nie miałem studniówki ani balu, bo pandemia. Rozjechaliśmy się i właściwie wcale za sobą nie tęsknimy. Nie wiem, co będzie i boję się, że to zdalne nauczanie i zdalne studiowanie sprawi, że będziemy egoistami, którzy sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem…

- Basia – ja to już się boję myśleć o przyszłości i zazdroszczę mamie, że ma tylu wspaniałych kolegów, że zawsze może na nich liczyć, że spotykają się co dwa lata i ciągle im tych spotkań za mało. Oglądamy zdjęcia i wszyscy są na nich tacy radośni jak przed maturą, od której minęło już sporo lat. Jestem w ogólniaku i w tym pandemicznym czasie nigdy rano nie wiemy – kwarantanna, normalne lekcje, idziemy do szkoły czy na zdalne. To jest bardzo trudny czas dla wszystkich, bo nie wiem, czy nauczymy się cieszyć życiem i czy będziemy mieli przyjaciół. Czas pokaże…

Decydując się na rozmowę myślałam, że usłyszę o wapniakach, że była indoktrynacja, że będą ironiczne uwagi o przeszłości, wychowaniu i wspominanie szkoły jako zła koniecznego, a tu okazało się, że wszyscy - oprócz najmłodszego Sławka - zazdroszczą swoim rodzicom wspaniałych kolegów, z którymi często spotykają się i tego, że lata szkolne to nie tylko nauka, ale i czas na prawdziwe przyjaźnie. Przyszłość jest dla nich wielką niewiadomą.

Takich odpowiedzi nie spodziewałam się. Muszę dodać, że ja bardzo dobrze wspominam międzyrzecki ogólniak, profesorów, wspaniałe koleżanki i kolegów nie tylko ze swojej klasy, bo – uważam – tworzymy jedną wielką rodzinę, w której zawsze możemy na siebie liczyć.

Izabela Stopyra

 

 

 

 

 

 

NIEZWYKŁE MIEJSCE,

                       NIEZWYKLI LUDZIE,

                                           NIEZWYKŁE ZWIERZĘTA

 

„- Jestem tak głodny, że nawet nietoperza bym wtrząchnął…

- Byle nie mopka! Byle nie mopka! Mopka zostaw!

                                                           To tak, jakbyś mi dziecko zjadł!...”

 

Międzyrzecki Rejon Umocniony to drugi co do wielkości na świecie podziemny obiekt fortyfikacyjny i największy w północnej i środkowej Europie rezerwat nietoperzy – prawie 33 kilometry tuneli, schronów bojowych, dworców kolejki elektrycznej – podziemne miasto z całą infrastrukturą, która 80 lat temu miała służyć planom Hitlera i III Rzeszy. Dziś miejsce to jest, szczególnie zimą, w niepodzielnym władaniu latających ssaków – zasiedla je prawie czterdzieści tysięcy nietoperzy należących do 12 gatunków.

Muzeum Fortyfikacji i Rezerwat Nietoperzy w Pniewie koło Międzyrzecza – tu późną wiosną, latem, wczesną jesienią -  króluje Historia. Prawie 50 tysięcy turystów z niemal całego świata przyjeżdża do malutkiego Pniewa, by zobaczyć, podziwiać ogrom fortyfikacji i posłuchać o ponurych latach pierwszej połowy XX wieku.

A zimą? Zimą króluje tu Biologia.

 

Trzydziestu dwóch ludzi. Trzydziestu dwóch chiropterologów

Jest sobota, koniec listopada. 7.30 rano. Nad parkingiem przy Muzeum w Pniewie wisi lodowata mgła. Słońca jeszcze nie widać. Pusto, zimno i nieturystycznie. Pijemy z Kamilą gorącą kawę i czekamy. Kamila pracuje w muzealnej kasie, która jest jednocześnie sklepikiem z pamiątkami. Wczoraj Leszek Lisiecki – dyrektor Muzeum ustalił z nami szczegóły dzisiejszego dnia. Wjeżdżają pierwsze samochody, do ciepłego wnętrza wchodzą pierwsi przybysze, słychać obcą mowę. Po chwili stoi tam już kilkanaście aut. Wrocławskie, holenderskie, belgijskie rejestracje. Trzydziestu dwóch ludzi. Trzydziestu dwóch  chiropterologów różnej płci, wieku, postury i doświadczenia. Z plecakami, drabinami, lornetkami, plastikowymi kontenerami ze sprzętem.

Arthur, Noeke, Tjibbe, Wiegert, Bernadette i Wieneke  przyjechali z Holandii. Maria, David, Laura, Paula i Javier – z Hiszpanii. Trzej Tomasze, Ewa, Monika, Grzegorz, Gosia, Ala, Aleksander, Cezary i Marcin – są z Polski. Ralf, Elke, Bob, Luc, Maya i drugiBob – z Belgii. Andy, Merel, John i Bernard – Wyspy Brytyjskie. Chyba nikogo nie pominąłem…

Pytam o doktora Tomasza Kokurewicza. Arthur pokazuje mi pana bardziej niż słusznego wzrostu z przyzwoitą siwizną na głowie, która takiego łysola jak ja może tylko przyprawić o kompleksy.

Tomasz Kokurewicz – człowiek -instytucja. Doktor. Adiunkt Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Badania w MRU prowadzi od czasów, kiedy formował się tu węgiel kamienny… albo przynajmniej od 1985 roku. Natomiast od 1999 jest koordynatorem prac nad liczbą nietoperzy w systemie podziemnym.

Wcześniej nie spotkaliśmy się nigdy, ale jako przewodnik opowiadam o nim każdej oprowadzanej grupie turystów – o rezerwacie, o corocznym liczeniu nietoperzy i o tym, dlaczego należy je chronić. Zawsze dodaję żartem, że kierownik zespołu chiropterologów, doktor Kokurewicz, zna wszystkie nietoperze po imieniu. Podchodzę, witamy się. Nie mogłem się oprzeć, żeby nie zażartować:

- Muszę zweryfikować informację, którą podaję turystom… Zna pan wszystkie nietoperze po imieniu?

Odpowiada mi uśmiech. Szeroki. Mówi, że nie, ale pracuje nad tym. Pan Tomasz przedstawia mnie Ralfowi. To on jest szefem dzisiejszego zamieszania. Ralf - specjalista od nietoperzy z Antwerpii, która jest liczącym się ośrodkiem badań nad tymi ssakami, przedstawia mi plan działania: cały system podzielony jest na dziewięć sekcji – od pierwszej do dziewiątej, licząc z północy na południe. Każdą sekcję obsługuje trzyosobowy zespół, którego zadaniem jest policzenie wszystkich osobników występujących na danym odcinku. W specjalnych tabelach wpisywane jest oznaczenie co do liczby i gatunku nietoperza. Ale to tylko jeden z trzech projektów przewidzianych na tę sobotę.

Monika – doktorantka z Wrocławia – pracuje nad własnym projektem. Bada wpływ ocieplenia klimatu na zimowanie nietoperzy. Oprócz tego ona, pan Tomasz i cała wrocławska ekipa i reszta Europy w postaci Andy’ego oraz dwóch innych osób będą pobierać wymazy –  badane będą koronawirusy występujące u różnych gatunków nietoperzy – to jest właśnie ten trzeci projekt. Jak powiada pan Tomasz, nie powinno się łapać trzech srok za ogon, ale żeby nie niepokoić niepotrzebnie hibernujących zwierzątek wiele razy, połączono działania w ramach trzech projektów w jednej sesji.

 

114 stopni, dziewięć pięter, 32 metry

Ostatnie przygotowania, wspólne zdjęcie przed wejściem do Panzerwerku 717 i schodzimy na dół. Robi się przyjemnie cieplej – w systemie panuje stała temperatura: 8-11 stopni Celsjusza bez względu na porę roku, dla nas to miła odmiana, bo na zewnątrz wilgotne, wszystko oblepiające zimno. Schodzimy na dół. Znam tą klatkę schodową na pamięć – 114 stopni, dziewięć pięter, 32 metry pod ziemią. Wychodzimy z 717 i korytarzem 880 metrów do dworca Heinrich i Głównej Drogi Ruchu – tunelu o rozmiarach  3,2 na 3,6 metra i długości ponad dziesięciu kilometrów.

Po drodze rozmawiam z Grzegorzem – trzydziestoletnim pracownikiem Instytutu Biologii Środowiskowej.

- A wiedziałeś, że taki na przykład nocek rudy ma szeroko rozstawione pazury, bo poluje tuż nad powierzchnią wody? No i on tymi pazurami i ogonem zgarnia owady z powierzchni i … mniam, mniam…. Bardzo efektywny.

Nie wiedziałem…

- …One niektóre potrafią upolować do dwóch tysięcy komarów w ciągu doby. Wiedziałeś, że czasami latają bez echolokacji? Na pamięć? Albo taki nocek duży jest jak myśliwiec pionowego startu: poluje na ziemi na chrząszcze, a potem myk! – i już jest w powietrzu! Też nie wiedziałem...

 

„Winter is coming… „ – na Północ

Dochodzimy do Heinricha. Potężna krata oddziela północną część rezerwatu od trasy turystycznej. Otwieram wrota, krata skrzypi nastrojowo, wpuszczam ekipę na Północ i ponuro, chrapliwie ogłaszam tekstem z „Gry o Tron”:

- Winter is coming… - wszyscy się śmieją.

Tuż za kratą zostają John, Bernadette i Bernard. To sekcja siódma – będą liczyli nietoperki do dworca Gustaw. Reszta  zmierza dalej. Ralf tłumaczy mi sposób rozprowadzania poszczególnych grup. Idziemy na północ, na Friedrichu pozostawiamy kolejną drużynę, pan Tomasz, Monika i reszta Wrocławiaków za Friedrichem skręca w lewo – do Głównego Wjazdu – A 64 – mają tam jeszcze około 1200 metrów tunelu, dworzec Ludwig i do wykonania dwa projekty - inne niż pozostali. Idę dalej z Ralfem i belgijsko –holendersko-polską ekipą.

Na Cezarze zostaje Ralf i dwie dziewczyny: Elke i Maya, na piękny dworzec Nordpol i do zalanych tuneli poszedł Arthur i dwóch chłopaków. Ja idę na północ, już sam, ale wiem, że przede mną do sekcji pierwszej poszli jeszcze trzej badacze. Środkiem Głównej Drogi Ruchu zaczyna robić się dziko – za Cezarem w kierunku Berty czeka mnie „spacer po groszku” – trzysta metrów kulek keramzytu, w którym nogi zapadają się po kostki, w dodatku kulki są pokryte wodą. Przy każdym kroku chlupot i chrzęst, zwielokrotniony odbitym od szarego betonu echem.

Docieram do dworca Otto. Jego środkiem płynie strumień, który znika w tunelu do najbardziej na północ wysuniętego Panzerwerku 739. Patrzę w prawo i w tunelu dobiegowym do 736 widzę latarki naszej ekipy – liczą nocki, gacki, mopki… Postanawiam wrócić i porozmawiać z tymi, którzy zostali z tyłu. Ralf i dziewczyny pracują zawzięcie -  przystawiają drabinę i zaglądają w otwory w ścianach tunelu:

- Two Myotis myotis, one Natterer’s (dwa nocki duże, jeden Natterera) - melduje Elke. Ralf notuje w tabeli, w której są także zaznaczone podsekcje: sucha, mokra, półsucha. Pytam go o to. Wyjaśnia, że w ten sposób określa się, które gatunki preferują wysoką wilgotność powietrza. W ten sam sposób określa się podsekcje chłodne i cieplejsze.

- Wiedziałeś, że dla nietoperzy różnica 1-2 stopni Celsjusza przy hibernacji ma kolosalne znaczenie? Że zbijają się w grupy zwane klastrami, tak jak na przykład pszczoły?

Nie wiedziałem…

 

13 gram, 11 gram, a jak nocek duży to i 40 gram się trafi…

Poszedłem dalej. Po drodze minąłem jednego Tomka i pracujących ciężko dwóch Belgów – robili zdjęcie: w jednym z otworów malutki nocek rudy spał sobie smacznie wtulony między pazurkami nocka dużego. Fajny widok.

Postanawiam odwiedzić ekipę pana Tomasza i Moniki. Mijając po drodze jeszcze dwie drużyny znajduję ich przy wjeździe A 64 – jestem w jedynym miejscu w systemie, gdzie możne zobaczyć drzewa – wprawdzie przez zaspawaną potężną kratę, ale zawsze to coś…

Przy wylocie jest dużo zimniej niż w głębi tuneli. Cała ekipa uwija się jak w ukropie: pobierają dane biometryczne nietoperzy, co wymaga więcej czasu i precyzji – mierzenie, ważenie, wymaz, znakowanie…

Chodzi o konkretne gatunki – tłumaczy Monika – pobieramy dane i znakujemy je takimi samymi znacznikami, jakimi znakuje się pszczoły. Potem ma nadzieję ustalić w jaki sposób przemieszczały się zimą i jakie klastry tworzyły.

- Wiesz, one nie spędzają całej zimy w jednym miejscu. Muszą się przemieszczać, żeby znaleźć odpowiednią temperaturę i wilgotność, a przy okazji uzupełnić płyny, załatwić się. Im bliżej wiosny, tym większe klastry formują, tym bliżej wyjścia się przemieszczają… Monika ciężko pracuje na swój doktorat, ale ma dobranych kolegów – na jej sukces pracują też wszyscy.

- Nocek rudy, adult (dorosły)… Male (samiec)…  długość przedramienia… waga…

Ważenie wygląda zabawnie: zaspany i słabo protestujący delikwent ląduje w małym płóciennym woreczku, który  wiesza się na wadze przypominającej wędkarską: 13 gram, 11 gram, a jak nocek duży to i 40 gram się trafi…

Monika znakuje nietoperze: na futrzaste plecki spada kropelka kleju, a potem delikatnie pęsetką umieszcza w niej malutką fosforyzującą niebieską kuleczkę. Potem pacjent trafia z powrotem do bezpiecznego otworu w ścianie tunelu.

Grzegorz i Tomek pobierają też wymazy z… hmmm… odwrotnego jakby końca nietoperza… Każdy wacik z wymazem ląduje obcięty w precyzyjnie oznaczonej szczelnej fiolce. Pan Tomasz pokazuje mi materiały przeznaczone do badania wymazów.

- Nietoperze mają niesamowity układ odpornościowy, inny od naszego – tłumaczy mi Grzegorz – dlatego wirusy, które je zaatakują nie dają im rady, ale mutują. Nietoperze dają nam szansę na wyizolowanie przeciwciał na wiele choróbsk… Może na Covid? Bo pod tym kątem też je badamy. Nie wiedziałem….

 

Nocek Bechsteina - prawdziwa rzadkość

Cała grupa jest mocno zajęta, więc zostawiam ich i idę z powrotem na Friedricha – pod koniec dnia będzie to nasze miejsce zbiórki. Siadam na schodach i jem kanapkę. Po chwili dołączają do mnie Tomek i dwóch Belgów – skończyli właśnie swoją sekcję. Tomek pracuje na co dzień w nadzorze środowiskowym budownictwa, ale nietoperze go pasjonują od zawsze – pisał o nich pracę magisterską. Belgowie są tu drugi raz. Przyjechali na własny koszt z ekipą z Antwerpii. Ja ruszam na południe, oni – pomogą w sekcji szóstej – wjazd A 64.

Idę przez dworzec Gustaw, mam już w nogach dobre 13-14 kilometrów. Po chwili widzę latarki – John, Bernadette i Bernard liczą żmudnie w sekcji siódmej. Robią sobie przerwę na posiłek, więc możemy chwilę pogadać. John przyjeżdża tu od 2011 roku, już nawet trochę mówi po polsku. Jest byłym nauczycielem, obecnie konsultantem od nietoperzy. Bernadette ze względów zdrowotnych nie pracuje już zawodowo, ale nietoperze przyjeżdża liczyć już chyba od sześciu lat. Z zamiłowania. Bernard z powodu przeżuwanej kanapki ilość lat pokazuje mi na palcach – trzeci raz w MRU. Chwilę sobie gawędzimy, John mocno komplementuje mój angielski, więc pęcznieję z dumy, ale nie pokazuję po sobie, ile znaczy dla mnie opinia native speakera.

Po chwili wracam na Friedricha. Javier, Laura, Maria i Cezary wyszli z Grupy Warownej Gneisenau (dla nich to część sekcji siódmej) i liczą nietoperki na dworcu. Javier jest chiropterologiem z Hiszpanii. Laura – pracuje w Brukseli jako doktor biologii, Maria jest u niej na stażu. Są metodyczni, dokładni, skrupulatni – tak jak reszta zespołu:

- klaster siedmiu Myotis myotis…. jeden mopek… dwa nocki Natterera…

Cezary zapisuje wszystko w tabeli. Jest profesorem w Instytucie Ornitologii, ale dołączył do nietoperzowego zespołu i pracuje razem z panem Tomaszem i resztą. Prawie się nie odzywa – jest sporo liczenia. Nagle Javier woła mnie do komory transformatora. Look! Pokazuje mi małego, ciemnobrązowego nietoperza – nocek Bechsteina! Prawdziwa rzadkość. Ponieważ zasiedlają dziuple w starych drzewach i osiedlają się koloniami, to tych dziupli musi być sporo – tłumaczy Javier. A gdzie dzisiaj można znaleźć stare drzewa z mnóstwem dziupli? No prawie nigdzie. I dlatego nocki Bechsteina są tak rzadkie.

 

„Pastorał”, system bloczkowy i Polaków rozmowy

Na Friedrichu powoli gromadzą się zespoły, które skończyły swoje sekcje. Pan Tomasz kroczy z długą tyczką, która wygląda jak pastorał, tylko że zakończona jest wełnianą rękawiczką. Zupełnie przypomina Świętego Mikołaja, zważywszy na czerwony kubraczek…

„Pastorał” to narzędzie do delikatnego zdejmowania nietoperzy umiejscowionych wysoko.

- Nietoperze są wyposażone w system bloczkowy – pazurki zaciskają się automatycznie i nietoperz wisi bez wysiłku mięśni, pod wpływem ciężaru ciała – tłumaczy mi pan Tomasz – dlatego trzeba je zdejmować unosząc do góry – bloczek wtedy nie działa. Demonstruje mi taki manewr na żywym, ale bardzo zaspanym przykładzie. Nietoperz odruchowo czepia się wełnianej rękawiczki i po chwili ląduje w dłoni doktora Kokurewicza.

Ciekawe… Nie wiedziałem.

Całą grupą zmierzamy w kierunku Heinricha i ekipy Johna. Ze względu na sporą ilość liczenia parę osób dołącza do jego zespołu. My idziemy już do kraty. Rozmawiamy. O historii tego miejsca, o historii Polski -  tak mało znanej naszym gościom. O tym jak mocno musimy pracować nad świadomością własną i ich, żeby pozwolić im zrozumieć nasz narodowy los. O Normanie Davisie, Marku Hłasko, Mackiewiczu…

Rozmawiamy też o Muzeum, o dobrych relacjach i współpracy „Katedry Historii” z „Katedrą Biologii”. Pan Tomasz chwali organizację Muzeum w Pniewie, pracę Leszka – naszego dyrektora i całego zespołu przewodników i pracowników. Już dochodzimy do wyjścia – jeszcze tylko osiem pięter w górę i zobaczymy Matkę Ziemię od wierzchu. Jest już późno i wszyscy są głodni, więc zaczynają się rozmowy o jedzeniu: kto by co tam zjadł i dlaczego.

- Jestem tak głodny, że nawet nietoperza bym wtrząchnął… – oświadcza Tomek.

- Byle nie mopka! – woła pan Tomasz – Byle nie mopka! Mopka zostaw! To tak, jakbyś mi dziecko zjadł!...

Dziesięć godzin, 20 kilometrów

Wychodzimy na zewnątrz przez wyjście desantowe w „siedemnastce”. Za mną Paula – drobna, śliczna Hiszpanka, która w ramach Erasmusa odbywa staż w Instytucie Biologii Środowiskowej we Wrocławiu. „Zielona, ale pełna zapału i bystra” – tak powiedział o niej pan Tomasz. Paula jest zmęczona, umorusana i uśmiechnięta od ucha do ucha.

Na dworze jest już ciemno. 17.30 to o tej porze roku głęboka noc. Przy wyjściu czekają na nas Kamila i Tadeusz – pracownicy Muzeum, a prywatnie córka z tatą. Tadek jeszcze dzielnie i ofiarnie poczeka przy wejściu na Johna i jego grupę.

Żegnamy się. Zostawiam panu Tomaszowi i reszcie swoje namiary i proszę o podesłanie zsumowanych wyników liczenia nietoperzy. Oni jeszcze zawzięcie dyskutują. No i wreszcie pan Tomasz może zapalić!...

Byliśmy pod ziemią dziesięć godzin, przeszedłem 20 kilometrów, ale mam wrażenie, że odbyłem dzisiaj znacznie dłuższą podróż. Tę podróż odmierzałem wielokrotnie słyszanym dziś pytaniem: „Czy wiesz, że nietoperze?...”

Już wiedziałem.

 

Robert Kubiszewski                                                                                          

 

 

Mój świat według książek, pozycja czwarta

 

 Marie Kondo ,,Magia sprzątania”

 

Tym razem piszę o zupełnie innym rodzaju książki, o poradniku ułatwiającym porządkowanie. Ktoś może zadać pytanie: dlaczego taki wybór? Styczeń i początek roku to moment porządkowania naszego życia dosłownie i w przenośni. Pomyślałam sobie, że będzie to odpowiednia lektura, która uświadomi nam, że robienie porządków w odpowiedni sposób zmienia życie radykalnie.

              Autorka Marie Kondo to japońska ekspertka od sprzątania. Bardzo wcześnie, bo w wieku 5 lat zainteresowała się metodami układania rzeczy. Zaczęła od porządków we własnym pokoju, a następnie w pokojach rodzeństwa. Bardzo szybko stało się to jej wielką pasją. W wieku 19 lat założyła własną firmę, która pomaga zdesperowanym ludziom zmieniać brzydkie zagracone domy w miejsca odpoczynku i spokoju. Książka stała się bardzo popularna. Sprzedała się w ponad trzech milionach egzemplarzy w 35 krajach. Od stycznia 2019 roku na platformie Netflix można zobaczyć program z jej udziałem ,,Sprzątanie z Marie Kondo”. Ze stoickim spokojem uczy potrzebujące tego osoby jak zaprowadzić porządek w ich mieszkaniach i w ich życiu.

Książkę dostałam w prezencie od przyjaciółki, która zdążyła już przetestować przedstawione metody sprzątania. Bardzo ją zachwalała. Długo nie czekając ja również zaczęłam czytać i porządkować jednocześnie.

Książka liczy 222 strony i składa się z rozdziałów, które można porównać do etapów sprzątania:

- Czemu nie potrafię utrzymać porządku w domu?

- Zacznij od wyrzucania.

- Jak sprzątać według kategorii.

- Od przechowywania rzeczy do życia pełnego pasji.

- Magia sprzątania radykalnie zmieni Twoje życie.

Autorka przekonuje, aby porządkować rzeczy według kategorii a nie miejsca, w którym się znajdują. Ważna jest również kolejność, zaczynamy od ubrań, następnie książki, dokumenty, a na samym końcu przedmioty, które mają dla nas wartość sentymentalną. Ja należałam do osób, które otaczały się zbyt dużą ilością  niepotrzebnych rzeczy. Powtarzałam sobie, że pewnie niebawem się przyda i szkoda to wyrzucić. To chyba jeszcze przyzwyczajenia z czasów komuny kiedy wszystkiego brakowało. Tak stworzyłam pokaźną kolekcję starych telefonów komórkowych, różnego rodzaju kolorowych pudełek, widokówek, zniszczonych płyt CD i wielu innych rzeczy. Marie uczy, że trzeba pozbywać się przedmiotów radykalnie - bez sentymentów, bez żalu.  Jaki jest sens magazynować rzeczy, których nie nosiliśmy lub nie używaliśmy  przez rok?

Wracając do książki, to napisana jest bardzo przystępnym językiem. Autorka wprowadza nas w cały zestaw zachowań  i przemyśleń związanych z procesem porządkowania. Próbujemy zrozumieć dlaczego w naszej przestrzeni życiowej jest bałagan. Co jest jego powodem i jak najskuteczniej można się z nim rozprawić. Jesteśmy zabiegani, zajęci, komu chce się sprzątać?

 Czy warto przeczytać tę książkę? Na  pewno będzie niesamowicie przydatna osobom, które mają problem z nadmiarem rzeczy i nie wiedzą jak się ich pozbyć, osobom niezorganizowanym i chaotycznym. Pozostali znajdą w niej skuteczne wskazówki dotyczące sprzątania i utrzymywania porządku. Tak właśnie było w moim przypadku, zapamiętałam część metod i skutecznie je stosuję. Sprzątanie nie odmieniło mnie ani mojego życia (jak z pasją twierdzi autorka), ale to nic, najważniejsze, że nauczyłam się czegoś nowego, co sprawia mi przyjemność i ułatwia pracę.

„Magia sprzątania” to bardzo przyjemna lektura, napisana prostym i łatwym do zrozumienia językiem. Dzięki temu spokojnie przeczytamy ją nawet w jeden weekend!

Jeśli ktoś zapyta mnie, czy warto przeczytać tę książkę, odpowiem krótko i zwięźle: WARTO!

 

  Izabela Krajniak

 

 

 

Wieści z Brójec

 

INWESTYCJA W BRÓJCACH ZAKOŃCZONA

Mieszkańcy Brójec cieszą się, że inwestycja drogowa pod nazwą „Budowa ul. Słonecznej i przebudowa ul. Cmentarnej w miejscowości Brójce”, o którą zbiegali od wielu lat, została zakończona. Po wielu miesiącach utrudnień lokalna społeczność odetchnęła z ulgą. Wykonanie tej inwestycji poprawiło komfort życia mieszkańców oraz usprawniła się płynność ruchu,  co wpłynęło na poprawę bezpieczeństwa. Gmina Trzciel pozyskała środki na to zadanie z Funduszu Dróg Samorządowych i z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych.  

 

POMOC FINANSOWA DLA KGW

Koło Gospodyń Wiejskich otrzymało pomoc finansową o wartości brutto 5 000,00 zł z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Ze środków tej dotacji zakupiony został regał do siedziby Koła, materiały do decoupage i namiot z logo. Panie pięknie ozdobiły zakupione pudełka, wykonały wianki adwentowe, które częściowo zostały sprzedane, a dochód ze sprzedaży przeznaczono na potrzeby Koła i dla chorej na SMA Mai Tomczak ze Zbąszynia.

 

AKTYWNA KOBIETA WIEJSKA

Aktywna Kobieta Wiejska" to tytuł konferencji, która odbyła  się 26 listopada 2021 r. w Zielonej Górze. Pomysłodawcą wydarzenia był wicemarszałek województwa lubuskiego Stanisław Tomczyszyn. Podczas konferencji uczestniczki m.in. wysłuchały wystąpienia aktorki Joanny Brodzik, wzięły udział w pokazie kulinarnym, który prowadził Mateusz Gessler. Koło Gospodyń z Brójec reprezentowały: Stanisława Bajno, Jadwiga Gaździcka i Katarzyna Ogiba. Panie stwierdziły, że takie wydarzenia są jak najbardziej potrzebne i cieszyły  się, że mogły w nim uczestniczyć.

 

BRÓJECCY SPOŁECZNICY

3 grudnia 2021 r. na rynku w Brójcach rozbłysła piękna choinka. Członkowie Rady Sołeckiej wraz z grupą mieszkańców udekorowali gałązkami świerkowymi i lampkami, sprezentowany przez  Rady Sołecką ze Starego Dworu, drewniany szkielet. W prace zaangażowali się: Damian Bem, Dariusz Czapłon, Artur Sikorski, Piotr Stawiński, Przemysław Olender, Krzysztof Olender, Stanisław Pilipczuk. Grupą mężczyzn dowodziła Kinga Olender, aktywna i operatywna członkini rady. Sołtys - p. Agnieszka Czapłon z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Pod choinką znajdują się „prezenty” wykonane przez Piotra Stawińskiego. Piotr zrobił również pojemnik w kształcie gaśnicy na nakrętki, który został zamontowany pod remizą strażacką. Mieszkańcy Brójec cieszą się, że grupa społeczników powiększa się i dzieje się wiele dobrego na wsi.

 

LUBUSKI SEJMIK SENIORÓW

            6 grudnia 2021 r. odbyła się IV sesja Lubuskiego Sejmiku  Seniorów, w  sali  Kolumnowej w Urzędzie Marszałkowskim w Zielonej Górze, w której brałam udział. Działania Lubuskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ skierowane na rzecz seniorów oraz plany na najbliższe lata przedstawiła p.o. Dyrektora Lubuskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ Ewa Skrbeńska. Duże środki finansowe przeznaczone są w budżecie dla poprawy życia osób starszych. Uczestnicy wzięli również udział w warsztatach na temat terapii śmiechem, które przeprowadziła humorolog i śmiechoterapeuta dr Maria Kmita. Jak podkreślała prowadząca, nie starość - a samotność jest straszna, dlatego wskazane jest, aby seniorzy brali aktywny udział w różnego rodzaju zajęciach, których jest bardzo dużo. Na koniec przyjęty został apel w sprawie szczepień dawką przypominającą przeciwko wirusowi COVID-19.

 

WARSZTATY SEROWARSKIE

11 grudnia 2021 r. członkinie Koła Gospodyń Wiejskich z Brójec i sympatycy Koła, sobotnie popołudnie spędzili w sali wiejskiej. O godzinie 15:00 rozpoczęło się szkolenie z technik serowarskich możliwych do wykorzystania w domu.

Kamil Sieratowski, wolontariusz ze Stowarzyszenia Lokalna Grupa Rybacka Obra- Warta na początku przedstawił teorię dotycząca m.in. składu mleka, technik przetwarzania, metod konserwacji, temperatur niezbędnych do uzyskania pożądanego efektu oraz pielęgnacji sera. Uczestnicy mieli możliwość samodzielnego przygotowania sera z mleka prosto od gospodarza. Dziękujemy przewodniczącemu Rady Miejskiej w Trzcielu Jackowi Marciniakowi za zasponsorowanie mleka. Szkolenie nie byłoby możliwe bez wsparcia Narodowego Instytutu Wolności - Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, Serowar.pl, #WolontariatRybacki. Dziękujemy!

 

Halina Pilipczuk



 

MŁODZI, ZDOLNI I KREATYWNI

 

„Z ogromną radością i satysfakcją oddaję w Państwa ręce kolejny, piąty już tomik opowiadań, których autorami są młodzi mieszkańcy naszej gminy. W ich przypadku młody wiek idzie w parze z kreatywnością, nieszablonowym postrzeganiem otaczającego nas świata, bardzo indywidualną interpretacją rzeczywistości i wiedzą o historii naszego miasta” – napisał burmistrz Remigiusz Lorenz w słowie wstępnym w wydanym przez gminę zbiorze opowiadań „Z międzyrzeckiej szuflady”. Promocja wydawnictwa odbyła się w 9 grudnia w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Międzyrzecz.

Bohaterami spotkania byli autorzy opowiadań: Aleksandra Biela, Małgorzata Kozielska, Wojciech Mrozek, Amelia Raszewska, Julia i Zofia Rojek, Julia Soja, Antonina Zamorska, Amelia Zimowska i Wiktoria Dejewska. Przywitała ich kierowniczka Wydziału Spraw Społecznych w Urzędzie Miejskim Sylwia Najderek, która złożyła gratulacje autorom oraz pomysłodawcy cyklu Leszkowi Utracie.

 Jak podkreślił L. Utrata - wydawnictwo nie ujrzałoby światła dziennego, gdyby nie wsparcie finansowe ze strony władz miasta. Dziękuję radnym i burmistrzowi Remigiuszowi Lorenzowi.

Opowiadania można wypożyczyć w bibliotece.

 

Dariusz Brożek

 

Święta i Nowy Rok naszego dzieciństwa

- wspominki obrzyczanek

 

  Pisałam już kiedyś o przyjaźni, która przetrwała 63 lata. W dzisiejszych komercyjnych i zabieganych czasach to naprawdę rzadkość. Cieszy mnie tym bardziej, że mimo różnic, które są oczywiste, spotykamy się systematycznie i jak już zaczniemy gadać, to końca nie ma. Jesienią i zimą siadamy przy wielkim stole w Czystej i jedząc smakowite dania serwowane nam przez przemiłe kelnerki opowiadamy sobie historie, które życie pisze każdej z nas. Latem i wiosną rozkładamy się w ogródkach i podziwiając dary przyrody też gadamy. Jest zima, więc nasze wigilijne spotkanie odbyło się tradycyjnie w ulubionej Czystej. W pierwszych minutach mówimy bez przerwy, bez składu i ładu o wszystkim i o niczym, bo przecież dawno się nie widziałyśmy. Menu leży na stole, kelnerka czeka a my - 5 kobiet - babć mielemy tymi jęzorami i mielemy. Musimy bowiem powspominać nasze Obrzyce, te Obrzyce z dzieciństwa, gdzie życie toczyło się wyjątkowo, niespiesznie i swoim rytmem.

          Wspominamy nasze rodzinne domy, rodziców, szkołę, koleżanki i kolegów. Wracamy do naszych zimowych zabaw na boisku, gdzie śniegu było po pas, wspominamy nasze szalone zjazdy na sankach z górki leśnej. Wanda omal nie straciła tam życia, gdy rozpędzona wpadła na drzewo. Miałyśmy też łyżwy, najpierw przykręcane, potem figurowe. Jeździłyśmy ulicami Obrzyc, które zawsze były pokryte śniegiem, na którym zostawały ślady naszych łyżew. Potem przyszedł czas, że chodziłyśmy z mamami do Bobowicka i tam śmigałyśmy po zamarzniętym jeziorze, a jak wylano wodę na boisku szkolnym,  to dopiero był raj. Święta Bożego Narodzenia też w tej obrzyckiej krainie były nadzwyczajne. Choinki sięgały sufitów w naszych wysokich domach. Często te drzewka były z naszych ogrodów. Ubierały je przeważnie dzieci z ojcami w Wigilię, nigdy wcześniej. Mamy szykowały ostatnie dania, a my stroiliśmy te piękne drzewka. Wszystkie pamiętamy, że pierwsze świeczki były przypinane na klamerkach, takich specjalnych i pięknie się paliły prawdziwym ogniem. Do dziś mam bombkę, którą dostałam od mojego przyjaciela śp.  Rafała - każdego roku, gdy wieszam ją na choince, myślę o moim przedwcześnie zmarłym koledze. Bombka ma pięćdziesiąt parę lat. Wanda wspominała, jak któregoś roku sama chciała ubrać choinkę i ta w nocy - pięknie przystrojona - runęła na podłogę. Wszystkie bawiłyśmy się w detektywów, którzy za wszelką cenę chcieli znaleźć poukrywane prezenty gwiazdkowe. Nasze domy miały niestety tę cechę, że były duże i różnych schowków w nich było co niemiara. Poszukiwania były trudne i niebezpieczne, bo rodzice mieli nas na oku. Wanda najbardziej pamięta, jak dostała taki domek do zabawy z mebelkami i nawet była tam pralka, Ewa opowiadała o lalce, takiej wymarzonej, którą też znalazła pod choinką.

          I tak jedna po drugiej, a czasami wszystkie jednocześnie wspominając te dawne czasy, poczułyśmy się znowu szczęśliwe, szczęśliwe szczęściem beztroskiego, kochanego przez rodziców dziecka. Wszystkie oprócz Ewy jesteśmy sierotami, więc dla nas te wspomnienia mają niezwykły czar i moc. Nagle zostawiłyśmy te prezenty i jak dziesiątki lat temu, usiadłyśmy (niestety tylko we wspomnieniach) przy wigilijnych stołach. Wspominałyśmy zapachy i smaki swoich rodzinnych domów. U Krysi i u mnie królowała zupa rybna, z tym że w moim domu była podawana z lanymi kluseczkami, a u Krysi jako czysty bulion. Łączy nas jeszcze to, że w naszych domach wszyscy uwielbiali wydłubywać resztki z głów karpia, który oczywiście królował w daniu głównym. Były też ciasta - Ewy tato był piekarzem, Krysi cukiernikiem, więc w ich domach się działo! Była jeszcze jedna ważna tradycja - w naszych wannach pływały karpie i siadałyśmy z mamą na jej brzegu i godzinami obserwowałyśmy te biedne rybki z góry skazane na śmierć. Mama sypała im chlebek, a one tak pięknie otwierały „usteczka”, a potem ktoś musiał je zabić … Oczywiście chodziłyśmy też na pasterkę, potem stałyśmy pod kościołem i gadałyśmy. Po powrocie do ciepłego domu czekała na nas mięsno -wędliniarska uczta z szyneczką i ćwikłą w roli głównej. Sylwester w Obrzycach też był wyjątkowy. Sala kinowa nad administracją przekształcała się w piękną salę balową. Pamiętam jak rodzice już tacy wystrojeni witali w drzwiach naszego domu swoich znajomych, z którymi szli na bal. Suknie z tafty, długie rękawiczki i wysokie szpilki. Byli tacy szczęśliwi, a my też się cieszyliśmy, bo tę noc spędzałyśmy z koleżankami u którejś w domu, pod opieką babci. Na te słynne obrzyckie sylwestry przyjeżdżała też rodzina z dalekiego Zabrza, co naprawdę świadczy o ich znaczeniu. Wiele, wiele lat później i ja poszłam na bal sylwestrowy w Obrzycach. Naprawdę to było przeżycie. Wracając jednak do lat młodości to była jeszcze jedna tradycja - następnego dnia witaliśmy Nowy Rok kuligiem. Tato miał znajomości wśród rolników, którzy brali swoje konie i sanie, i gnaliśmy przez okoliczne lasy.

         Wiem, że takie sentymentalne wspominki mogą świadczyć o tym, że starzejemy się, że żyjemy przeszłością… Nic z tych rzeczy. Miałyśmy cudowne dzieciństwo i młodość, szczęśliwe domy rodzinne i to dzięki temu wszystkiemu, mimo upływu 63 lat lubimy się, wspieramy i mamy o czym rozmawiać. To zasługa naszych rodziców i miejsca, w którym się wychowałyśmy.

         Życzę młodym ludziom, żeby ich przyjaźń przetrwała ponad pół wieku i żeby każdy powrót we wspomnieniach do rodzinnego domu przynosił radość, ulgę i dawał siłę do życia w swojej współczesności.

 

       Wszystkiego najlepszego w Nowym 2022 Roku!

                                                                                                                                  Mariola Solecka

 

JERZY SALEJ (1944 – 2021)

            Jurek – mój serdeczny kolega, towarzysz dziecięcych zabaw i wygłupów. Razem do przedszkola i do szkoły. Dopiero w szkole średniej rozeszły się nasze drogi, ale przyjaźń kwitła. Tworzyliśmy bardzo zgraną paczkę w naszym „fyrtlu” Międzyrzecza – razem paliliśmy „Damskie” papieroski i wypiliśmy łyk wina marki Wino. Ale to tak dla szpanu. Chodziliśmy na prywatki, które wspominam z łezką w oku i na pasterkę „do Wojciecha”, gdzie na kościelnym balkonie śpiewaliśmy kolędy, a potem długo wracaliśmy do domów.

            W dorosłym życiu rozluźniły się nasze kontakty, ale zawsze witaliśmy się bardzo serdecznie i tylko Jurek mówił do mnie Izuchna. Lubiliśmy się i Jego śmierć bardzo mnie zasmuciła.

 Rodzinie składam wyrazy głębokiego współczucia.

Izabela Stopyra

 

 

MIROSŁAW PODGAJSKI (1954 – 2021)

 

            Mirosław Podgajski wychował wiele pokoleń absolwentów Szkoły Podstawowej nr 2 w Międzyrzeczu. To niezapomniany nauczyciel historii, oddany wychowawca, profesjonalny konferansjer prowadzący wiele imprez i apeli szkolnych oraz pełen optymizmu i wyszukanego poczucia humoru KOLEGA.

Żegnamy wspaniałego człowieka – historię i legendę tej szkoły.

Na zawsze zostanie w naszych wspomnieniach...

 

Dyrekcja, Grono Pedagogiczne oraz pracownicy Szkoły Podstawowej nr 2 składają bliskim Pana Mirka szczere wyrazy współczucia.

 

Mirku,

byłeś wyjątkowym człowiekiem, życzliwym, dowcipnym i nieobojętnym wobec krzywdy drugiego człowieka. Twoje lekcje historii były niesztampowe, przepełnione anegdotami, ciekawostkami. Byłeś świetnym organizatorem różnych uroczystości, a przede wszystkim oryginalnym konferansjerem. Wszyscy pamiętamy Twoje słynne powiedzenie wieńczące każdy apel na zakończenie roku: „Skończył się rok szkolny, przed nami smutne i bardzo nudne wakacje, ale już za dwa miesiące znów się wszyscy spotkamy w szkole”.

Będzie nam Ciebie brakowało. Prowadź apele, opowiadaj o dawnych dziejach w innym świecie, bo „Śmierć nie jest kresem naszego istnienia, żyjemy w naszych dzieciach i następnych pokoleniach. Albowiem to dalej my, a nasze ciała to tylko zwiędłe liście na drzewie życia.” (Albert Einstein)

 

Żegnaj, Mirku!

Koleżanki, koledzy i wszyscy pracownicy Szkoły Podstawowej nr 2 w Międzyrzeczu

 

                                               ***

Wiadomość o śmierci „Pana od historii” bardzo zasmuciła dorosłych już absolwentów Szkoły Podstawowej nr 2 w Międzyrzeczu. Historia nie jest przedmiotem ogólnie lubianym, ale jak nauczyciel jest przyjaźnie nastawiony do uczniów, to sympatia jest wzajemna. Dobrze pamiętają ciekawe lekcje, poczucie humoru i sprawiedliwe oceny.

            Byliśmy sąsiadami przez ulicę. Mirek – przystojny, zawsze miły, skory do pomocy i rozmowy. Jego pasją był brydż. Stolikowi koledzy powiedzieli mi, że nie znajdą drugiego takiego czwartego do brydża. Serdeczny, miły, niekonfliktowy, dusza towarzystwa. Ostatni raz grali w listopadzie i chociaż zdawali sobie sprawę, że ich partner jest chory i coraz słabszy, to wiadomość o Jego śmierci bardzo ich poruszyła.

 

Rodzinie składam wyrazy głębokiego współczucia.

 

Izabela Stopyra

 

  

DR JOHANNES BANSE - WILK W OWCZEJ SKÓRZE

 

„Pozory rządzą światem a sprawiedliwość jest tylko na scenie”

Friedrich Schiller

 

Czytając książkę Waldemara Dramowicza „Obrzyce. Dzieje szpitalamożemy natrafić na następujący fragment: „Ci spośród lekarzy, którzy nie wyrażali zgody na udział w mordowaniu chorych nie spotykali się z represjami ze strony władz hitlerowskich. Najwyżej mogli stracić kierownicze stanowisko w placówkach służby zdrowia.[…] Tak było w przypadku dra Vollheima- byłego dyrektora szpitala w Obrzycach,  którego za odmowę udziału w akcji eutanazji zwolniono ze stanowiska, a potem po zwolnieniu następnego dyrektora Johannesa Banse, na to miejsce zatrudniono aktywistę hitlerowskiej partii NSDAP Waltera Grabowskiego”. Podobny fragment znajdziemy również w książce Radzickich: Zbrodnie hitlerowskiej służby sanitarnej w Zakładzie dla Obłąkanych w Obrzycach”, gdzie możemy przeczytać: „Osobie, która by odmówiła udziału w uśmiercaniu i tak nie groziła utrata życia lub zdrowia, a co najwyżej utrata stanowiska, jak to wykazaliśmy […] w oparciu o odmowę w tego typu działalności ze strony dr Banse i Vollheima, który wskutek tego utracił jedynie stanowisko kierownicze w byłym Zakładzie dla Obłąkanych w Obrzycach”.  Można by odnieść wrażenie, że zarówno dr Vollheim, jak i dr Banse byli bohaterskimi lekarzami, sprzeciwiającymi się nazistowskiemu planowi eutanazji pacjentów psychiatrycznych. Faktycznie stary dr Vollheim był wyznawcą dawnej niemieckiej szkoły psychiatrycznej, nakazującej traktowanie pacjentów psychiatrycznych z godnością. Nie dał się uwieść chwytliwym hasłom „higieny rasowej” i twierdził kategorycznie, że akcja likwidacji ludzi upośledzonych to „hańba ludzkości”. Ta odwaga w głoszeniu swoich poglądów kosztowała go utratę stanowiska dyrektora, co notabene było raczej niewielką stratą, bo już i tak był emerytem.

Jak się jednak rzecz miała z doktorem Banse? Kim był ten psychiatra?

 Czy podobnie jak szlachetny dr Vollheim był przeciwnikiem Akcji T4? Otóż niestety nie. Lekarz ten był całkowicie uległy ideologii nazistowskiej. Widzimy go jako aktywnego członka NSDAP, a co więcej: uczestniczącego gorliwie jako członek SS w likwidacji pacjentów zakładów psychiatrycznych.  

Dr Johannes Banse ukończył studia medyczne na uniwersytecie w Greifswaldzie. Uzyskał tytuł doktora w 1908 r. po obronie dysertacji naukowej o skomplikowanym tytule: „Über intrathoracische Fibrome, Neurome und Fibrosarkome (O mięśniakach klatki piersiowej, nerwiakach i włókniako-mięsakach)”. Był wtedy świetnie rokującym lekarzem asystentem w Miejskim Szpitalu w Stralsundzie, nadbałtyckim mieście w prowincji Meklemburgia- Pomorze Przednie.  W 1929 r. widzimy już dr Banse na stanowisku ordynatora w Szpitalu Psychiatrycznym w Lauenburgu (Lębork w prowincji Prusy Zachodnie). Był także szanowanym członkiem Niemieckiego Instytutu Badawczego Psychiatrii a także radcą medycznym. Napisał w 1929 r. pracę naukową: „Zum problem der Erbprognosebestimmung. (Problem rokowania genetycznego polegającego na określeniu perspektyw chorobowych u kuzynostwa osób z depresją maniakalno-depresyjną)”. Hans Laehr, autor książki o szpitalach psychiatrycznych z 1937 r. „Die Anstalten für Geisteskranke []”, pisze, że dr Johannes Banse w 1937 r. awansował i piastował już stanowisko dyrektora Szpitala Psychiatrycznego w Lauenburgu (Lębork) w prowincji Prusy Zachodnie. Być może jego kariera wydatnie przyśpieszyła po wstąpieniu do NSDAP w 1933 r., jak to się działo u wielu lekarzy psychiatrów, sympatyzujących z nazizmem. W 1939 r. dr Banse pojawia się w Szpitalu Psychiatrycznym w Ueckermünde w prowincji Meklemburgia -Pomorze Przednie. Zapisał się niechlubnie na kartach tej lecznicy, gdyż był pierwszym dyrektorem tej pomorskiej placówki, za którego kadencji pacjenci zostali zamordowani przez specjalną jednostkę SS Wachsturmbann Eimann. Dr Banse prawdopodobnie już wtedy był czynnym członkiem SS, bardziej nazistowskim aparatczykiem niż lekarzem.

Zabijanie pacjentów z Prus Zachodnich i Pomorza Przedniego rozszerzono na prowincję Pomorze. 1400 pacjentów z 5 szpitali psychiatrycznych w Stralsund, Treptov, Ueckermünde, Lauenburg i Obrawalde zostało wysłanych pociągami do Neustadt (Wejherowo) w Prusach Zachodnich. Tam na miejscu zostali zawiezieni specjalnymi ciężarówkami do Piaśnicy i zamordowani przez komando Eimanna. Kiedy członkowie komand SS rozstrzeliwali pacjentów, „doświadczony” w akcji eutanazji personel medyczny z Pomorza przeniósł się do zajętego przez Niemców Kraju Warty (Warthegau), aby opróżniać kolejne zakłady psychiatryczne. Dr Banse, który poprzednio wysyłał pacjentów na śmierć najpierw w Lauenburgu, potem w Ueckermünde na obszarze Rzeszy, wykorzystał swoje bogate doświadczenie również w okupowanej Polsce.

Akcja T4 została rozpoczęta w Szpitalu Psychiatrycznym w Owińskach koło Poznania w październiku 1939 r. Znajdowało się tu 1100 chorych. Okupanci szybko zajęli szpital i zaczęli sporządzać listy chorych, przeznaczonych do likwidacji. Między 7 a 17 października 1939 r. dr Banse rezydował w Owińskach. Zajmował się przeglądaniem listy pacjentów i ich dokumentacji medycznej. Dokonywał także selekcji pacjentów przeznaczonych do likwidacji. Pierwszych stu pacjentów narodowości niemieckiej zostało wywiezionych do szpitala w Dziekance koło Gniezna. Pozostałych pacjentów trzema samochodami ciężarowymi (po 25 osób w każdym) przewieziono do Fortu VII w Poznaniu. Pacjentów odprowadzał do ciężarówek personel, następnie przejmowali ich żołnierze, którzy ładowali chorych do samochodów, do każdego po 25 osób. Pacjenci z pierwszych transportów byli mordowani gazem w Forcie VII w Poznaniu. Dokonywano również zagazowywania pacjentów w specjalnie skonstruowanych ciężarówkach lub też ich rozstrzeliwano. Zwłoki pacjentów zakopywano w lesie rożnowskim koło Obornik. W Owińskach zostało zamordowanych około 1000 polskich pacjentów psychiatrycznych. Wśród sprawców był komendant Fortu VII w Poznaniu SS Hauptsturmfuhrer Hans Weibrecht, dowódca Sonderkommando Lange I, Oberstrurmfuhrer SS Herbert Lange i funkcjonariusze SS dr Johannes Banse i Otto Meineke. W ten sposób szybko opróżniono cały szpital i przeznaczono go na ośrodek szkolenia SS.

Następny w „karierze” dra Banse był Szpital Psychiatryczny w Dziekance koło Gniezna. Niemcy zajęli tę lecznicę 11 września 1939 r. W zakładzie znajdowało się wówczas 1172 pacjentów. Jednym z pierwszych działań podjętych przez Niemców było podzielenie pacjentów według narodowości. Dokonywał tego doświadczony aparatczyk dr Banse, który przybył do Dziekanki 18 października 1939, prosto ze zlikwidowanego wcześniej zakładu psychiatrycznego w Owińskach. Skrupulatnie zapisał w sprawozdaniu, że wśród pacjentów znajdowali się Niemcy, Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Jednym z celów niemieckiej polityki narodowościowej na ziemiach polskich było „odzyskiwanie” osób pochodzenia niemieckiego. Poddawano więc pacjentów badaniu rasowemu, celem wpisania na „niemiecką volkslistę”. Choć w obliczu planowanej eksterminacji chorych wydaje się to absurdalne, to jednak takie procedury stosowano we wszystkich przejmowanych przez Niemców polskich zakładach psychiatrycznych. W Dziekance takie „badanie rasowe” miało miejsce już w październiku 1939r. Najpierw do Dziekanki przywieziono Niemców z Owińsk, później także uznanych za volksdeutschów pacjentów ze szpitala w Kościanie. Krótko po wyjeździe dra Bansego w listopadzie 1939 r. zwolniono z pracy większość polskiego personelu medycznego, około 250 osób. Na stanowisku pozostał dotychczasowy dyrektor Dziekanki, Wiktor Ratka, który wystąpił o przyznanie obywatelstwa niemieckiego. Pozostawił sobie do współpracy kilku lekarzy nazistów, zwolenników Akcji T4, którą kontynuowano w szpitalu w okresie od października do listopada 1939 r.

Po 5 miesiącach od pobytu w Szpitalu Psychiatrycznym w Dziekance, dr Johannes Banse, bogaty o nowe doświadczenia w organizowaniu eksterminacji pacjentów, pojawił się w kwietniu 1940 r. w Obrzycach. Od 25 kwietnia 1940 do 30 listopada 1941 r. piastował stanowisko dyrektora Szpitala Psychiatrycznego w Obrzycach. W tym czasie inny nazista, Walter Grabowski, z racji braku uprawnień medycznych, zajmował tylko stanowisko administracyjne. Być może nie miał medycznego wykształcenia, za to był Kreisleiterem i posiadał rozległe znajomości wśród aparatczyków nazistowskich z Pomorza. Dyrektora Bansego poinformowano uprzejmie, że 24 listopada Landesrat Hube na rozkaz starosty krajowego Mazuwa, ma zatwierdzić Waltera Grabowskiego jako nowego dyrektora gospodarczego. To nowe stanowisko nie wiązało się z lepszą pensją, więc prawdopodobnie chodziło o obsadzenie stanowiska zaufanym fachowcem, który miał wykonywać „zadania specjalne”. Doszło do konfliktu między dwoma nazistami. Dr Banse nie mógł znieść tego afrontu, że jego, utytułowanego doktora medycyny i doświadczonego członka SS, odsunął na boczny tor Grabowski, dawny handlarz wyrobów obuwniczych. Dr Banse opuścił Obrzyce w 1941 r. i dokumenty milczą na temat, jak dalej potoczyły się jego losy. Zapewne uczestniczył w likwidacji kolejnych placówek psychiatrycznych na terenie okupowanej Polski. Co do Waltera Grabowskiego: po krótkotrwałym spięciu z emerytowanym doktorem Vollheimem, który nie chciał uczestniczyć w Akcji T4, od 1 grudnia 1941 roku rządził już niepodzielnie szpitalem, w czym nie przeszkadzał mu wcale brak medycznego wykształcenia.

Dr Johannes Banse przeżył wojnę. W 1962r. zeznawał w sprawie kulis Akcji T4, opisując metody działania władz nazistowskich i personelu medycznego. Oczywiście twierdził, że absolutnie nic nie wiedział o losie pacjentów, których uznał za nieuleczalnie chorych i wpisywał na specjalną listę. Tłumaczył się, że była to standardowa procedura w szpitalach psychiatrycznych, że pacjenci byli dzieleni na dwie kategorie: tych możliwych do wyleczenia i tych nieuleczalnie chorych. Te listy wysyłano do akceptacji staroście krajowemu prowincji pomorskiej w Szczecinie. Lekarze w placówkach przeprowadzali na chorych niezbędne badania, za które dr Banse był osobiście odpowiedzialny. Nie poczuwał się jednak do odpowiedzialności za ich dalsze losy. W karcie choroby każdego pacjenta wpisywano ocenę jego stanu zdrowia i wskazania, co do dalszego postępowania medycznego. Pacjenci uznani za nieuleczalnie chorych byli wpisywani na specjalną listę i odbierani ze swoich rodzimych placówek przez personel z innych ośrodków, gdzie rzekomo mieli być dalej hospitalizowani. Pewnego dnia pojawiali się ci tajemniczy pielęgniarze z innych szpitali, którzy ich przejmowali i ładowali na ciężarówki. Na początku akcji dr Banse uważał te transporty za całkowicie „prawidłowe” i był przekonany, że pacjenci nieuleczalnie chorzy są przewożeni do innych, bardziej odpowiednich dla siebie placówek. Z naiwnością dziecka tłumaczył się, że pewnego razu ktoś ze szpitala przypadkowo mu szepnął, że ci „pielęgniarze”, to są to w istocie funkcjonariusze SS…

Doktor Johannes Banse był odpowiedzialny za śmierć tysięcy pacjentów ze szpitali polskich i niemieckich, jednak przez niedopatrzenie historyków funkcjonował w powszechnej świadomości, jako „ten dobry doktor”, przeciwnik eutanazji, który został usunięty ze stanowiska przez „tego złego” Waltera Grabowskiego. Prawda jest jednak bardziej okrutna, że Banse był równie zepsuty, jak Grabowski, tylko okazał się słabszym graczem politycznym.

 

Katarzyna Sztuba -Frąckowiak

 

 Głębokie cz.I

 

Na Głębokie chodziłem pieszo. Jeżeli pieszo, to chodziłem. Nie da się jechać pieszo. Ważne, że chodziłem. Robiłem sobie po drodze przystanki, ba! czasami te przystanki zabierały mi tyle czasu, że nie docierałem do celu. Musiałem wracać do domu.

Po drodze, niedaleko za POM-em, był cmentarz. Pochowani tam byli żołnierze radzieccy. Leżeli równo w jednakowych, bardzo geometrycznie ułożonych grobach i jakoś tak bezosobowo. Miałem wrażenie, jakby to były groby bez nieboszczyków – puste. Cmentarz nie zatrzymywał mnie zbyt długo. Szedłem przed siebie.

Dalej była żwirownia, ze stromą, prawie dziesięciometrową skarpą podbieranego od spodu piachu. Na górze rósł rzadki sosnowy młodnik. Wdrapywałem się tam i stawałem na krawędzi skarpy. Pod sobą miałem głęboki dół, przed sobą wspomniany cmentarz, a dalej aleję lip przy szosie i fragment panoramy Międzyrzecza. Któregoś dnia stanąłem na krawędzi skarpy. Pod moim ciężarem się zarwała i poleciałem. O! jak ja poleciałem! Najpierw czułem przestrach, a potem wiatr w uszach i mrowienie, rozkoszne mrowienie w całym człowieku. Spadałem. Zaryłem się po pępek w kupę piachu u podnóża skarpy. Natychmiast przypomniały mi się dziecięce doznania z moich spadochronowych skoków przy użyciu parasola. Wtedy skakałem z dachu stodoły. Na jednym parasolu dało się skoczyć najwyżej cztery razy. Potem trzeba było się rozglądać za następnym albo naprawić uszkodzony.

Wygrzebałem się z piachu i pomyślałem: „To jest do powtórki”. Jeszcze wiele razy, ale już w pełni świadomie i pod kontrolą, dokonywałem powtórek. Kiedyś zaprowadziłem tam Zbycha. Skakaliśmy razem i wrzeszczeliśmy wniebogłosy. Jeszcze teraz, kiedy o tym piszę, robi mi się w środku jakoś tak przestronniej. Wtedy miałem wrażenie, jakbym wychodził z ciała i szybował jak ptak.

Zaraz za żwirownią na łagodnym stoku rosły piękne drzewa. Były tam duże akacje, lipy, sosny, gdzieniegdzie osadziły się dęby i klony, ale moją uwagę przyciągnęły, zaskakujące w tym miejscu, dorodne kasztany. To one zaprosiły mnie do siebie. Przedzierałem się przez gęsto rosnące tam jeżyny, spotykałem przekwitłe bzy i jaśminy. Teren się wypłaszczał, a wśród krzewów i zarośli sterczały poprzechylane w różne strony, kiedyś pionowe, kamienne płyty. Porośnięte mchami, poobtłukiwane, tkwiły tam w mroku, tajemnicze, jakby nie stamtąd. Moje zaskoczenie wzrosło, kiedy zbliżyłem się do pierwszej płyty i zobaczyłem na niej dziwne, ledwo czytelne znaki. Jeszcze bardziej zdziwiłem się, kiedy z trudem odczytałem liczbę pięć tysięcy pięćset… dwie ostatnie cyfry były nieczytelne. Nigdy przedtem nie byłem na kirkucie, ale ta liczba natychmiast mi uświadomiła, gdzie jestem. Długo stałem bez ruchu, wpatrując się w znaki na macewie. To przecież Żydzi liczą czas od szóstego dnia stworzenia świata. Tego dnia został stworzony człowiek. Teraz mają rok 5768. Dostrzegłem inne macewy, niektóre poprzewracane, poobtłukiwane. Pomału, powolutku, cichutko zbliżałem się do nich i odnajdywałem symbole: gwiazdę Dawida (nazywaną tarczą Dawida), błogosławiące ręce, ledwo widoczne i sznureczki hebrajskich liter. Dzwoniąca cisza, półmrok, zastygłe w bezruchu drzewa, zapach zbutwiałych liści i przebijające się przez gęstwę roślin cieniutkie sztylety promieni słońca sprawiły, że poczułem się jak intruz zakłócający spokój i tajemnicę tego miejsca. Wycofałem się ostrożnie, ale nie ostatecznie. Chodziłem tam nadal, ale rzadko i zawsze sam.

Którejś nocy przyśnił mi się starzec z długą siwą brodą, w dużym czarnym kapeluszu na głowie. Stał oparty o macewę i wyganiał mnie. Krzyczał: „Idź precz! Wynocha! Won! Ty nie jesteś nasz. Idź!”. Stałem nieruchomo. Wtedy on ruszył na mnie z groźnie wyciągniętym palcem, który z każdym jego krokiem się wydłużał. Obudziłem się, pewnie ze strachu, i długo nie mogłem zasnąć. Myślałem. To ja sam siebie wyganiałem, bo czułem się tam obcym i nieprzygotowanym do przebywania w tym miejscu. To minęło, ale zachęciło mnie do poznawania historii Żydów polskich. Nigdy później żaden poznany Żyd mnie nie „wyganiał”. Wręcz przeciwnie. Czułem się zapraszany do kontaktu.

Szedłem dalej. Po przekroczeniu przejazdu kolejowego, trochę pod górkę, w lewo, w leśną drogę i po chwili ukazywało się Głębokie. Plaża piaszczysto-trawiasta, uszkodzony niekompletny pomost i stary zdewastowany hangar na sprzęt pływający, po którym nie było śladu.

Byłem ja i nade wszystko czyściutkie, jasnoniebieskie przezroczyste wody Głębokiego.

*

Głębokie odkrył dla mnie Janusz, wspaniały kompan, szczupły, ale mocno i dobrze zbudowany, potrafił długo i daleko pływać. To Janusz stanowił trzon naszej paczki, do której należało jeszcze dwóch Zbyszków i Janek. W takim składzie najczęściej spotykaliśmy się w mieście, no i na Głębokim. Żeby do nas należeć, trzeba było spełnić proste kryteria: być niezawodnym, umieć dobrze pływać, dobrze nurkować i skakać na główkę do wody z różnych wysokości. Bardzo lubiłem nasze wyprawy na Głębokie. Przebywaliśmy tam godzinami. Dużo pływaliśmy. Organizowaliśmy różnego rodzaju zawody: pływanie długodystansowe, nurkowanie na odległość, na głębokość, na długość przebywania pod wodą. Liczył się czas od zanurzenia do wynurzenia. Osiągaliśmy czasy, nie wszyscy, powyżej trzech minut. Mnie też się to udawało. Wynurzałem się prawie nieprzytomny, ale zwycięski. Uff.

W naszych rozmowach pojawiały się wtedy postacie z czytanych przez nas książek, Karola Maya, Karola Bunscha, Hermana Melville’a. Ja często wprowadzałem w przestrzeń naszych wymian Józefa Ignacego Kraszewskiego, którego wtedy pasjami czytałem.

Kontakty z Głębokim, jego środowiskiem fauny i flory, a także z otoczeniem ludzkim, dzielę na dwa okresy: przed Bacalarusem i po Bacalarusie. Ten pierwszy dotyczył jeziora prawie dzikiego, odradzającego się po bytności okupantów (mam na myśli Niemców i Sowietów), jeszcze niewziętego w jasyr przez ośrodki wypoczynkowe z niewielką liczbą odwiedzających je osób, luźno ze sobą powiązanych. Oczywiście za wyjątkiem naszej paczki. Któregoś dnia Janusz nie przyjechał sam. Przedstawił nam Lucynę, smukłą, z długimi jasnymi włosami związanymi w koński ogon, dziewczynę. Ogromne niebieskie oczy patrzyły na nas z zaciekawieniem i jakimś zażenowaniem. Było nas pięciu, ona jedna. Przywitała się z nami po chłopacku, podając każdemu szczupłą, o długich palcach, suchą dłoń, mówiąc: „Cześć. Lucyna”.

Wszyscy orzekli, że Lucyna jest bardzo podobna do mnie, i została moją siostrą. Odtąd miałem trzy siostry: Emilię, Eleonorę i Lucynę. Dwie pierwsze nic o tej trzeciej nie wiedziały i chyba nie wiedzą do dzisiaj.

Lucyna się przyjęła. Chodziła z nami na dancingi, zostawała na ogniskach palonych nad Głębokim często do świtu. Gasiliśmy ogień i szliśmy oglądać wschód słońca. Kiedy słońce wychylało się zza drzew i jego promienie kładły smugi jak złote ścieżki na wodzie, wchodziliśmy w nie i płynęliśmy w dal niezmierzoną, poza horyzont, hen, hen…

W tym czasie odbywałem też samotne wyprawy moją balonówą damką – rowerem składakiem złożonym przeze mnie z kombinowanych części. Damka miała ramę, dwa koła o balonowych oponach, kierownicę i siodełko oraz pedały i łańcuch. Osiągałem na niej niezłe czasy. To na tej damce pod wieczór wyjeżdżałem na zachody słońca nad Głębokim.

Po latach wielu, kiedy siedząc na Pobojnej nad Biebrzą, oglądałem i przeżywałem zachody słońca, znalazłem w sobie podobny nastrój i podobne uczucia. Patrząc na zachodzące słońce nad Biebrzą, zobaczyłem w niekończącej się dali las, jezioro i trzciny. Te trzciny z Głębokiego połączyły się z biebrzańskimi w jedno. Chwilo, trwaj…

Trzciny, anteny wody i ziemi, z której wyrastają, ślą w kosmos i pobierają z niego energię. Błogosławiona wymiana i integrująca współzależność. To dlatego jeżeli jeden z elementów tego kręgu zaczyna szwankować, ma to wpływ na pozostałe i zakłóca harmonię wszechświata – no tak, bo nie tylko naszej Galaktyki.

Oho! To sobie poleciałem, że hej! Znad Biebrzy i Głębokiego w cały wszechświat.

My też łączymy w sobie nasze przeszłe przeżycia, doświadczenia, próbujemy je zaadoptować do teraźniejszości, aby móc je przenieść w przyszłość.

Lubiłem zachody słońca nad Głębokim. Kiedyś siedziałem tam z dziewczyną, milczeliśmy – chłonęliśmy otaczający nas świat i swoją bliskość, a kiedy słońce już się schowało, rozebraliśmy się szybko i powoli zanurzyliśmy się w wodach Głębokiego. Roztopiliśmy się. Zatraciliśmy granice naszych ciał. Zespolenie.

Nie zawsze było tam tak romantyczne i spokojnie. Zdarzały się spięcia i konflikty, a nawet bijatyki. Pewnego późnego popołudnia na końcu długiego pomostu zacząłem się rozgrzewać przed wieczornym pływaniem. Robiłem jakieś rozluźniające ćwiczenia, rozciągania, potem przeszedłem do pompek, stójek na rękach, mostków, gwiazd, przewrotów w przód i w tył, i w końcu saltem wskoczyłem do wody. Szybko wyszedłem na pomost, aby powtórzyć skok. Wokół nie było nikogo, tylko w pobliżu pomostu Janusz majstrował coś przy rowerze. Szykowałem się do skoku i wtedy, ni stąd, ni zowąd, pojawił się facet i zawołał: „Te, cyrkowiec, może poćwiczysz ze mną?”. Zbliżył się powoli, wymachując finką. Gościu nie zdążył zrobić kilku kroków, a potężny kop zwalił go do wody. Wpadając, wypuścił nóż. Na pomście stał Janusz.

– No to zaczęliśmy ćwiczyć, co?

Biedak taplał się, zanurzał, wstawał, padał…

– Ratunku! Ja nie umiem pływać. Ratunku!

Skoczyłem do wody i wyprowadziłem go na brzeg. Dołączył do mnie Janusz i odprowadziliśmy gościa za nieodległe krzaki, gdzie na kocu siedział i popijał z dzioba wino marki „Wino” kumpel niepływającego. Kiedy nas spostrzegł, zamrugał maślankowatymi oczkami i wybełkotał:

– O, Józuś kolegów przyprowadził, a nam się kończy śmaga i co tera…

Nie wdając się w dyskusję, pomogliśmy się zebrać kolesiom i odprowadziliśmy ich na szosę. Już ich nigdy nad Głębokim nie spotkałem.

*

Czyste wody Głębokiego zachęcały do nurkowania, penetrowania dna jeziora i oglądania jego podwodnego życia.

Psim swędem udało mi się odkupić maskę z fajką do oddychania i płetwy. Zaczęły się moje podwodne wyprawy. Najpierw pływałem zanurzony z wystającą jak peryskop nad powierzchnią fajką i oglądałem rośliny i ryby. Nie był to podwodny świat rafy koralowej, ale było to coś zupełnie odmiennego od tego, co widziało się w wodzie znad jej powierzchni. Czasem schodziłem na kilka metrów w głąb i odkrywałem wrak jakiejś poniemieckiej łódki, pokryty roślinami, jakimś nierozpoznawalnym dla mnie mchem wodnym. Kiedyś zauważyłem dużego szczupaka. Zacząłem za nim pływać. Przyczajał się przy dnie i stawał się niewidzialny, taki podobny do roślin porastających dno. Dopiero kiedy się ruszał, rozpoznawałem go i płynąłem za nim. On znowu znikał i tak w koło Macieju. Ja naiwniak myślałem, że uda mi się do niego podpłynąć od tyłu i złapać go za ogon, i będzie mój. Przypomniał mi się Karol Bunsch i jego Dzikowy skarb, a w nim opis, jak to Dzik łowił ryby. Zanurzając się w wodzie, zakładał na ogon co większej rybie pętlę, zaciskał ją i wyrzucał na brzeg. Chciałem tak jak Dzik. Ale ten szczupak nie. Nie dopuszczał mnie bliżej niż na jakieś dwa metry i ruszał dalej. Zabawa trwała długo. Traciłem rachubę czasu. Dopiero zmęczenie wywołane długim pływaniem pod wodą na bezdechu przywołało mnie do refleksji. Co ja robię? Płynąłem do brzegu. A szczupak, wyobraźcie sobie, jakiś czas płynął za mną.

Wiele miejsca wtedy w moich zainteresowaniach zajmował Jacques-Yves Cousteau, badacz głębin morskich, ekolog, filmowiec, konstruktor batyskafów. To dzięki niemu zainteresowałem się też wielorybami i delfinami. Dowiedziałem się, że są inteligentne, potrafią się uczyć, mają duże mózgi, porozumiewają się między sobą, mają swój język, są bardzo społeczne, tworzą klany, które różnią się sposobem komunikowania, uprawiają seks nie tylko w celach prokreacji. Ba! ratują rozbitków. Przeczytałem też jakieś opowiadanie o dziewczynie, która miała romans z delfinem. Spotykali się w którejś z zatok Morza Śródziemnego i razem pływali w jego czystych, ciepłych wodach.

Wtedy też zacząłem lansować wymyśloną przez siebie teorię, że to nie z małpami mieliśmy wspólnego przodka, ale właśnie z delfinami. Przodek ten był istotą wodno -lądową. Na skutek wyłaniania się z wód większych powierzchni lądów w drodze ewolucji część tych istot została w wodach (to właśnie delfiny), a część przeniosła się na ląd (to ludzie). Niestety moja teoria się nie przyjęła, a szkoda. Mnie się ona, niezależnie od nauki, dalej podoba. Chociaż to właśnie zdobycze nauki pozwalają nam dzisiaj rozumieć języki waleni, może jeszcze niezbyt precyzyjnie, ale myślę, że niedługo nauczymy się z nimi porozumiewać. Obiecujące, prawda? Żałuję, że w wodach Głębokiego nie występowały delfiny. Bo gdyby…

Mój romans z Głębokim brutalnie przerwało wojsko na całe długie dwa lata. I tak właśnie zakończył się czas przed Bacalarusem.

 

Leonard Weimann

 

Od redakcji: w 2015 roku odsłonięto pomnik upamiętniający międzyrzecki kirkut (na zdjęciu)

 

 

Wojska węgierskie w Międzyrzeczu

 

Węgry w czasie II wojny światowej  współpracowały z Niemcami. Stało się to za rządów admirała austrowęgierskiej floty - Miklósa Horthy, który był nazywany admirałem bez floty. Narzucony temu krajowi w 1920 roku tzw. traktat z Trianon, był dla Węgrów szokiem, z którego nie otrzęśli się właściwie do dziś. Kryzys gospodarczy i rewizjonistyczna propaganda spowodowały zbliżenie się Królestwa Węgier z III Rzeszą i przystąpienie w listopadzie 1940 roku do Paktu Trzech. Węgrzy pomimo walki u boku Niemców,  na wielu płaszczyznach kwestionowali politykę Hitlera. Przykładem mogą być węgierscy Żydzi, do których deportacji doszło już po obaleniu rządu regenta Hortyego. Kraj ten nie był także w stanie wojny z Polską, odmawiając nie tylko udziału w agresji na nasz kraj, lecz także nie godząc się na przejazd wojsk niemieckich przez węgierskie terytorium. Po kampanii wrześniowej 1939 roku wielu Polaków znalazło schronienie u węgierskich bratanków.

 

Pracując nad książką „Między Lagow a Łagowem” w 2014 roku, podczas wywiadów z byłymi mieszkańcami Łagowa, poznałem Otto-Karla Barsch z Berlina. Chciałbym państwu przedstawić fragment relacji, którą zebrałem podczas rozmowy z tym byłym żołnierzem Wehrmachtu. Otto -Karl  Barsch urodził się 1924 roku w nieistniejącej już dziś osadzie Waldowstrenk. Po wojnie była to leśniczówka Wałdowiec przy skrzyżowaniu drogi do Kostrzyna i Lubniewic. W XIX wieku znajdowała się tam stacja wymiany koni dla poczty dyliżansowej.

Otto-Karl Barsch w 1942 roku został powołany do służby wojskowej w jednostce w Skwierzynie. W trakcie walk na froncie wschodnim został dwukrotnie ranny: podczas walk pod Kijowem w 1943 roku oraz na Białorusi w 1944 roku. W trakcie radzieckiej ofensywy zimowej w styczniu 1945 roku był na urlopie rekonwalescencyjnym. Tak wspomina ten czas: Po pobycie w szpitalu w Bad Brambach 13 stycznia 1945 roku otrzymałem urlop zdrowotny, podczas którego pojechałem koleją przez Berlin i dalej przez Gorzów nad Wartą (Landsberg) do mojego miasta rodzinnego Lubniewice (Königswalde). W tym dniu była mroźna pogoda i czułem spokój, pomimo że front się zbliżał i wielu niemieckich żołnierzy zginęło na froncie. Wspominałem swojego brata, który był pilotem i nie powrócił  z nalotu na obce kraje oraz wujka zabitego gdzieś w Rosji.

Mój urlop zakończył się w sobotę 27 stycznia 1945 roku. Po pożegnaniu się z rodzicami, których jak się później okazało nigdy nie miałem zobaczyć, pojechałem do swojej jednostki. Jechałem w niemalże pustym pociągu przez Gorzów prosto do Międzyrzecza (Meseritz), gdzie formowano batalion zapasowy. 29 stycznia zostałem skierowany do służby wartowniczej przy głównej bramie wjazdowej do koszar. W nocy otrzymaliśmy meldunek telefoniczny, że rosyjskie czołgi są już w Kaławie (Kalau). Przekazaliśmy ten meldunek do dowództwa jednostki. Na następny dzień został ogłoszony rozkaz ewakuacji. Koszary były podzielone jakby na dwie jednostki i w tym czasie stacjonowała w Międzyrzeczu także jednostka wojsk węgierskich. Wszystkich żołnierzy w koszarach było około 600 osób, z czego większość to byli żołnierze niemieccy. W kolumnie marszowej opuściliśmy koszary i zajęliśmy stanowiska na linii  Ostwalls (MRU).

 

Jak wynika z dalszej relacji, Węgrzy po opuszczeniu koszar w Meseritz ewakuowali się na zachód i nie obsadzali stanowisk w linii Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Jednostka ta należała najprawdopodobniej do 8 dywizji uzupełnień. W tym czasie większe zgrupowania Węgrów były także w koszarach w Świętoszowie, Ciborzu, Sulechowie i Gorzowie. Pomimo że Węgry pozostały u boku Hitlera do samego końca, dowództwo niemieckie Honwedom nie ufało. Nie byli dostatecznie uzbrojeni i wyposażeni, traktowano ich jako wojska pomocnicze. Faktem jest też, że Madziarzy już przy schyłku wojny unikali walki, chociaż znane są przypadki udziału ich w walkach między innymi w okolicach Jarocina. Rosjanie traktowali ich podobnie jak Niemców i znanych jest wiele przypadków rozstrzeliwania jeńców węgierskich na przykład podczas walk o Poznań czy Kostrzyn.

Od wielu lat archiwizuję wspomnienia świadków z czasów wojny i pionierów Ziem Odzyskanych. Relacja pana  Barscha jest niezwykle ciekawa pod wieloma względami i jest pierwszą znaną mi informacją o pobycie żołnierzy wojsk węgierskich w Międzyrzeczu.

 

Andrzej Chmielewski

 

 

 

O staropolskich Godach i karnawałowych szaleństwach

 

            Minęło wprawdzie Boże Narodzenie, ale nie minęły Gody, które trwały niegdyś od Wigilii do Trzech Króli włącznie. Za komuny zniesiono święto Trzech Króli i dopiero niedawno stało się ono dniem wolnym od pracy, co pozwala wiernym swobodnie uczestniczyć w obrzędach religijnych. Urządzane są uroczyste pochody w koronach, co cieszy zwłaszcza dzieci.

Jak wspominam święta? Głównym akcentem pozostaje nadal wieczerza wigilijna. W bogatszych domach musiało być 12 potraw – tyle, ilu było apostołów. Były różne gatunki ryb i zupa –  barszcz z uszkami. U nas najczęściej była grzybowa z nazbieranych przez nas latem grzybów i smażone uszka z grzybami. Na tę zupę czekało się cały rok. Raz tylko ugotowałam ją latem i oparzyłam sobie rękę. Żartowałam, że to kara boska za profanację zupy wigilijnej, a brat stwierdził, że latem nie ma ona uroku. Zdarzyło się, że nie dostaliśmy ani jednej ryby. Mieliśmy tylko jakąś konserwę i śledzie z beczki. W ostatniej chwili przyjechał z wojska brat Andrzej. Nie ma ryby, zapytał,  zaczekajcie – gdzieś wybiegł i szybko wrócił z jedną rybą. Byliśmy ciekawi, skąd ją wziął. Otóż spotkał na moście kolegę i zapytał go – co masz w teczce? Ryby, To daj jedną. I w ten sposób mieliśmy po kawałeczku smażonej ryby. Później były desery – musiały być dwa kisiele – biały mleczny gotowany z laską wanilii i czerwony – z żurawin, bo taki jest najsmaczniejszy, lub w ostateczności z porzeczek. Za Bugiem gotowaliśmy też kisiel owsiany – był szarego koloru, lekko kwaskowy. Był kompot z suszonych owoców i gotowane śliżyki albo pieczone łamańce z makiem. Za Bugiem jedliśmy też kutię. Nie wszystkie potrawy jednakowo lubiliśmy, ja żartobliwie dzieliłam je na jadalne i niejadalne. Dania wigilijne dojadało się w następnych dniach, jedne znikały natychmiast, nie miała powodzenia kutia, owsiany kisiel i śliżyki, więc przestaliśmy je robić, zostawiliśmy te, które naprawdę lubiliśmy. Wśród suszonych owoców  na kompot były też figi. Przypomniały mi się czasy studenckie, gdy uczyłam się języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. W tym języku figi to smoky. Gdy w Bułgarii kupowałam u staruszki na ulicy brzoskwinie, pewnie z jej ogródka, powiedziała „broszky”. Chciałam ją uścisnąć za to, że przypomniała mi ten piękny, stary słowiański język. A cytat z Biblii „drzewo figowe przy drodze” to „smokownica pri pąti”. Do dziś mnie to bawi…

            Po deserach było rozdawanie prezentów, które czekały pod choinką. W naszym dzieciństwie były one ubożuchne, ale dawały dużo radości. Choinka musiała być koniecznie. W jej blasku ginęły zmartwienia i kłopoty. Na choince ozdoby przeważnie własnej roboty. Teraz nie widuje się łańcuchów klejonych z kolorowego papieru. Szkoda, bo są bardzo ładne. Po prezentach była herbata i ciasta – makowce i pierniki. Po wieczerzy wigilijnej, kto miał jeszcze trochę sił, szedł na Pasterkę.

            W dawnej Polsce po świętach zaczynały się zapusty, zwane później karnawałem. Odbywały się wtedy polowania, wesela, huczne zabawy połączone często z obżarstwem i pijaństwem, co gorszyło duchownych i świeckich moralistów. Znakomity tłumacz Biblii ks. Jakub Wujek (1541 – 1597) gromił zapusty wołając „od czarta wymyślone”, a Mikołaja Reja szczególnie gorszyły maskarady. Wielką popularnością cieszyły się kuligi. Sąsiedzi umawiali się i w kilka sań oraz konno odwiedzali dalsze dwory. Zaskoczony gospodarz musiał nieoczekiwanych gości przyjąć, po czym przyłączał do kuligu. Panie, otulone w futra, jechały saniami, mężczyźni konno. Kuligowi towarzyszyła konno służba, oświetlając nocą drogę pochodniami.  Staropolski kulig przedstawiał więc obraz barwny i hałaśliwy, gdyż podochoceni alkoholem panowie często strzelali na wiwat, czasem, by przepędzić stado wilków, częściej zaś z nadmiaru fantazji. Na zapusty smażono pączki i faworki.

            Za panowania Augusta III ks. Jędrzej Kitowicz pisał: „staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko, mógłby go był podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak lekki, że ścisnąwszy go w ręku, znowu się rozciąga i pęcznieje jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska”. Pączki polskie już wtedy mogły konkurować z wiedeńskimi. Dziś jeszcze mieszkańcy Warszawy zjadają w Tłusty Czwartek ponad  2 miliony pączków cukierniczych, nie licząc smażonych w domach. Pamiętam słynne pączki w cukierni Bliklego na Nowym Świecie. Dopiero Środa Popielcowa kładła kres szaleństwom. Rozpoczynało się długie panowanie postnego żuru i śledzia. Ambasador Turcji donosił sułtanowi: „Chrześcijanie w zimie szaleją, dopiero jakiś proszek sypany w kościele na głowy, ich uspakaja”. Nam w tym karnawale szaleństwa raczej nie w głowie. Ograniczona ilość osób w lokalach, tysiące nowych zachorowań na covid dziennie powodują, że spędzimy zapusty raczej w domu w gronie najbliższych.

           

Czytelnikom i Redakcji życzę zdrowego i szczęśliwego Nowego Roku.

 

Krystyna Hulecka

 

Korzystałam z książki Marii Lemnis i Henryka Vitry : „W staropolskiej kuchni…”

 

 

MIĘDZYRZECCY BIEGACZE W BRUKSELI

Maraton sztafet „Relaks Givre’s” (nazwa oryginalna) - 2002 r.

 

Dzisiejszy artykuł rozpocznę w stylu jakby rodzic opowiadał dzieciom bajkę na dobranoc.

Dano temu, bo pod koniec 2001 roku na adres MOSiW, a osobiście na moje imię i nazwisko, co dla mnie było sporym zaskoczeniem, przyszło zaproszenie z Brukseli na udział biegaczy międzyrzeckich w maratonie sztafet „Relaks Givre’s”. Uznałem to za żart primaaprilisowy, a że nie było to1 kwietnia, postanowiłem ten temat omówić z  Krzysztofem Kochanem. Zwróciłem się do niego z propozycją, żeby podjął się kompletowania składu sztafety i obiecałem mu, że „stanę na głowie”, aby nasz wyjazd na tak oryginalne zawody doszedł do skutku. Przecież dwadzieścia lat temu, kiedy Polaków obowiązywały kontrole na zachodniej granicy niecodzienne było to, by można było otrzymać z „Zachodu” zaproszenie na udział w jakiejś imprezie. A sam fakt, że my, mieszkańcy Międzyrzecza, możemy zaistnieć w unijnej stolicy był dodatkową satysfakcją. Zaproszenie, jak i sam wyjazd do stolicy Belgii był wówczas dla wszystkich uczestników tamtej eskapady wielką niewiadomą, stąd niewiele osób wierzyło, że nam się to uda. Z tego powodu najpierw drogą „mailową”, a następnie telefoniczną nawiązaliśmy kontakt z Zenonem Łupiną, dyrektorem Centrum Polskiego w Brukseli, autorem tego zaproszenia. W nawiązanej korespondencji dowiedzieliśmy się, że on pokrywa cały nasz pobyt i koszty udziału w zawodach, a do nas należało  pojawienie się u niego na czas oraz sam start w maratonie. Dzisiaj, kiedy piszę ten tekst, przypominam sobie jak sporą zagadką do rozwiązania zarówno dla nas, jak dla samego zapraszającego był fakt, że my do tej pory w ogóle się nie znaliśmy. Kiedy po kilku dniach rozmów z kolegami Krzysztof Kochan ogłosił mi męski skład ekipy, który nie tylko wyraził zgodę na wyjazd, ale miał też ważne paszporty, pozostało nam spełnić jeszcze jeden warunek regulaminu jakim był udział kobiety

w sztafecie. Po spełnieniu i tego wymogu przyszedł czas na kolejne sprawy organizacyjne i na moją rozmowę z Leonem Kalotą, który wyraził zgodę, by użyczyć nam na wyjazd swojego busa, ale pod warunkiem, że sam zasiądzie za jego kierownicą. Dawało to nam dodatkową gwarancję bezpiecznego dotarcia do celu, lecz do pełni szczęścia brakowało jedynie środków na paliwo. Zwróciłem się do  ówczesnych włodarzy miasta, którzy niestety nie potrafili znaleźć w budżecie 1.500 złotych i odmówili nam  pokrycia kosztów transportu. Pomocną dłoń wyciągnął do nas Kazimierz Puchan, który w tamtym latach pełnił funkcję starosty powiatu międzyrzeckiego. Dzięki jego wsparciu i pomocy dodatkowej kilku drobnych darczyńców, którzy przekazali nam produkty spożywcze i owoce „żebyśmy w drodze nie umarli z głodu”, mogliśmy w piątek 25 stycznia 2002 r. we wczesnych godzinach rannych wyruszyć na podbój Zachodniej Europy, nie wiedząc tak naprawdę, co nas czeka w stolicy Belgii. Teraz po dwudziestu latach wyznać muszę, że jeszcze przed wyjazdem choć nie znaliśmy ani formy zawodów, na które właśnie mieliśmy się udać, a tym bardziej wartości przyszłych rywali, to bardzo liczyliśmy, że uda nam się osiągnąć dobry wynik. A już w trakcie wielogodzinnej podróży sami zaczęliśmy oceniać szanse naszej ekipy, która udawała się do Brukseli, by poza granicami kraju reprezentować nie tylko przecież Międzyrzecz. Dzięki umiejętnościom naszego „przewoźnika” bez większych problemów dotarliśmy wieczorem do Brukseli, gdzie dyrektor Centrum Polskiego Z. Łupina zaprosił nas na kolację. Dzisiaj z uśmiechem na twarzy przypominam sobie jak wielkie zdziwienie pojawiło się w oczach niektórych kolegów, gdy na stołach pojawiła się m. in. kaszanka, ale jeszcze większe zdziwienie zapanowało, lecz tym razem na twarzy gospodarza, kiedy po kolacji przyszedł czas na prezentację naszej sztafety. Zaskoczony został wiadomością, że większość to przedstawiciele służb mundurowych: Jacek Jackowiak i Zbigniew Kolis – obaj wtedy reprezentowali 17 Wielkopolską Brygadę Zmechanizowaną, Sylwester Osiński – funkcjonariusz policji oraz para „cywili” Barbara Krawczyk i Krzysztof Kochan. Z tamtą ekipą do unijnej stolicy wybrali się też wcześniej wymieniony L. Kalota, Dariusz Brożek jako dziennikarz „Gazety Lubuskiej” i autor artykułu. Kiedy 26 stycznia 2002 r. rano udaliśmy się na tereny, gdzie miała przebiegać rywalizacja sztafet, nikt z nas nie spodziewał się, że będzie cieszyła się ona aż tak dużym zainteresowaniem. Na starcie pojawiło się bowiem blisko dwieście pięcioosobowych sztafet, które miały do pokonania dystans 44 km, a w tym gronie my, jako  jedyna ekipa tzw. „bloku wschodniego”, co wśród organizatorów i mediów wzbudziło spore zainteresowanie.

  Po latach, kiedy wspominam tamten debiutancki start w Belgii, wracam do sytuacji, jak spore trudności miał spiker zawodów, który prowadził relację w dwóch językach: flamandzkim i francuskim z informacją - z jakiego miasta pochodzimy. Ponieważ już od samego startu Barbary Krawczyk i przez wszystkie kolejne zmiany plasowaliśmy się w czołówce rywalizacji, byliśmy bardzo widoczni. Z językowej opresji wybawił go nasz gospodarz Zenon Łupina, który zadowolony z naszej postawy już na początku biegu w niezwykle widowiskowym stylu wdrapał się na kilkumetrową platformę, by wytłumaczyć mu, jak należy prawidłowo wymawiać Międzyrzecz.

Sportowy sukces jaki wówczas osiągnęli nasi biegacze –przypomnę - 4 miejsce w ogólnej klasyfikacji, na 196 startujących sztafet i triumf w kategorii  stowarzyszeń zaowocował gorącym aplauzem ze strony kilkusetosobowej widowni, której spora część utworzyła fantazyjny „szpaler”, gdy wchodziliśmy na scenę, żeby odebrać nagrodę od organizatorów. Trudno jest dzisiaj opisać radość, jaka panowała w naszej ekipie w drodze powrotnej do miejsca zakwaterowania, gdzie w trakcie uroczystej kolacji przełamaliśmy towarzyskie lody z dyrektorem Centrum  Polskiego. A na drugi dzień dzięki niemu mieliśmy możliwość zobaczyć na własne oczy najważniejsze miejsca w Brukseli - budynki Parlamentu Europejskiego, Pałac Królewski, siedzibę NATO, symbol atomu, przepiękną starówkę, a tam pomnik „mannekena pisa”, czyli sikającego chłopca. O nocnym wypadzie po ulicach miasta i atrakcjach stolicy Belgii raczej nie wypada mi napisać.

Nasz trzydniowy pobyt został na koniec okraszony uroczystym obiadem i to w prawdziwej chińskiej restauracji, gdzie byliśmy jako jedyni z gości obsługiwani przez właścicieli lokalu. W ostatnim zdaniu mojego artykułu przypominam czytelnikom, że to wszystko działo się pod koniec stycznia 2002 roku.  

           

„Zrobiliście więcej dla Polski niż niejeden polityk, czy urzędnik” – takimi słowami 20 lat temu żegnał biegaczy międzyrzeckich Zenon Łupina, dyrektor Centrum Polskiego w Brukseli.

 

Jerzy Rudnicki

 
 

Z zapaśniczej  maty

Grudniowe zawody zapaśnicze w Trzcielu zamknęły działalność „Orląt” w 2021 roku w zakresie pozaklubowych spotkań sportowych. Był to ze względów pandemii niełatwy rok, mocno ograniczone były wszelkie masowe imprezy, turnieje, pokazy. Zapaśnicy byli więc spragnieni międzyklubowych rywalizacji, a także tej wyjątkowej atmosfery, która zawsze towarzyszy zawodom. Toteż Ogólnopolskie Zawody Zapaśnicze Młodzików, które odbyły się 5 grudnia w Hali Sportowej im. Moniki Michalik w Trzcielu, cieszyły się dużym powodzeniem. Były to bardzo udane, pod każdym względem - zawody, chociaż covid   narzucił im pewne rygory. Liczba klubów i zawodników była ograniczona, ale to nie umniejszyło rangi imprezy, a wręcz nadało jej specyficznego, kameralnego charakteru. Wielu zawodników pierwszy raz startowało w zawodach, zaliczyli tzw. „pierwszy krok zapaśniczy”. Było to dla nich niezwykłym przeżyciem, tym bardziej więc starali się osiągnąć jak najlepsze wyniki. I to się im na ogół udało. W zawodach uczestniczyło 5 klubów z 3 województw. Były to – „Orlęta” Trzciel, „Tygrysy” Kąty Wrocławskie, „Sobieski” Poznań, „Akademia Zapasów” Nowy Tomyśl oraz „Start” Długołęka. W punktacji drużynowej I miejsce z wynikiem 34 punktów zdobyli zapaśnicy „Orląt”. Na ten sukces złożyły się złote medale – Laury Minge, Karoliny Fietz, Magdaleny Śpiewak, Marcelego Terleckiego, Adama Bauzabia, Sviatoslava Byrheu i Kacpra Fietza. Było to 7 pierwszych miejsc. Natomiast srebra wywalczyli – Oskar Szrama, Damian Kuryś, Jakub Minge i Armin Bauzabia. Cenne III miejsca i brązowe medale trafiły do Antoniego Rakoniewskiego, Mikołaja Jezierskiego i Adama Szymkowskiego. Dla wszystkich medalistów jest to duży sukces oraz zachęta do dalszych, intensywnych i wytrwałych treningów. A przykładów do naśladowania mają sporo, bo przecież z „Orląt” wyszło wielu znanych zapaśników, między innymi ich trenerzy – Monika Michalik i Mieczysław Kuryś. W trakcie zawodów odbyły się pokazy zapaśnicze w wykonaniu utytułowanych wychowanków „Orląt” - Jana Chojnackiego, Grzegorza Hildebranda i Adama Fietza. Brał w nich również udział zawodnik „Akademii Zapasów” Nowy Tomyśl – Oliwier Skrzypczak. Niezwykłym akcentem zawodów, a właściwie ewenementem były walki dziewcząt, które na macie walczyły razem z chłopcami. Ze względu na to, że walczyła tylko trójka dziewcząt i to z jednego klubu, nie było osobnych konkurencji. Dziewczyny nie miały żadnych ulg, nawet wagowych. Pokonały na macie chłopięcych rywali i wszystkie zdobyły złota. Może w ten sposób narodzą się następczynie Moniki Michalik? Zawody uroczyście otworzył członek zarządu powiatu międzyrzeckiego Dariusz Orzeszko. Doping był wyjątkowy, bowiem wśród licznych kibiców było wielu rodziców startujących zapaśników. Atmosfera była prawdziwie sportowa i sprzyjająca zawodnikom. Medale, dyplomy, puchary i słodkie upominki dodawały imprezie atrakcyjności. Widzowie również mogli się częstować wyśmienitymi ciastami, które upiekły mamy trzcielskich zawodników. Rodzice więc także spisali się na medal.

 Organizatorów Ogólnopolskich Zawodów Zapaśniczych Młodzików wsparli w działaniach – Urząd Marszałkowski Województwa Lubuskiego, Starostwo Powiatowe Międzyrzecz, Gmina Trzciel oraz Lubuski Bank Spółdzielczy. Organizatorzy składają im serdeczne podziękowania.

Jadwiga Szylar

 Tadeusz Michalik na Wojskowych Mistrzostwach Świata w Iranie zdobył brązowy medal. Gratulacje! Jest na liście najlepszych polskich sportowców roku 2021 i bierze udział w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Głosujcie na Tadeusza Michalika, sportowca z naszego powiatu.

 

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.