Do przemyślenia…

            - NIE MYLI SIĘ TYLKO TEN, KTO NIC NIE ROBI… Sprawdza się to przysłowie i u nas. Zamiast lipca zobaczyli Czytelnicy na okładce Powiatowej czerwiec. Przepraszam. Mam nadzieję, że widok utalentowanych dzieci trochę usprawiedliwia naszą wpadkę. W czerwcu były kwiaty na okładce. Numer oddajemy do drukarni zawsze około 23 każdego miesiąca i … stało się. Wiele razy przekonałam się, że kilka razy czytam teksty i robię korektę bardzo rzetelnie, ale i tak się coś znajdzie.

            - WRAKI NA PARKINGACH . Dzwonią czytelnicy, że w Międzyrzeczu na ulicach i parkingach stoją od lat wraki samochodów. W kołach już rośnie trawa, szyby brudne, farba odpada. Takie wraki blokują miejsce, ale nikogo to nie interesuje. Czy to znowu „święta własność”? Tak jak na ulicy Kazimierza Wielkiego, gdzie od lat nie ma rady na biznesmena, który nie kosi swojej działki i chwasty coraz wyższe. I w dodatku ktoś pod drzewem zrobił sobie śmietnik i śmieci coraz więcej. Ja wiem, że wraki na ulicach to problem ogólnopolski, ale mnie interesuje moje miasto i od lat apeluję do urzędników odpowiedzialnych za porządek w mieście, żeby wstali zza swoich biurek i pochodzili po ulicach, spisali stosowne notatki i ustalili termin uporządkowania „świętej własności”.  Ale może oni nie mogą wyjść z ratusza?

            - „NA KOMINIARZA”- to kolejny sposób zarabiania pieniędzy na naiwnych.  Piątek rano, 8 lipca, godzina 9,30, dzwonek do drzwi. Za progiem stoi przystojny chłopak w kominiarskim ubraniu, bez cylindra. Wygląda sympatycznie i składa życzenia z okazji święta kominiarza. Uśmiecha się, wręcza kartkę z życzeniami, wierszykiem i kolorowanką dla dzieci, a my dziękujemy i sięgamy do portfela. Jak tak obleci kilka kamienic, bloków i domków, to już nie musi pracować.  Święto strażaków i kominiarzy pod patronatem św. Floriana jest wprawdzie w maju, ale jak można coś zarobić, to i w lipcu można świętować. Całe szczęście, że kalendarza nie sprzedawał. Ale nie dajcie się nabrać.

            - KOLUMBARIUM – czyli przechowalnia urn z prochami zmarłych  rozpoczyna działalność na międzyrzeckim cmentarzu.  Jedni mówią, że daleko, pod lasem, inni, że im ta lokalizacja odpowiada. Ja wolałabym przenieść śmietniki za ogrodzenie i w tym miejscu postawić kolumbarium. Biuro do załatwiania spraw organizacyjnych mieści się koło PUBR-u. Trzeba wypełnić wniosek, dostarczyć akty zgonu i oświadczenia wszystkich żyjących członków rodziny. Opłata na 100 lat za skrytkę na parterze i na górze wynosi 1500 zł, a w środkowej części 2000 złotych. Pierwszy raz zobaczyłam kolumbarium w latach 90. XX wieku na paryskim cmentarzu Pere Lachaise, na początku drogi do królestwa zmarłych wielkich i zwykłych ludzi. Wypalone znicze i zwiędłe bukieciki kwiatów zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Uważam że kolumbarium to świetny pomysł, bo widok zaniedbanych i zapomnianych grobów jest bardzo smutny.

            - SPRZEDAM WESELE. Takie informacje pojawiają się coraz częściej w Internecie. Zaczęłam szukać przyczyny, która okazała się bardzo prozaiczna. I wcale nie chodzi o rozstania i koniec miłości, tylko o pieniądze. Domy weselne i menu zamawia się dużo wcześniej, bo kolejka chętnych. Trzeba wpłacić zaliczkę z zastrzeżeniem, że w razie zmiany decyzji – zaliczka przepada. A tu ceny rosną, inflacja ma tendencję zwyżkową i przyjęcie ślubne coraz droższe. Kandydaci na małżonków wolą więc czasem zrezygnować  z wystawnych wesel i szukają kandydatów na zarezerwowane wcześniej miejsce i możliwość odzyskania zaliczki.

            - INFLACJA!  To słowo słyszymy od rana do wieczora. Ceny produktów szaleją, ale mnie najbardziej przeraża cena chleba. Dwie dorosłe osoby niewiele go potrzebują, a przecież trójka dorastających dzieci potrafi zjeść coraz mniejsze bochenki na jedno posiedzenie. No i zaczyna chleba brakować – 15 lipca  o godz. 15.20 w popularnym markecie nie było chleba, bułek, bagietek, nic. To, że nie ma chipsów, mnie nie dziwi, ale że nie ma pieczywa – to już bardzo. W błyskawicznym tempie znika cukier i mąka. Moje znajome pieką chleb, może i ja się nauczę. Nie mam umiejętności piekarniczo – cukierniczych, ale placek drożdżowy z owocami uwielbiam i gdybym piekła, to bym jadła – z efektem konieczności wymiany garderoby.

            - NAD BAŁTYKIEM – Parawaning trwa. Już od czwartej rano (najczęściej panowie) rozstawiają parawany, żeby zaznaczyć swoje terytorium, potem rodzice za parawanem raczą się piwkiem, dzieci wrzeszczą i sypią piaskiem, ceny ryb, frytek i gofrów poszybowały w górę, a nad deptakami unosi się zapach przepalonego oleju. Ale kochamy polskie morze, szum fal i tupot białych mew… Też jadę do Rogowa, gdzie plaża  blisko, nie ma tłoku i jakby mniej parawanów.

Izabela Stopyra

redaktor naczelna

 

 

 

 

   Zatrzymaj się

 

Zatrzymaj się czasem w swym biegu przez życie

by dostrzec w nim rzeczy małe

bo możesz przeoczyć i mieć już za sobą

to co w nim było wspaniałe

 

zatrzymaj się czasem by dać sobie szansę

na radość i szczęścia chwile

bo się okaże że życia w twym życiu

niewiele - ile?

 

zatrzymaj się czasem by z boku popatrzeć

z dala widać najlepiej

może odkryjesz że nie znasz siebie

jakim jesteś człowiekiem

 

zatrzymaj się czasem i pochyl z pokorą

nad wszystkim co wokół ciebie

nie musisz udawać rywalizować

by być szczęśliwym i wiedzieć

jak żyć

      zatrzymaj się.

 

Halina Relich

 

Leonard Weimann – od kabaretu do poezji…

            Spotkaliśmy się po wielu latach. Nie będziemy ich liczyć, ale rozmawialiśmy jakby tych wielu lat nie było. Drukujemy twoje wiersze, wspomnienia i eseje, a teraz mam okazję porozmawiać o twojej życiowej drodze – daleko od Międzyrzecza. Razem z Małgorzatą siedzimy przy kawie w gościnnym domu twojej siostry Eleonory Strychały.

- Leonard, opowiedz o sobie, swoim życiu i zainteresowaniach.

- Wiele lat temu wyjechałem z Międzyrzecza. Analizując swoje życiowe wybory doszedłem do wniosku, że jest we mnie jakiś atawizm. Moje życie było zawsze związane z rzekami. Najpierw w Międzyrzeczu była Obra i Paklica. Tu było moje dzieciństwo, łowienie ryb i szalone wyprawy Paklicą pod prąd do jeziora w Skokach. Skończyłem technikum weterynaryjne i po maturze przez rok byłem kierownikiem szkoły w Dąbrówce Wielkopolskiej. To był bardzo intensywny rok i wspominam go z rozrzewnieniem. Ćwiczyłem z uczniami mocno i uparcie różne sporty, wykosiliśmy wszystkie drużyny w okolicy. W szkole bardzo prężnie działał Komitet rodzicielski i rodzice zaproponowali założenie teatru. Czemu nie? Wystawiliśmy „Skąpca” Moliera. Premiera odbyła się w Dąbrówce z udziałem księdza proboszcza - w pierwszym rzędzie na fotelu. Proboszcz był zaangażowany w nasz teatr i organizował nam widownię, mieliśmy nawet dwa przedstawienia w międzyrzeckim kinie. Dąbrówka to była bardzo muzykalna wieś - w każdym domu był instrument muzyczny, a kobziarze  słynęli nie tylko w okolicy. Chyba mnie tam lubili. Mieszkałem na stancji, zapraszali mnie do domów na obiady, a zimą na kuligi. To był bardzo piękny okres w moim życiu. Ożeniłem się i znalazłem się w Starachowicach nad rzeką Kamienną. Skończyłem na Uniwersytecie Marii Curie -Skłodowskiej w Lublinie pedagogikę i zacząłem pracować w świetlicy socjoterapeutycznej. Z zespołem świetlicy ułożyliśmy scenariusze zajęć dla nauczycieli na lekcje wychowawcze „Spójrz inaczej”, które do dzisiaj mogą być realizowane. Zrobiłem na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie studia podyplomowe z psychologii rozwojowej i jeździłem z wykładami po całej Polsce. W zespole poznałem moją żonę Małgorzatę, zamieszkaliśmy w Radomiu nad Radomką, a od 1997 roku we Wrzosowie nad rzeką Pacynką. I to jest takie moje miejsce na ziemi.

 

- Faktycznie, każde miejsce związane jest z rzeką – Obra, Paklica, Radomka i Pacynka. Ale co z tą Biebrzą, tytułową bohaterką twojego poetyckiego zbiorku?

- Otóż, poznałem i zaprzyjaźniłem się ze Sławomirem Izakiem, który zapoznał mnie z Biebrzą i tak do dzisiaj po tej rzece pływamy. Biebrza jest wyjątkowa, płynie wśród wysokich pięciometrowych trzcin, jest cicho, pięknie i słychać tylko odgłosy natury. Można płynąć dwa dni i nikogo nie zobaczyć. I tam odkryłem Pobojną Górę, która wcale nie jest górą tylko pagórkiem, na którym powstał gród. Postawiliśmy tam kamień z Różą wiatrów i umieściliśmy mój tekst, do którego ułożyłem też melodię:

Pobojna, ach Pobojna,

jak panna jesteś strojna,

nad Biebrzą zasiadłaś

wędrowcom serca skradłaś…

    A Biebrza od lat płynie we mnie.

 

            - Zadomowiłeś się już we Wrzosowie?

- Wrzosów to od lat przedwojennych takie miejsce odpoczynku dla radomian. Leży w otulinie puszczy kozienickiej, niedaleko od źródełek królewskich związanych z Władysławem Jagiełłą, należy do gminy Jedlnia Letnisko. Mam wokoło ciekawych ludzi, działa prężnie Towarzystwo Przyjaciół Wrzosowa i Jedlni Letnisko, organizujemy wystawy, robimy spektakle teatralne, piszę felietony „Z mojego okna”, a w Starym Dworcu Kultura odbywały się wieczory poetyckie „Leonard zaprasza”. Po dwóch latach pandemicznej przerwy życie kulturalne zaczyna się odradzać. Wydałem tomik poezji, w przygotowaniu drugi, piszę równocześnie wspomnienia dotyczące mojego życia - od przyjazdu z Linia koło Lwówka Wlkp. przez Lutol Suchy do Międzyrzecza. Jeszcze mi się życie nie znudziło. Mam co robić – rzeźbię w drewnie, w kamieniu, lepię z gliny różne cudeńka i wypalam je w specjalnym piecu. Ostatnio wziąłem się za malowanie na płótnie i „martwa natura z cytryną” spodobała się mojemu przyjacielowi, który jest znanym artystą malarzem. Jestem też wolontariuszem – w każdą środę o godz. 11.00 spotykam się z mieszkańcami Domu opieki i od trzech lat szukamy odpowiedzi na pytanie – jak żyć? A tak w ogóle to moją misją jest pomaganie ludziom, którzy chcą sobie pomóc.

- Piszesz wspomnienia o swoim życiu. Czy jest w nich Międzyrzecz?

- Międzyrzecz to dla mnie bardzo ważne miejsce, takie „Ruchome święto” jak powiedział Hemingway. To takie wakacje, które chce się znowu przeżyć. Tyle wspomnień, ciekawych miejsc, serdecznych kolegów. W Międzyrzeczu był kabaret BAKALARUS i wspaniała Lucyna Leyko, dusza kabareciarzy, która odkryła moją poetycką duszę. Nie martwię się tym co będzie, jestem już w podróży wiele lat, ale wcale nie zamierzam odpoczywać…

 

Dziękuję.

Izabela Stopyra



 

Z Jolantą Maćkowiak o chromoterapii

 

            Jolanta Maćkowiak jest instruktorem reintegracji zawodowej w Warsztatach Terapii Zajęciowej (WTZ) w Domu Pomocy Społecznej w Międzyrzeczu.  Jest też koordynatorem działań związanych z rozwojem umiejętności zawodowych i przygotowaniem uczestników WTZ  do rynku pracy. Warsztaty, spotkania z doradcami zawodowymi, pracownikami Ośrodka Pomocy Społecznej, Urzędu Pracy, Młodzieżowego Centrum Kariery przy OHP i wszystkimi instytucjami wspierającymi osoby niepełnosprawne i bezrobotne zwiększają ich możliwości oraz umiejętności i pomagają wejść na rynek pracy.

 

W dniach 28 – 29 czerwca odbyły się w  międzyrzeckim Domu Pomocy Społecznej

  I Warsztaty Chromoterapii.

 

Artetarapia, chromoterapia, koloroterapia - czyli leczenie kolorami, barwami - to jedna z niekonwencjonalnych metod działania na zmysł wzroku, którą już Hipokrates stosował w leczeniu pacjentów.

Spotkanie zorganizowała Jolanta Maćkowiak przy współudziale Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Zielonej Górze oraz Centrum Informacji i Planowania Kariery Zawodowej Oddział w Gorzowie Wlkp. Warsztaty prowadziła Bożena Sumińska.

 

O chromoterapii rozmawiam z Jolantą Maćkowiak

 

- Pani Jolu, ile osób wzięło udział w warsztatach i jak przebiegały przygotowania?

- Takie warsztaty odbywały się w naszym Domu i w województwie pierwszy raz. Grupa była liczna i chętna do nowych wyzwań. W zajęciach uczestniczyli: Anita, Monika, Honorata, dwóch Krzysztofów, Izabela, Łukasz, Alicja, Grzegorz, Janina, Marzena, Zuzanna, Paweł, Aleksandra, Filip i Przemysław. Dla uczestników przygotowałam wzory (podobrazia), farby, płótna i miejsca pracy, na których tworzyli swoje kompozycje. Co ważne – farby były akrylowe, bo łatwo je zmyć, a w pracy twórczej można się pobrudzić.

 

- Do czego służą wydrukowane wzory?

- Takie wzory to ważny element przygotowania do pracy. Uczestnicy warsztatów poznali całą gamę kolorów podstawowych i pokrewnych. Nauczyli się je mieszać, powstawały różne odcienie barw i piękne kompozycje. Przeważają kwiaty, ale jest też martwa natura. Wystawę prac można oglądać w naszej wewnętrznej „galerii” .

 

- Warsztaty Terapii Zajęciowej prowadzą zajęcia w pracowniach – krawieckiej,  stolarskiej, kulinarnej, plastycznej, florystycznej, ceramicznej i komputerowej. Czy w spotkaniu z arteterapią – chromoterapią brali udział uczestnicy wybranej pracowni?

- Nie, w  warsztatach biorą udział nasi podopieczni z wszystkich pracowni, bo chcemy, żeby rozwijali się wszechstronnie, a oni bardzo chętnie uczestniczą w różnych zajęciach. Organizujemy wspólne spotkania, wycieczki, wystawy, wizyty studyjne, uczestniczymy w targach pracy i edukacji.

 

- Pani Jolu, jakie oblicza ma arteterapia w pani pracowni?

- Bardzo różne i bardzo ciekawe.  Zorganizowałam już w pierwszej połowie tego roku kilka spotkań pod hasłem arteterapii. W lutym było poznawanie siebie, swoich mocnych i słabych stron; w marcu był trening budowania pozytywnej samooceny; w kwietniu – trening umiejętności kompetencji społecznych; w maju  sylwoterapia (silwoterapia) – czyli drzewolecznictwo – metoda, wg której przebywanie w obecności drzew i krzewów pobudza organizm do działania, a w czerwcu – chromoterapia - leczenie barwami.

 

- Czy uważa pani, że warsztaty arteterapii spełniły określoną rolę?

-W ocenie organizatorów cel został osiągnięty, a uczestnicy warsztatów odebrali je jako doskonały sposób zaangażowania i odreagowania stresu związanego z pandemią. Cieszę się, że mogłam naszym podopiecznym pokazać coś nowego, w co bardzo emocjonalnie się zaangażowali.

 

-  Bardzo pięknie mówi pani o swojej pracy. Ale widzę tu Marcina, który wyróżnia się nie tylko wzrostem, ale zamiłowaniem do czytelnictwa, historii i obrazów z puzzli. Jaka jest dla Marcina najlepsza terapia oprócz tych zainteresowań?

- Królestwem Marcina jest ogród. Sieje, sadzi, plewi, podlewa i dogląda swoich plonów. Cieszy się z każdego kwiatka, ogórka i pomidora. Ale jego największą dumą są dynie. Prawdziwe okazy. Już od wczesnej wiosny planuje swoje ogrodowe prace, kupuje ziemię, nasiona i sadzonki. Bardzo się w nie angażuje i chwali się efektami swojej pracy.

 

Obejrzałam „galerię”  i ogród. W pracowniach odbywają się zaplanowane zajęcia.  Dla wszystkich dorosłych niepełnosprawnych osób międzyrzecki Dom Pomocy Społecznej to przyjazne miejsce, w którym nauczą się poznawać siebie i otoczenie, rozwijają się i przygotowują do samodzielnej pracy.

 

Dziękuję.

Izabela Stopyra

 

Słynni rodzice i ich dzieci

 

     Rozpoczynam cykl artykułów pod tym tajemniczym tytułem. O ile napotkam na przychylne komentarze, to jest to jeden z wielu. Natomiast jeśli odzew będzie negatywny, to będzie to artykuł pierwszy i ostatni. Z pewnością część czytelników Powiatowej będzie znała temat, ale rozpocznę rodzinne duety z tak zwanej „grubej rury”.

 

            Ojciec Jerzy Różycki – genialny kryptolog - już od młodych lat przejawiał zdolności matematyczne i szybko z gronem wybitnych matematyków zapisał się na utajniony kurs kryptologów. Pracował w zespole kryptologów Biura Szyfrów Sztabu Głównego. Bardzo szybko wraz z kolegami złamał kod maszyny szyfrującej Enigma. Stało się to w styczniu 1933 r. Następnie pracował do czasów mobilizacji (1939r.) jako pracownik cywilny w Sztabie Głównym WP. O życiu cywilnym też nie zapominał. Ożenił się i w maju 1939 roku urodził się młodym małżonkom syn Janusz. W niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach 9 stycznia 1942 Jerzy Różycki ginie w katastrofie morskiej na Morzu Śródziemnym. Wraz z nim zginęło wtedy wielu kryptologów wojskowych. Pośmiertnie odznaczony został Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Syn Janusz Różycki nie pamięta ojca w ogóle. O ojcu słyszał wiele od matki i rodziny. Pamiątki, których jest coraz mniej też przypominają mu rodzica. Mama Janusza pracowała i żeby nie mieć kłopotów związanych z pracą bardzo mało dawkowała synowi wiadomości o tacie. Takie były czasy, że ujawnienie informacji o pracy w kontrwywiadzie mogło doprowadzić do prześladowań rodziny, a nawet… i tu stawiam na wyobraźnię czytelników. Mama Barbara -tego imienia używała - zdobyła też tytuł MP w łucznictwie. Janusz prócz zdolności artystycznych – był uznanym malarzem po ASP, przejawiał też inklinacje sportowe. Postanowił zająć się szermierką, a głównie floretem. W tym czasie floret polski to czołówka światowa. Kto z kibiców nie pamięta takich floretowych tuzów jak Ryszard Parulski, Egon Franke, Witold Woyda, Zbigniew Skrudlik czy wymieniany Janusz Różycki. Wspomniani zawodnicy uzupełnieni w drużynie jeszcze Henrykiem Nielabą - z olimpiady w Tokio (1964) przywieźli srebrne medale, a szanse na złoto były olbrzymie. Janusz wspominał też olimpiadę wcześniejszą - w Rzymie (1960), z której przywiózł sobie tylko puszkę coca-coli. Zawartość puszki to nic, opakowaniem można było się pochwalić. Takie to były czasy.  Obecnie Janusz mieszka w Anglii, ale serce i dusza jest w Polsce, do której wybiera się na resztę życia. Wśród wielu odznaczeń i medali najwyżej ceni sobie medal Kalos Kagathos przyznany mu przez Uniwersytet Jagielloński. Jest to medal za osiągnięcia sportowe i osiągnięcia po zakończeniu kariery.

              Matka Barbara Janiszewska - Sobotta z d. Lerczak wybitna sprinterka urodzona w 1936 r. Już od najmłodszych lat przejawiała zamiłowanie do biegów krótkich. Mając 16 lat osiągnęła w biegach na 100 i 200 metrów wyniki, które dawały jej kwalifikacje na igrzyska olimpijskie w Helsinkach (1952). Jednak trenerzy klubowi uznali, że jest zbyt młoda i nie pojechała do stolicy Finlandii. Jedyny medal olimpijski to brąz w sztafecie 4x100 m w Rzymie (1960) i nieoficjalny tytuł miss olimpiady. Z rzymskich ciekawostek należy wymienić spotkanie ze słynnym aktorem amerykańskim Gregory Peckiem, z którym sobie pogawędziła, gdyż znała bardzo dobrze kilka języków obcych Zresztą wszędzie, gdzie się pokazała wysoka i  zgrabna blondynka, zawsze wzbudzała zachwyt męskiej części społeczeństwa. Startowała też na igrzyskach w Melbourne (1956) i w Tokio (19640. Mistrzostwo Polski zdobyła 17 razy. Rekordy Polski biła 29 razy (inne źródła podają 27). Startując w Mistrzostwach Europy zdobyła 2 złote i 2 brązowe medale. Pochodziła z Poznania, ale jako dorosła wybrała sobie Kraków, w którym się zakochała. Ukończyła krakowski AWF i historię sztuki na UJ. Bardzo szybko nawiązała kontakty ze środowiskiem Piwnicy pod Baranami i środowiskiem Teatru Starego. Wystąpiła w filmie Andrzeja Kondratiuka Dziura w ziemi. Jak już wspominałem, oglądali się za nią aktorzy z pierwszych stron gazet i dopiero stawiający pierwsze kroki na deskach teatru. Na początku lat siedemdziesiątych zaczął rozkwitać romans Barbary z młodym obiecującym aktorem. Obydwie strony zaakceptowały, że nikogo do niczego on nie zobowiązuje. W taki oto sposób na świat przyszedł w 1973 roku syn Łukasz Nowicki. Ojciec Łukasza to słynny polski aktor i jeszcze słynniejszy pożeracz niewieścich serc Jan Nowicki. Wracając do Łukasza, to z roku na rok zdobywa coraz więcej zwolenników. Jest aktorem teatralnym i filmowym, wspaniale potrafi dubbingować, jest lektorem, dziennikarzem, prezenterem telewizyjnym i ambasadorem dobrej woli Unicef. Taki po prostu człowiek renesansu. Prowadzone przez niego programy telewizyjne mają coraz liczniejszych zwolenników. Jak wspomina rodziców? Rodzice żyli szczęśliwie, ale zarazem burzliwie. Jednak wiele rzeczy po prostu nie chciał pamiętać. Ojciec Jan to bardzo znany aktor zaliczający się już do najstarszego pokolenia. Jak wspominał Jan - po ujrzeniu Barbary zapomniał o dziewczynie, która na niego czekała w pokoju. To może być 100% prawda. Miesiąc po śmierci Barbary Jan napisał do niej list? Ze smutkiem stwierdzam po czasie, jak Cię zaniedbałem. Nie gniewaj się tam na mnie. Raczej lituj. Kochałem Cię kiedyś. Do zobaczenia dziewczyno - wyznał aktor. Jakie to po Nowickiemu. Jan Nowicki po czasie napisał piosenkę na cześć swojej byłej partnerki „Ostatni bieg Basi”, do której muzykę skomponował Zbigniew Preisner, a śpiewa tę piosenkę Hania Banaszak-  i to jak śpiewa! Po prostu człowieka przechodzą ciary. Jednocześnie trzeba przyznać, że Barbara Sobotta nigdy nie powiedziała na ojca swego syna złego słowa.

             Kolejnym znanym duetem rodzic i syn będą Stanisław i Kazimierz Staszewscy.

 Ojciec Stanisław urodził się w 1925 r. Z wykształcenia był architektem, a z zamiłowani bardem, a nawet swego rodzaju hipisem. Jednak wcześniej była wojna i Stanisław jako żołnierz AK brał udział w Powstaniu Warszawskim, a następnie znalazł się w obozie Ebensee. Do końca żywota nie wiedział jak udało się mu przeżyć. Był bardzo chory i wszyscy na nim położyli krzyżyk. Ale niezbadane są wyroki niebios i po powrocie do Warszawy podjął studia na Politechnice Warszawskiej. Następnie udał się do Płocka budować tamtejszą Petrochemię. Jego lewicowe poglądy starły się z wypaczeniami władzy ludowej i szybko według władzy stał się ideologicznym wrogiem ludu. Jego piosenki spowodowały, że musiał pozostawić pracę jako naczelny architekt Płocka i wrócił do stolicy. W międzyczasie Stanisław żeni się z wybranką swego serca Krystyną, a w marcu 1963 roku na świat przychodzi ich jedyny syn Kazik. W 1967 r. ojciec uciekając przed ewentualnymi represjami ze strony władz kraju „wylądował” w Paryżu, gdzie podjął pracę. Na 2 lata opuścił Paryż, ale cały czas tworzył utwory tak charakterystyczne dla niego. Po powrocie w 1970 do Paryża jeszcze bardziej zbliżył się do paryskiej bohemy. Trochę pisał piosenek i wiedząc, że jest poważnie chory napisał utwór „A gdy będę umierał”. W 1973 roku w wieku lat 48 umiera w Paryżu. Z Kolei Kazik, bo tak wszyscy się do niego zwracają, pobiera nauki w podstawówce i znanym Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Reja. W 1978 roku trafia do generacji polskiego rocka, a pierwszy występ następuje w willi Ramonesa. Rok 1979 to zespół Poland. W kolejnym roku z tym zespołem nagrywa piosenkę o ciekawym tytule „im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham psy”. Rok 1971 – to bardzo duże zmiany w życiu Kazika, zaczyna grać na saksofonie, w miejsce zespołu Poland zakłada Novelty Poland, który występuje na Festiwalu Nowej Fali w Toruniu i rozpoczyna studia w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Tym studentem będzie do 1990 roku i niech nikogo nie zmyli taki okres studiowania. Wyniki miał co najmniej dobre, o czym świadczy otrzymywanie przez długi okres stypendium naukowego. W 1982 tworzy nowy zespół KULT, który w kolejnym wygrywa IV Festiwal Muzyki Nowej Fali w Toruniu. W 1983 roku bierze ślub z Anną. Lata następne są bardzo pracowite, dużo tworzy i nagrywa płyty. Rodzą się jego dwaj synowie, co uważa za swój ojcowski sukces mając na uwadze relacje ze swoim ojcem. W 1988 r. przez 4 miesiące pracował na budowie w Londynie i tam zrozumiał istotę pracy. Kolejny rok to dylemat - intratna trasa koncertowa w Brazylii czy egzamin końcowy na uczelni. Po wielu godzinach dyskusji, nawet z wykładowcami, decyduje się na Brazylię. Już nigdy nie wrócił  do nauki, ale za to stworzył utwór, w którym nawiązał do wykształcenia ówczesnego prezydenta Kwaśniewskiego. Jeszcze wiele razy jego piosenki będą skierowane do polityków i to bez względu na przynależność partyjną. Kazik ze swoimi zespołami ma dużo pracy, ale utwory pod względem słów i muzyki są bardzo dobre. Daje koncerty zagraniczne i krajowe, ale ja muszę podkreślić jeden utwór z 2010 roku, gdzie z zespołem KNŻ nagrywa swoją interpretację „Ballady o Janku Wiśniewskim”. W 2011 r. w 31 rocznicę podpisania porozumień sierpniowych prezydent Bronisław Komorowski przyznaje mu Order Odrodzenia Polski. Order nie został przyjęty co było wielkim zaskoczeniem dla „warszawki”, ale nie dla środowiska zbliżonego do Kultu. Podobnie było w 2014r. kiedy ten sam prezydent przyznał Kazikowi to samo odznaczenie. W kolejnym roku Minister Kultury Republiki Francji przyznaje mu Order Sztuki i Literatury. Jak łatwo się domyślić też nieprzyjęty. Pomimo że Kazik powoli traci słuch, to nadal koncertuje i tworzy. Ostatnio piosenka „Twój ból jest lepszy niż mój” spowodował odejście z radiowej trójki wielu znakomitych dziennikarzy, z tym, że zanosiło się na to od jakiegoś czasu. Bardzo wymowna jest piosenka dotycząca Tomka Komendy „25 lat niewinności”, która ukazała bałagan w prawie polskim. O Kaziku można by tak bez końca, ale jak sam mówi - nie byłoby jego i jego twórczości bez mamy (oczywiście ojca też). Mama Krystyna to dla Kazika istna bohaterka. Nawet jak Stanisław był w Paryżu, to starała się synowi wynagrodzić rozłąkę z ojcem i nigdy nie powiedziała o ojcu złego słowa.

 

     Jak napisałem na wstępie, od oceny artykułu będzie zależało dalsze pisanie w takiej formie. Mam wiele pomysłów czyli osób, które zasługują na wspomnienia o nich.  

 

                                                                                   Jan Wiśniewski

 

PIESKI NA LUDOWO

 

Kilkanaście zespołów śpiewaczych wzięło udział w Muzycznych Spotkaniach z Folklorem, które odbyły się w niedzielę, 26 czerwca, w Pieskach pod Międzyrzeczem.

  

Muzyczne Spotkania z Folklorem od lat promują kulturę ludową, obrządki i zanikające już tradycje muzyczne różnych regionów kraju. W tegorocznej imprezie wystartowało 17 zespołów folklorystycznych z zachodniej Polski, które prezentowały na scenie tańce oraz pieśni ludowe, patriotyczne i kościelne. Uczestników i publiczność przywitali zastępca burmistrza Agnieszka Śnieg, sołtys Piesek Edward Suchecki, dyrektor Międzyrzeckiego Ośrodka  Kultury Ewelina Izydorczyk -Lewy, które podkreśliła, że to 18. edycja imprezy i spotkania osiągnęły już pełnoletniość.

Zastępca burmistrza A. Śnieg życzyła wszystkim udanej zabawy. I rzeczywiście, zabawa była udana. Nawet bardzo! Ludowe rytmy i przyśpiewki rozpaliły widzów, którzy ruszyli w tany przed sceną. Rozpalił ich także lejący się z nieba żar, który organizatorzy starali się złagodzić ustawiając kurtynę wodną. Drugą zafundowali uczestnikom strażacy - ochotnicy.

Szczególnie gorącymi brawami widzowie nagrodzili występy zespołów z naszej gminy: Na scenie zaprezentowały się Ale Babki z Piesek i Nietoperzanie z Nietoperka. Występ Ale Babek docenili też jurorzy, którzy przyznali zespołowi jedno z wyróżnień.  

Dodatkowymi atrakcjami były dla mieszkańców i artystów stoiska rękodzielnicze, m.in. znanego w regionie rzeźbiarza Jarosława Ćwiertni ze wsi Stary Dworek koło Bledzewa. Nie zabrakło też przysmaków kulinarnych, serwowanych na stoisku stowarzyszenia Kalsko XXI, które kwestowało na leczenie walczącego z ciężką chorobą Seweryna z tej wsi, uczestnicy wychwalali też pyszną grochówkę przygotowaną przez strażaków OSP ze Świniar.

Impreza okazała się także ogromnym sukcesem organizacyjnym, co jest zasługą pracowników MOK, ale przede wszystkim pań z Koła Gospodyń Wiejskich i śpiewaczkom z zespołu Ale Babki, które bardzo zaangażowały się w przygotowania do przeglądu.

 

Dariusz Brożek

 

 

 

 

 

 

25 LAT TEMU NA OW GŁĘBOKIE…

 

Mija 25 lat od „powodzi stulecia”, której skutki najbardziej odczuli mieszkańcy południowo – zachodniej Polski. Zginęło wówczas kilkadziesiąt osób, utonęło tysiące zwierząt, pod wodą znalazły się domy, szpitale, szkoły, drogi i mosty. To wydarzenie sprzed lat znajdzie odbicie w drugiej części artykułu.

Na początek miała być zabawa. W pierwszych zdaniach artykułu zmuszony jestem powrócić aż do roku 1996, kiedy to „rządy” na Ośrodku Wypoczynkowym Głębokie objęła Dorota Jadczak (aktualnie mieszkanka podwarszawskiego Pruszkowa). Przyznam nieskromnie, że mam w tym niemały udział, gdyż w czasie, gdy jeszcze pracowała w międzyrzeckiej „budowlance”, namawiałem ją usilnie do przystąpienia do konkursu na stanowisko kierownika ośrodka leżącego nad jeziorem Głębokie. Przed podjęciem decyzji co do zmiany przez nią miejsca pracy, odbyliśmy wiele rozmów na temat w jaki sposób w okresie letnim na ośrodku można byłoby ożywić życie tzw. kulturalne, a może raczej rozrywkowo - sportowe. Obiecałem jej wówczas, że chociaż mam pracę, no i co ważne - obowiązki rodzinne, znajdę czas, by się tym zająć. Nie obawiałem się organizacji imprez sportowych, ponieważ  ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że nigdy nie brakowało mi ciekawych pomysłów. A jeżeli chodzi o wydarzenia kulturalno – rozrywkowe, to przyznam, że może były drobne obawy, ale jak powiadają starzy górale, od czego ma się kolegów i przyjaciół, a tych w tamtych latach miałem liczne grono i mogłem na nich zawsze liczyć. Po wspólnym przeanalizowaniu wszystkich - za i przeciw - nakreśliliśmy plan na „Lato ‘97”, według którego co dwa tygodnie mieliśmy organizować tzw. „mini festyny”, a pod koniec wakacji miała być zorganizowana  impreza podsumowująca naszą aktywność na ośrodku.

Niestety, już na starcie nasze ambitne plany po prostu „wzięły w łeb”. Powód był jeden, lecz podstawowy - to właśnie wspomniana na początku powódź. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki  byłby społeczny odbiór, gdybyśmy zaproponowali wczasowiczom i mieszkańcom regionu huczną zabawę, gdy nasi rodacy przeżywali życiową tragedię. Dlatego też nastąpiła zmiana naszych planów i mogliśmy bardziej skupić się na organizacji imprez sportowych zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. W wodzie, na plaży i na boiskach. Przypomnę tylko, że to właśnie w tamtym czasie dzięki m.in. osobistemu zaangażowaniu naszych kolegów - Jurka i Waldka (nigdy nie życzyli sobie podawania  nazwisk), którzy poświęcili swój czas i środki, powstały czynne do dzisiaj boiska do siatkówki plażowej.   

Przyszedł czas na zabawę. Kiedy z południa kraju zaczęły napływać optymistyczne  wiadomości, że sytuacja powodziowa zaczyna się stabilizować, powróciliśmy do pierwotnych  planów, czyli do organizacji wielkiego festynu. Zaczęło mi codziennie przybywać pomysłów na imprezę, tylko przed nami widniał jeden wielki znak zapytania - jak je  zrealizować? Powód był jeden, ale zasadniczy, skąd wziąć środki, by chociaż część z nich móc wcielić w życie. Tu znowu muszę podeprzeć się starym porzekadłem  - od czego ma się prawdziwych kolegów, przyjaciół i znajomych, albowiem wtenczas okazało się, że nie jesteśmy w swoich pomysłach osamotnieni, gdyż lista naszych darczyńców nieomal z godziny na godzinę się wydłużała. Dzisiaj, kiedy siedzę przy komputerze i zastanawiam się nad dalszą treścią tekstu, wspominam dni, kiedy z Dorotą Jadczak chcąc zapewnić jak najwięcej atrakcji na festynie ile to musieliśmy przemierzyć kilometrów jej wiekowym „oplem”. Odwiedziliśmy na przykład Krosno Odrzańskie, gdzie w sztabie dywizji otrzymaliśmy zgodę na koncert orkiestry wojskowej w trakcie festynu czy Nową Sól, gdzie poznaliśmy niezwykle sympatyczną kapelę  podwórkową „Bajer”. W trakcie naszej eskapady trafiliśmy ponadto do Przyprostyni koło Zbąszynia, skąd na ośrodek nad jez. Głębokie zawitało „Wesele Przyprostyńskie”. Jak widać - gama atrakcji kulturalnych była niezwykle szeroka, a mając cały czas w tyle głowy świadomość „wielkości”(?)  środków jakimi na starcie imprezy możemy dysponować, odbyliśmy w naszym regionie jeszcze wiele spotkań i rozmów, bo bardzo zależało nam na promowaniu lokalnych artystów i zespołów.

Uważam, że nie tylko to spowodowało, że w trakcie naszego festynu przez O.W. Głębokie w dniach 8 - 10 sierpnia 1997 r. przewinęło się kilka tysięcy osób. Jedną z większych atrakcji był balon, który dzięki współpracy z właścicielami „Jumaru” co kilka minut wynosił w powietrze uczestników festynu. W tym miejscu muszę wspomnieć, że balon nad jezioro Głębokie mógł zawitać dzięki mojemu koledze z wojska (choć to dość humorystycznie brzmi), który do dzisiaj pracuje na lotnisku Aeroklubu Lubuskiego w Przylepie LeonardowiLeonowiKosińskiemu. Jednak według fanów motoryzacji największą atrakcją na naszym festynie był zlot miłośników harleyów i to nie tylko z Ziemi Lubuskiej, ponieważ na O.W. Głębokie zajechali też rockersi z Torunia zwani „Aniołami Piekieł”. Mogliśmy początkowo mieć pewne obawy co do ich zachowania, gdyż tydzień wcześniej w Kętrzynie byli „autorami drobnego incydentu”, ale niepotrzebnie, gdyż okazało się, że to niezwykle sympatyczna grupa ludzi. Te atrakcje motoryzacyjne udało nam się zapewnić za sprawą naszego wspólnego kolegi Jurka Madziara, który zresztą sam ze swoją „trajką” brał czynny udział w festynie.

Wspominając tamten festyn o jednej rzeczy nie można zapomnieć - w roku 1997 nie było jeszcze popularnej dziś wśród osób wypoczywających nad jeziorem  „Strzechy”, dlatego też fundamenty dzisiejszej restauracji mogły służyć artystom za scenę, a transportowy bus - własność rodziców Rafała Gojdki - za miejsce pracy akustyka. I jak pamiętam, nikomu tamte warunki nie przeszkadzały, a wręcz odwrotnie, wszyscy się świetnie bawili i nikt z zaproszonych artystów po swoim występie nie zamierzał nas opuścić i powrócić do miejsca zamieszkania.

Zabawa, zabawą, lecz ani przez chwilę w trakcie trzydniowej imprezy nie zapomnieliśmy o wydarzeniu, od którego rozpocząłem mój artykuł. Każdy, kto tylko mógł, wspierał naszą akcję zbiórki funduszy na zakup sprzętu sportowego dla szkół z terenów nawiedzonych przez powódź. W sumie udało nam się zebrać 2.819 zł i 96 gr, za które w sklepie sportowym Krystyny Mróz, (przed laty mieścił się na rogu ulic 30 stycznia i Sportowej), zakupiliśmy sporą ilość sprzętu sportowego, a zakupiony przez nas towar został przekazany do szkół podstawowych w Krosnowicach i Żelaźnie koło Kłodzka. Do dzisiaj jestem w posiadaniu protokołów przekazania sprzętu, jak też licznych podziękowań nie tylko od dyrekcji tych szkół, ale też od młodzieży szkolnej.

Teraz, kiedy po 25 latach piszę ten artykuł i wspominam nasz festyn muszę stwierdzić, że w tamtym czasie byliśmy z Dorotą Jadczak niezwykle odważnymi ludźmi, ponieważ nie mając zabezpieczonych środków zdecydowaliśmy się na organizację takiej imprezy. Wprawdzie w trakcie festynu kierowniczka ośrodka zamierzała kilkakrotnie pozbawić mnie życia, ponieważ nie wiedziała co danego dnia  ma się wydarzyć, gdyż tylko w mojej głowie był cały plan festynu, to i tak na koniec doszliśmy razem do wniosku, że jako „nowicjusze organizacyjni” odwaliliśmy kawał dobrej roboty.

I na koniec jeszcze jedno zdanie - do dzisiaj wielu uczestników tamtego festynu kiedy z nimi rozmawiam, stawia mi pytanie: komu to wszystko przeszkadzało? Ja osobiście nie wiem!

 

Jerzy Rudnicki

 

PS – na stronie: https:/ youtube.com/ powiatowacompl za sprawą Romana Sulkowskiego - autora filmów - można obejrzeć i powspominać czasy, jak to międzyrzeczanie, a z nimi turyści z Polski i zagranicy potrafili się bawić na O.W. Głębokie.  

 

 

 

Noc Kupały - zwyczaje i obrzędy

Koło Gospodyń Wiejskich w Brójcach  realizowało na rzecz mieszkańców Gminy Trzciel zadanie publiczne “Noc Kupały zwyczaje i obrzędy”. Środki zostały pozyskane z konkursu ofert Gminy Trzciel.  Do wspólnej realizacji zadania publicznego zostali zaproszeni Trzcielscy Seniorzy, Koło Gospodyń i Gospodarzy z Chociszewa, mieszkańcy wszystkich sołectw z Gminy Trzciel i  uchodźcy z Ukrainy zamieszkali w Brójcach. W imprezie uczestniczył zaproszony przez organizatorów przewodniczący Rady Miejskiej Jacek Marciniak z małżonką.

 Spotkanie odbyło się 24 czerwca 2022 r. na  placu za salą wiejską w Brójcach. W trakcie spotkania odbyły  się cztery konkursy. Konkurs na “Najładniejszy wianek” wygrała Halina Chabzda, drugie miejsce zajęła Janina Piechocka, a trzecie Anna Malak. Wszystkie panie to mieszkanki Brójec. W rozpoznawaniu ziół i przypraw bezkonkurencyjna była Beata Marciniak z Rybojad. Czesława Grabowska z Trzciela i Maria Czepulonis z Chociszewa zajęły ex aequo drugie miejsce. Kwiat paproci najszybciej znalazła Maja Hoppa, następnie Maciej Wyrwał -Łogisz i Nikodem Chabzda z Brójec. Szansę na sukces wygrała Світлана z Ukrainy, drugie miejsce zajęła Maria Kaczmarek, a trzecie Maria  Czepulonis.

 Był to wieczór pełen czarodziejskich mocy. Uczestnicy poznali zwyczaje i obrzędy słowiańskie, a ponadto pogłębili swoją wiedzę na temat zastosowania ziół w leczeniu chorób i utrwalili sobie ich nazwy. Ziołolecznictwo ma obecnie sporo do zaoferowania. W dzisiejszych czasach  wzrasta ich znaczenie. W ramach otrzymanych środków finansowych zakupione zostały dla członkiń Koła korale z nadrukiem kwiatów w celu podkreślenia charakteru realizowanego zadania. W zorganizowaniu imprezy pomagali strażacy, którzy rozstawili basen z wodą, do którego panie wrzucały wianki.  Grill obsługiwał Piotr Krzywy i radny Brójec Damian Bem, oprawę muzyczną zapewnił Stanisław Pilipczuk.

 Wszystkim serdecznie dziękujemy.

Halina Pilipczuk

 

 

Zielone Gospodarstwo Opiekuńcze

w Gminie Trzciel

           

11 lipca w gminie Trzciel odbyło się uroczyste otwarcie Zielonego Gospodarstwa Opiekuńczego, pierwszego tego typu w województwie lubuskim. W następnych dniach podobne uroczystości miały miejsce w Jordanowie i w Żabnie koło Nowej Soli. Trzcielska inauguracja odbyła się w Jasieńcu, w „Gościńcu pod Dębem”, w miejscu realizacji zadań Zielonego Gospodarstwa Opiekuńczego. A jest to miejsce urokliwe - w lesie, z mnóstwem kwiatów i ozdobnych krzewów. Prawdziwie sielski obraz oraz gościnni i znający się na rzeczy gospodarze, a także odpowiednie warunki do pracy są świetną bazą do realizacji projektu przeznaczonego dla seniorów. Projekt będzie realizowany przez rok, a uczestniczy w nim 8 seniorów z gminy Trzciel. Partnerami projektu są – Ośrodek Pomocy Społecznej w Trzcielu, Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Zielonej Górze oraz Lubuski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Kalsku. Natomiast realizować projekt będą– Grzegorz Fajkis, Janusz Frączek, Anna Wajserowicz i Monika Rojek – przedstawicielka OPS-u.

Otwarcie Zielonego Gospodarstwa Opiekuńczego miało bardzo uroczysty charakter, było świetnie zorganizowane. Było takie wielowątkowe, kolorowe, urozmaicone. Było również radosne, nawet smętna piosenka z „Klimakterium”- „Co zrobią z nami nasze dzieci” nie zepsuła dobrego nastroju seniorom, gospodarzom i licznym gościom, którzy zawitali do „Gościńca pod Dębem”. A między innymi byli to: Jakub Piosik – dyrektor Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej w Zielonej Górze, Grażyna Jelska – dyrektor Wydziału Polityki Społecznej z Urzędu Wojewódzkiego w Gorzowie, Zbigniew Kołodziej – radny Sejmiku Lubuskiego, Wojciech Szadel – dyrektor Lubuskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego, Agnieszka Olender – starosta powiatu międzyrzeckiego, Jarosław Kaczmarek- burmistrz Trzciela, Agnieszka Kaczkowska i Katarzyna Jedynak – pracownice ROPS-u, Józef Jęcz – sołtys Jasieńca, Monika Michalik – medalistka olimpijska, Jacek Ignorek – sekretarz gminy oraz seniorzy, dyrektorzy zaprzyjaźnionych Ośrodków Pomocy Społecznej, lokalni przedsiębiorcy, mieszkańcy gminy. Byli oczywiście również wszyscy pracownicy trzcielskiego Ośrodka Pomocy Społecznej z dyrektor Dominiką Konieczną na czele. Duże więc było grono osób, które uczestniczyły w otwarciu wyjątkowego „siedliska” dla seniorów. W trakcie uroczystości były liczne przemówienia, podziękowania, gratulacje i kwiaty.

 Oficjalne otwarcie nastąpiło po przecięciu długiej i szerokiej wstęgi. Tego aktu dokonało osiem osób, szczególnie związanych z realizacją projektu. Wstęgę trzymało dwóch mundurowych emerytów: strażak – Stanisław Galus i Zbigniew Szynal – kapitan żeglugi. Ich mundury robiły wrażenie. Podobnie jak muzyczne wstawki w wykonaniu młodziutkiego Antoniego Rojka. Bardzo podobały się także inne artystyczne występy, koncert  wiolonczelistki – Marleny Szpigun oraz wokalne występy Alicji Danielak i Pauliny Filosek. Dodatkową atrakcją imprezy były stoiska gminnych przedsiębiorców. Swoje wyroby wystawili: Ogrodnictwo K. W. Perek z Trzciela, „Rogate Ranczo” Agnieszki i Dobromira Mazurków z Sierczynka, Wiesław Kaczmarek – wyroby z wikliny i drewna, Jacek Czajkowski i Piotr Pękal – „Wiklinowe Sploty Gmina Trzciel”, Stefania Kowal – „Borówki z Sierczynka”. Można było podziwiać wyroby charakterystyczne dla Trzciela, znane od lat i chętnie kupowane. Kupowali więc zgromadzeni na uroczystości wiklinowe kosze, borówkowe soki i dżemy, kozie sery, różnokolorowe kwiaty. Było nie tylko kolorowo, ale również smacznie, bo „Gościniec pod Dębem” zadbał o kulinarną stronę uroczystości. Kawa, ciasta, pierogi, sałatki, bigos, kiełbaski – było w czym wybierać. Dodatkowo atmosfera spotkania podkreśliła wyjątkowość i specyfikę tego wydarzenia. Halina Rojek, jedna z uczestniczek Zielonego Gospodarstwa Opiekuńczego, ze wzruszeniem podziękowała partnerom i realizatorom projektu za stworzenie seniorom „ciekawych propozycji samorealizacji”. Natomiast symboliczne klucze do „siedliska” otrzymała seniorka seniorów – Eugenia Kłosowska, osoba pełna energii i ciekawych pomysłów. I tak rozpoczęła się realizacja projektu, który może być  odbiciem słów M. Twaina – „ … aby każdy dzień miał szansę stać się najpiękniejszym dniem twojego życia”. Emeryckiego życia.

Cały projekt - jego opracowanie i wprowadzenie w życie, przygotowanie uroczystości otwarcia to długa i niełatwa praca całego sztabu ludzi z różnych instytucji. Dyrektor OPS w Trzcielu – Dominika Konieczna podziękowała więc wszystkim zaangażowanym na rzecz powstania Zielonego Gospodarstwa Opiekuńczego z siedzibą w Jasieńcu, w „Gościńcu pod [i]Dębem”. Szczególne podziękowania skierowała do swoich pracowników - Aldony Czapczyk – Opali, Stanisławy Janas, Elżbiety Wojkowskiej, Kamili Młynarczyk, Emila Bławuciaka, Moniki Rojek, Dagmary Drozd – Michalak, Tomasza Kiełbika, Anny Gola, Elżbiety Koniecznej, Kamili Tureckiej. To właśnie między innymi oni wykonali olbrzymią pracę, aby także uświetnić uroczystość otwarcia miejsca do działania oraz aktywnego spędzania czasu – seniorom. A Grzegorz Fajkis i Janusz Frączek wraz z załogą będą to piękne dzieło kontynuować ku zadowoleniu uczestników projektu.

 

Jadwiga Szylar

Foto -  Katarzyna Jedynak                     

 

           

 

To już trzy lata!

– Wieści z Międzyrzeckiego Saloniku Literackiego

 

Aż trudno uwierzyć, że świętujemy już trzecią rocznicę powstania naszego Saloniku. Tymczasem okazuje się, że ludzie wciąż (na szczęście!) potrzebują poezji i dzięki temu my nadal możemy się nią dzielić.

 

W ciągu trzech lat naszej działalności zrodziło się mnóstwo wierszy, inspirujących spotkań, ważnych rozmów, ciekawych odkryć. Odwiedziliśmy kilka niezwykłych miejsc, w których nasza poezja z przyjemnością się rozgościła. Powstały również dwa tomiki wierszy – „Poetyckie powitanie” oraz „Innymi słowy”.

9 lipca – chcąc uczcić kolejne urodziny MSL - wybraliśmy się do Lubniewic, przyjmując zaproszenie Marty Rusakiewicz – Kierownik Biblioteki Miasta i Gminy w Lubniewicach. W tym miejscu warto wspomnieć, że Lubniewice również mogą poszczycić się tomikiem. Z okazji 70 – lecia Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Lubniewice wydała książkę o dwujęzycznym tytule „Poezja w moim sercu. Poesie in meinem Herzen”. Jest to antologia wierszy autorów z Lubniewic i Schöneiche bei Berlin – gminy współpracującej z Lubniewicami.

Nasze kolejne poetyckie spotkanie odbyło się zatem w urokliwej przestrzeni Lubniewic, Glisna oraz Jarnatowa. Wiersze czytali:

Kamila Kogut

Dorota Ruta – Zdanowicz

Łukasz Romaniak

Aleksandra Biela

Marzena Wieczorek

Całość uświetnił muzycznie Tomasz Puka.

 

Czytelników „Powiatowej” również kolejny raz zapraszamy do spotkania z naszą poezją, jednocześnie dziękując za dotychczasowe i życząc sobie wielu kolejnych rocznic Międzyrzeckiego Saloniku Literackiego.

 

Aleksandra Biela



 

ELLY BÜCHSENSCHUSS

-OSTATNIA SPRAWIEDLIWA W SODOMIE

 

Wiemy, że w Akcję T4, czyli akcję eutanazji zaangażowało się wiele pielęgniarek ze Szpitala Psychiatrycznego w Obrzycach. Znamy nazwiska skazanych na śmierć: Amandy Ratajczak i Heleny Wieczorek. Jednak czy wszystkie pielęgniarki, pracujące w szpitalu, uczestniczyły w uśmiercaniu pacjentów? Czy były też takie, które odmówiły? Czy skończyły w obozie koncentracyjnym, tak jak je straszył dyrektor Grabowski? Zeznanie Elly Büchsenschuss, złożone pod przysięgą w 1962 roku w sądzie w Monachium, zdaje się temu przeczyć.

Elly Büchsenschuss w czasach eutanazji w Obrzycach była młodą pielęgniarką. Pochodziła z miasta Malchow w Meklemburgii. W młodości bardzo chorowała na płuca. W 1942 r. po długiej rekonwalescencji, zaczęła pracę w Obrzycach jako pielęgniarka. Została przydzielona do pracy na Oddziale XVII, na którym przebywali ambulatoryjni pacjenci płci męskiej, którzy pracowali w warsztatach lub w gospodarstwach rolnych szpitala. Wiosną 1944 roku Elly została skierowana przez naczelnego pielęgniarza Kurta Weidemanna do pracy na Oddziale XVIII. Ponieważ jednak słyszała plotki na temat zabijania pacjentów na tym oddziale, stanowczo odmówiła przeniesienia. Weidemann próbował ją przekonać, mówiąc, że na Oddziale XVIII jest znacznie mniej pracy. Elly jednak ponownie odmówiła, twierdząc, że nigdy nie narzekała na pracę na swoim oddziale, i że rzeczywiście jest tam szczęśliwa. Tak wspomina te wydarzenia: „Po dalszych naleganiach Weidemanna na podjęcie pracy na XVIII, powiedziałam szczerze, że słyszałam, że tam dochodzi do zabójstw, i że jak mogłabym kiedyś spojrzeć w oczy moim dzieciom, jeśli musiałabym się przyznać, że pomogłam w zabijaniu pacjentów? Co więcej, zmagałam się z chorobą płuc i nie chciałam się narażać (Oddział XVIII był przede wszystkim oddziałem zakaźnym- przyp. tłum.). Weidemann zrobił wtedy lekceważący gest dłonią i powiedział, że muszę stawić się w poniedziałek rano na dyżur na Oddziale XVIII.

 Bez dalszej rozmowy z Weidemannem, poszłam do szefa personelu – nie pamiętam jego nazwiska – i powiedziałam mu, że z powodu moich wcześniejszych problemów z płucami nie chcę pracować na Oddziale XVIII, gdzie przebywali chorzy na gruźlicę. Zgłosiłam się na Oddział 18 w następny poniedziałek, żeby nie zostać oskarżoną o nieposłuszeństwo. Tego samego ranka kazano mi iść do biura Weidemanna. Był tam z naczelnym pielęgniarzem S., a szef personelu przyszedł później. Weidemann zaczął krzyczeć na cały głos, że go służbowo pominęłam i że nie pojawiłam się na oddziale męskim. Następnie rozkazał, że mam natychmiast zgłosić się do naczelnej pielęgniarki Augusty Jeschke na oddział dla kobiet.

Potem pracowałam na oddziale (XVII?- przyp. tłum.), nadzorując pacjentów, którzy pracowali poza terenem szpitala. Oprócz mojego przeniesienia do grupy <<pracowników spoza kręgu wtajemniczonych>>, nie poniosłam żadnych konsekwencji za moją odmowę. Zostałam na moim stanowisku pielęgniarki i otrzymywałam taką samą pensję. Następnego dnia, dr Mootz skarcił mnie za moją odmowę pracy Weidemannowi. Dr Mootz wyraził też wątpliwość, czy kiedykolwiek miałam tę chorobę płuc. Kazałam mu to sprawdzić w moim domu w Malchow w Meklemburgii, gdzie przebywałam na rekonwalescencji. Nigdy więcej o tym nie wspomniał.

Dużo później dowiedziałam się, że odbyło się spotkanie administracyjne, i że pojawił się na nim temat mojej odmowy pracy na Oddziale XVIII. Dyrektor Grabowski ostatecznie stwierdził, że skoro nie należę do NSDAP, nie mogę być zmuszona do pracy na tym oddziale, bo tylko członkowie NSDAP mieli brać udział w tego typu zadaniach, które akurat tam miały miejsce”.

Z relacji Elly Büchsenschuss wynikało niezbicie, że dyrektor Grabowski i jego współpracownicy szukali wśród personelu „łatwych ofiar”. Udało im się zwerbować część pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy ugięli się pod presją krzyków, krytyki i pozwolili się zmanipulować. Okazało się, że Grabowski nie miał żadnych prawnych narzędzi, które pozwoliłyby mu zmusić personel szpitala w Obrzycach do uśmiercania pacjentów. Nie mógł swoich podwładnych oddać w ręce Gestapo, którym tak często ich straszył. Nie był on też w stanie ukarać krnąbrnej Elly. Chciał więc „wyjść z twarzą” z całej tej niezręcznej sytuacji, podsumowując, że nie należała ona do NSDAP, więc nie musiała wykonywać „zadań specjalnych”. Nie było to prawdą, ponieważ oddziałowa z Oddziału X, Helene Wieczorek, również nie należała do NSDAP, a uczestniczyła aktywnie w zabijaniu pacjentów. Przykład dzielnej młodej pielęgniarki z Oddziału XVII, która nie chciała, aby jej dzieci wstydziły się kiedyś za nią, pokazuje, że można oprzeć się złu i pozostać wiernym sobie.

Katarzyna Sztuba -Frąckowiak

 

Leo Hertel -  regionalista z Bledzewa

158 lat temu 14 sierpnia 1864 roku w Bledzewie w majątku wójtowskim urodził się Leo Hertel. Przeszedł on do historii jako wielki miłośnik Bledzewa i autor monografii konwentu cystersów bledzewskich Geschichte des ehemaligen Zisterzienserklosters Blesen, wydanej w 1928 roku w Bledzewie.

 Leo Hertel po ukończeniu szkoły dla nauczycieli od 1880 do 1918 roku pracował jako nauczyciel greki, łaciny oraz języka niemieckiego w gimnazjum  niemieckim w Poznaniu. Wiedziony pasją poznania historii swojego regionu, korzystając z dostępności prowincjonalnych archiwów, prowadził badania naukowe. Na podstawie akt zakonu cystersów z Bledzewa zgromadzonych w Archiwum Państwowym w Poznaniu napisał monografię Historia klasztoru cystersów w Bledzewie. W książce tej w sposób naukowy z zachowaniem chronologii opisał historię bledzewskich cystersów, ocenił ich działalność kolonizacyjną i kulturalną na tych terenach. Przetłumaczył na język niemiecki wiele dokumentów archiwalnych uzupełniając je cennymi komentarzami. Wiele z tych dokumentów zaginęło i znane są tylko z cytatów zawartych w tej pracy. Z książki dowiadujemy się, że mnisi z klasztoru w Zemsku, następnie w Bledzewie, przyczynili się do rozwoju rolnictwa w naszym regionie. Fachowość w tej dziedzinie powodowała, że władcy chętnie zapraszali ich i lokowali na swoich włościach. Książęta polscy podarowali klasztorowi cystersów w miejscowości Dobrilugk (Dolne Łużyce) 500 morgów ziemi położonej pomiędzy dolną Obrą a Jordanką, rzeczką przepływającą przez niemal całą gminę Bledzew. Także miejscowa szlachta i rycerstwo nie szczędzili im kolejnych nadań i wszelkiej pomocy.

Tradycja klasztorna mówi, że pierwotna fundacja Władysława Odonica nastąpiła w 1232 roku. Mnisi tylko w pierwszych 150 latach po założeniu klasztoru w Zemsku stworzyli lub rozwinęli na podarowanym klasztorowi obszarze 10 wsi lokowanych na prawie niemieckim. Wsie te cechowały się wysoko wydajną produkcją rolną. Staraniem cystersów Kazimierz IV Jagiellończyk podniósł wieś Bledzew do godności miasta i nadał miastu przywilej targu, wyszynku piwa i gorzałki oraz zezwolił na założenie cechów.

Mnisi uruchomili 4 młyny, które produkowały zboże dla całego regionu. Założyli wieś Rokitno, która z czasem stała się ważnym ośrodkiem pielgrzymek do Cudownego Obrazu Matki Bożej Rokitniańskiej Cierpliwie Słuchającej – po dziś dzień łaskami słynącego. Przez wieki klasztor bledzewski był ostoją katolicyzmu, a miejscowości w dobrach cystersów, ostoją żywiołu polskiego.

 

Leo Hertel po pierwszej wojnie światowej przeprowadził się do Bledzewa, gdzie mieszkał aż do śmierci 28 kwietnia 1944 roku i pochowany został w centralnej części bledzewskiego cmentarza. Całe  życie interesował się lokalną społecznością i historią.

 

W 1983 roku podczas odwiedzin rodzinnej miejscowości przez księdza Aloisa Reiche z Bambergu, urodziła się idea uhonorowania nauczyciela i regionalisty Leo Hertla. Podjęte starania przez księdza Reiche i przy współpracy Gminy Bledzew doprowadziły do ufundowania pamiątkowej płyty nagrobnej z inskrypcją w języku polskim i niemieckim (na zdjęciu).

 

TU SPOCZYWA W BOGU LEO HERTEL PROFESOR GIMNAZJUM W POZNANIU,

 AUTOR KSIĄŻKI „HISTORIA KLASZTORU CYSTERSÓW W BLEDZEWIE”

*14 VIII 1864 w Bledzewie

+28 IV 1944 w Bledzewie

MIESZKAŃCY BLEDZEWA DZIĘKUJĄ MU ZA JEGO MIŁOŚĆ DO NASZEJ OJCZYZNY

 

Odsłonięcie płyty na grobie Leo Hertla odbyło się 18 czerwca 2005 roku. Poświęcenia   odnowionego grobu i płyty nagrobnej dokonał pochodzący z Międzyrzecza proboszcz parafii w Bledzewie ks. Krzysztof Mrukowicz. W uroczystości na bledzewskim cmentarzu udział wzięli: ówczesna wójt Bledzewa Zenona Schindler, starosta Kazimierz Puchan, dyrektor międzyrzeckiego muzeum Joanna Patorska, kierownik oddziału Archiwum Państwowego w Gorzowie dr Dariusz Rymar, Dietrich Handt z fundacji Haus Brandenburg w Fürstenwalde oraz zaproszeni goście. Przemowę inicjatora projektu księdza Aloisa Reiche tłumaczyła na język polski Wanda Stróżyńska z Pszczewa.

Inicjatywa uhonorowania nauczyciela i regionalisty Leo Hertla to cenny przykład kultywowania pamięci o byłych niemieckich mieszkańcach ziemi bledzewskiej. Byłych i obecnych mieszkańców tych terenów łączy wspólna miłość do naszej „Małej Ojczyzny”.

Na podstawie: Alois Reiche, Odsłonięcie grobu Leo Hertla (1864–1944) – wybitnego badacza dziejów zakonu cystersów, Nadwarciański rocznik historyczno-archiwalny NR 14/2007. s. 329-331

 

Tekst i foto Andrzej Chmielewski

 

Czytelniczy piknik w Rybojadach

 

`           W ostatni dzień czerwca w Rybojadach czytelnicy z gminy Trzciel spotkali się z znakomitą lubuską pisarką – Zofią Mąkosą.

Było to niezwykłe spotkanie w wyjątkowym miejscu. Rybojady i tamtejszy wigwam biesiadny zawsze nadają wszystkim imprezom szczególnego charakteru. Tak było też na czytelniczym pikniku, na spotkaniu pełnym serdeczności, gościnności oraz ciekawych rozmów na temat twórczości  autorki „Wendyjskiej Winnicy”. Miało ono dodatkowy walor, ponieważ do Rybojad przyjechali również - mąż i córka  Zofii Mąkosy, także  autorzy pozycji wydawniczych. Tadeusz Mąkosa, wieloletni nauczyciel języka polskiego w siedleckiej szkole, po przejściu na emeryturę wydał książkę – „Karszyn we wspomnieniach i źródłach historycznych”. Natomiast córka pisarki – Małgorzata Chełkowska jest autorką dwóch albumów o koniach. Było to więc niecodzienne wydarzenie, interesujące spotkanie rodziny Mąkosów z czytelnikami. A wszystko działo się w upalne popołudnie, w drewnianym wigwamie, w otoczeniu sosen i niedalekiego jeziora. Całość więc tworzyła  niepowtarzalność spotkania. Pisarka mówiła o całej swojej twórczości, ale szczególnie skupiła się na ostatniej książce, a jest nią – „Makowa spódnica. Kamień w wodę”. Czytelnicy są nią zachwyceni, bo niezwykle ciekawie autorka przedstawia w niej wieś Karge w XVII wieku. Pani Zofia jest historykiem z wykształcenia toteż dawne dzieje regionu, skąd się wywodzi, są jej bliskie. Zresztą jej poprzednie pozycje także dotyczą dzisiejszego Regionu Kozła. Najnowsza powieść Zofii Mąkosy ma ciekawe wątki obyczajowe i nawet kryminalne, a wszystkie wtopione są w epokę wojen, walki o władzę, epidemii, głodu. Ale również jest w niej obraz dążenia kobiet od lepszego życia, bo makowa spódnica jest symbolem chęci zmiany ich ,,czarnej” codzienności na bardziej kolorową. Przynajmniej ja to tak odczytuję. Powieść czyta się jednym tchem. Czytelnicy więc z radością przyjęli wiadomość, że Zofia Mąkosa napisała dalszą część dziejów Wigi i innych bohaterów „Makowej spódnicy”. Książka czeka na wydanie, a stanie się to pewnie jesienią.

Spotkanie w Rybojadach zorganizowała trzcielska biblioteka, a zostało ono sfinansowane z funduszy Biblioteki Powiatowej w Międzyrzeczu. W spotkaniu uczestniczyli czytelnicy z Trzciela, Lutola Suchego, Chociszewa i Brójec. Były na nim członkinie Dyskusyjnego Klubu Książki i było to dla nich drugie spotkanie z Zofią Mąkosą. Przyjemny nastrój spotkania podkreślały również kulinarne smakołyki – kawa, ciasto, grillowane kiełbaski. Były również kwiaty, gratulacje, autografy i dużo serdecznych słów.

 

     Jadwiga Szylar

     Zdjęcia – Wioletta Fabian

 

 

Rodzinny piknik w Jasieńcu

 

Pandemia znacznie ograniczyła możliwość spotkań mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Jasieńcu z rodzinami i przyjaciółmi. Dlatego też, gdy tylko obostrzenia zostały zniesione, wróciła idea zjazdu rodzin- rodzinnego pikniku.

Dzięki współpracy Stowarzyszenia na rzecz integracji społeczności lokalnej „Dla Wszystkich” oraz DPS w Jasieńcu 25 czerwca br. udało się zrealizować projekt Rodzinny Piknik Integracyjny.

Zaproszeni goście, rodziny, przyjaciele, sąsiedzi mogli podziwiać m.in. dorobek artystyczny Mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Jasieńcu, uczestników zajęć wokalnych z Centrum Kultury w Trzcielu oraz Środowiskowego Domu Samopomocy w Trzcielu. Swoją obecnością zaszczycili nas także starosta Pani Agnieszka Olender, która objęła imprezę honorowym patronatem oraz Pan Jarosław Kaczmarek – burmistrz Trzciela.

Spotkanie było wspaniałą okazją do rozmowy, odnawiania relacji oraz budowania więzi, przełamywania stereotypów, a także do wymiany doświadczeń.

Do aktywnej i bezpiecznej zabawy wykorzystaliśmy zakupione w ramach projektu sprzęty, m. in. parasole przeciwsłoneczne i głośnik wraz z mikrofonem. Czas, nie tylko najmłodszym, umiliły panie animatorki, a zakupiony aparat fotograficzny pozwolił nam uwiecznić wspólnie spędzony czas.

Zadanie sfinansowano ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021-2030.

 

Monika Smogorzewska

 

Światowa piłka nożna

 

     Już za niecałe pół roku rozpoczną się 22 Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Odbędą się one na przełomie listopada i grudnia b.r. w Katarze.

 

Ale wszystko zaczęło się w 1930 r. w Urugwaju. Kongres FIFA, który odbył się w Amsterdamie uchwalił, że I MŚ czyli CAMPEONATO MUNDIAL DE FOOTBALL rozegrane zostaną w Montevideo na 3 stadionach w terminie od 13 do 30 lipca 1930 r. Uczestników, a było ich 13, podzielono na 3 grupy - 3 drużynowe i jedną 4 zespołową. Za pierwszy mecz uznano spotkanie pomiędzy Francją i Meksykiem. Napisałem uznano, gdyż o tym samym czasie na innym stadionie rozpoczęto mecz pomiędzy Belgią i USA Jednak mieliśmy 2 zawodników, którzy równocześnie pierwsi rozpoczęli pojedynki. Byli to Francuz Maschinot i Amerykanin Patenaude. Nie było wątpliwości kto uzyskał 1 gola . W 19 minucie pierwszego spotkania Francuzów uszczęśliwił Laurent. W meczu tym doszło do niecodziennego wypadku. Od 24 minuty Francja grała bez 1 zawodnika. Bramkarz jej drużyny uległ kontuzji, a ówczesne przepisy nie dopuszczały zmiany zawodnika (zmiana przepisów umożliwiająca wymianę piłkarza nastąpiła dopiero w 1970 r.). Bramkarza zastąpił zawodnik z „pola”. Pierwszy rzut karny podyktowano w meczu Chile - Francja, a strzał Chilijczyka obronił bramkarz Francji Thepot. Pierwszy hat-trick (3 bramki w meczu) był Argentyńczyk Stabile. Po meczach eliminacyjnych do finałowego spotkania awansowały 2 drużyny z Ameryki Północnej, gospodarz mistrzostw Urugwaj i odwieczny rywal Argentyna. Był to jednocześnie rewanż za Igrzyska Olimpijskie z 1928r. w Amsterdamie, gdzie wygrali Urugwajczycy. Tutaj w Montevideo ponownie lepsi byli zawodnicy Urugwaju wygrywając 4:2 i w historii zapisali się jako zwycięzcy 1 MŚ w piłce nożnej. Puchar zwycięzcom wręczał jeden ze zwolenników rozegrania MŚ ówczesny prezydent FIFA Jules Rimet. Królem strzelców turnieju okazał się zdobywca 8 goli zawodnik Argentyny Guillermo Stabile, który nieoficjalnie uznany został najlepszym piłkarzem mistrzostw. Nie było oficjalnego wyboru najlepszego zawodnika turnieju. Turniej mistrzowski cieszył się wielkim uznaniem zwłaszcza reprezentantów Ameryki, natomiast w Europie trudno było o jednoznaczną ocenę. Najbardziej krytycznie do tego podchodzili Anglicy, którzy nie chcieli uznać kadłubowych mistrzostw. Ale dla działaczy piłki nożnej najważniejszy był fakt, że to wszystko ruszyło.

Drugie finały Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej czyli IICAMPEONATO MONDIALE DI CALCIO odbyły się w 1934 roku we Włoszech na 8 stadionach. Do takiego wyboru przyczynił się w dużej mierze włoski polityk Mussolini Do mistrzostw zgłosiły się 32 reprezentacje, a do turnieju zakwalifikowało się 16 drużyn. Co ciekawe  - to niezgłoszenie się do eliminacji Urugwaju, który w ten sposób zrewanżował się Włochom za niewzięcie udziału Italii w poprzednich mistrzostwach, ale zarazem oddał koronę bez walki. Natomiast w eliminacjach wziął udział przedstawiciel Afryki czyli Egipt. Mistrzostwa rozgrywane w Europie cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem i to nie tylko ze względu na start bardzo wielu europejskich drużyn. Jak na tamte czasy akredytowano około 300 dziennikarzy. Warto dodać, że w eliminacjach wystąpiła reprezentacja Polski i po porażce w pierwszym meczu w Warszawie z Czechosłowacją 1:2 nasi piłkarze nie pojechali na mecz rewanżowy. Władze międzynarodowe ukarały Polskę karą finansową i uznały mecz jako walkower dla Czechosłowacji. Czy ktoś może sobie wyobrazić taka sytuację obecnie? Chyba nie, ale to były takie czasy. Mecze finałowe były bardzo zacięte, a mecz pomiędzy gospodarzami i reprezentantami Hiszpanii określany był bardziej jako mecz bokserski i to z obydwu stron, jednak prym w tym wiódł legendarny hiszpański bramkarz Ricardo Zamora. Prawie wszystkie mecze kończyły się różnicami jednej bramki, jedynie Włosi pokonali USA 7:1. W finale Italia jako gospodarz stoczyła zacięty bój z Czechosłowacją wygrywając 2:1 po dogrywce. Pierwszego gola strzelił Czechosłowak Puć w 71 minucie, a 10 minut później Orsi wyrównał doprowadzając włoskich kibiców do euforii. W dogrywce w 95 minucie gola na wagę mistrzostwa zdobył Schiavio, który wraz z piłkarzem czechosłowackim Nejedlym i Niemcem Conenem został królem strzelców (4 gole). Mistrzem Świata zostali reprezentanci WŁOCH. Niezbyt miłym dla zwycięzców był fakt, że nie przyznawano medali. Po raz pierwszy na mistrzostwach zawisła flaga Fifa, która do dzisiaj góruje na masztach w czasie meczów.

Trzecie mistrzostwa w 1938r. czyli IIICOUPE DU MONDE rozegrano we Francji. Początkowo robiono przymiarki, że trzy kraje czyli Francja, Belgia i Holandia wspólnie zorganizują mundial, ale część działaczy FIFA nie zgodziła się na takie rozwiązanie i Prezydent J. Rimet nie przeforsował swojej koncepcji. Do rozgrywania meczów przygotowano 9 stadionów. Do fazy wstępnej przystąpiło 37 krajów. Piłka nożna na całym świecie wzbudzała zainteresowanie i zachwyt. Reprezentacja Polski pokonując Jugosławię 4:0 i w rewanżu ulegając 0:1 po raz pierwszy zakwalifikowała się do turnieju finałowego. Był to wielki sukces naszej reprezentacji. Pierwszy i jak się okazało ostatni mecz Polacy rozegrali z faworyzowaną Brazylią. Mecz sportowo zacięty, a nastroje zmieniały się często. Przegrana 6:5 ujmy naszej reprezentacji nie przyniosła. W meczu tym klasą sportową wykazał się Ernest Wilimowski, który strzelił 4 bramki. Jednak to było za mało i nasi reprezentanci musieli jechać do domu. Turniej toczył się dalej i w finale spotkali się reprezentanci Włoch po wcześniejszym wyeliminowaniu 2:1 Brazylii i piłkarze Węgier, którzy pozbawili złudzeń Szwedów 5:1. Szwedzi pragnęli wygrać mistrzowski tytuł i zadedykować go królowi Gustawowi V, obchodzącemu w czasie mundialu 80. urodziny. W meczu finałowym od samego początku przeważali Włosi, ale Węgrzy wysoko postawili poprzeczkę. Jednak wynik 4:2 dla Italii sprawił, że WŁOSI ponownie odbierali Puchar Świata, bo tak był nazywany. Królem strzelców został „kat” naszej drużyny Leonidas (7 goli) z Brazylii. Wspomniany już Polak Wilimowski był jedynym zawodnikiem, zdobywcą 4 bramek w jednym meczu. Z ciekawostek można podać, że w meczach wystąpiło211 piłkarzy, z których 45 oglądano we wcześniejszych finałach. Strzelono 84 bramki w tym 2 samobójcze.

Na 4 mistrzostwa przyszło czekać do 1950 roku. Powodem tego była oczywiście II wojna światowa. Organizatorem turnieju finałowego została Brazylii, nie mając konkurenta. We wcześniejszych ustaleniach przed wojną bardzo mocną pozycję miały Niemcy, ale z wiadomych powodów później nie byli brani pod uwagę jako organizator imprezy o światowym zasięgu. Tak więc IV CAMPEONATO MUNDIAL DE FUTEBOL TACA JULES RIMET odbywał się na 6 stadionach Brazylii w terminie od 24 czerwca do 16 lipca. Wcześniej do turnieju zgłosiły się 34 krajowe federacje. Jeszcze w 1946 roku zmieniono nazwę rozgrywek z Coupe de Monde na wyżej podane z nazwiskiem Julesa Rimeta w uznaniu zasług w organizacji mistrzostw i ogólnie piłki nożnej. Na rok przed turniejem finałowym władze brazylijskiej piłki zgłosiły władzom międzynarodowym chęć zbudowania największego stadionu na świecie, słynną Maracanę. W tym momencie należy podać, że jednym z organizatorów budowy tego stadionu był płk lotnictwa polskiego Armando Trompowski. Losowanie eliminacji było bardzo skomplikowane i chyba tylko sami organizatorzy wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. Turniej zapoczątkowali gospodarze meczem z Meksykiem i gładkie zwycięstwo 4:0 przy ponad 85- tys. widowni dawało pewność, że wirtuozi piłki za jakich ich uważano, powinni zdobyć palmę pierwszeństwa. Remisowy pojedynek ze Szwajcarią to tylko drobne kłopoty. Do II rundy czyli finału grupowego zakwalifikowali się oprócz Szwecji, Urugwaj i Hiszpania. W pojedynku ze Szwecją 7:1 mecz obserwowało 150000 widzów, a z Hiszpanią 6:1 165000 kibiców. Urugwaj zremisował z Hiszpanią, a ze Szwecją wygrał 3:2. 16 lipca 1950 roku Brazylia mogła tylko zremisować z odwiecznym rywalem Urugwajem i mistrzostwo „miała w kieszeni”. Takie były wówczas regulaminy i nic nie można było zmienić. Przy 200- tysięcznej (różne źródła różnie podają, więc ocenia się, że mecz oglądało od 175 tys. do 205 tys.) widowni. Porażka 1:2 sprawiła, że płakała nie tylko Marakana (stadion), płakała cała Brazylia, gdyż nie brano pod uwagę porażki i do tego z Urugwajem. Trener Urugwajczyków Juan Lopez tak poprowadził drużynę, że wszystkie walory swoich zawodników postawił przed zawodnikami rywali. Potrafił wykorzystać wady i zalety piłkarzy drużyny przeciwnej do realizacji swojej taktyki. Cały turniej oglądało ponad 1milion 162 tys. widzów. Mistrzów świata – Urugwaj - uznano za najmądrzejszego zdobywcę „złotej Nike”. Najbardziej bramkostrzelnym zawodnikiem został Brazylijczyk Ademir, który strzelił 7 goli. W całym turnieju nie usunięto żadnego piłkarza z boiska co też jest rekordem, dobrym rekordem. Jeszcze w trakcie rozgrywania turnieju odbył się kongres FIFA, na którym zadecydowano, że kolejne MŚ w 1954 roku odbędą się w Szwajcarii, a kolejne w 1958 w Szwecji.

W następnych numerach Powiatowej przedstawię państwu kolejne mistrzostwa w roku 1954,1958 1962,1966, 1970 oraz wielki sukces Polski  - czyli rok 1974. 

 

                             Wielka piłka

 

              Wreszcie zakończyła się historia z odejściem Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium. Ta historia toczyła się zbyt długo, a dziennikarze pism sportowych i nie tyko prześcigali się w wyszukiwaniu co bardziej absurdalnych ciekawostek związanych z samym Robertem i klubem. Jednego dnia można było przeczytać i usłyszeć tak skrajne opinie, że zakrawało to na śmiech, zdenerwowanie i niedowierzanie. Każdy dziennikarz zapewniał, że ma dane z pierwszej ręki. Podobnie zachowywali się działacze sportowi w kraju. Jednak dużo było takich, którzy zachowywali dystans do informacji. Należałem do tej grupy. Jednocześnie twierdziłem, że wszystko rozstrzygnie się do połowy lipca i wcześniejsze informacje są „funta kłaków” warte. Ciekawe jak teraz zachowywać się będą zwolennicy Realu Madryt kiedy dojdzie do meczu z Barceloną. Nie mam tego problemu ponieważ od zawsze kibicowałem Barcelonie i to się nie zmieni. Życzę Robertowi Lewandowskiemu co najmniej takich osiągnięć jakie stały się jego udziałem w Bayernie. Zachęcam małe kluby do pracy z młodzieżą. Każde wychowanie dobrego piłkarza przynosi nie tylko splendor klubowi, ale też zastrzyk finansowy. Słyszę z mniejszych środowisk, że to daleka przyszłość, ale jak się otrzyma niespodziewane pieniądze i to bez względu na wielkość kwoty, to każdy, mówiąc językiem młodzieżowym „przytuli je” oczywiście dla klubu.

                              Piłka niewielka

 

             Wszystko jest już jasne. Wiadomo kto awansował, a kto spadł do niższej klasy rozgrywek. Jednak wszyscy zaczęli już przygotowania do sezonu 2022/23. Początek rundy jesiennej nowego sezonu rozpocznie się w sierpniu i dobry początek umożliwia spokojną grę. Dla jednych będzie to walka o czołowe lokaty i ewentualny awans, a dla drugich gra o utrzymanie. Zespołom z naszego powiatu życzę tego pierwszego bez żadnych podtekstów. Osobiście będę najbardziej kibicował Pogoni Skwierzyna i oczywiście Orłowi Międzyrzecz. Zaznaczyłem najbardziej, ale wszystkie kluby z powiatu będę traktował jako swoje.

 Do zobaczenia na obiektach sportowych.

                                 

              Jan Wiśniewski

 

UKS KORONA w deszczu medali

 

            Aż siedem srebrnych medali i jeden brązowy zdobyli zawodnicy Uczniowskiego Klubu Sportowego Korona Kaława podczas Międzywojewódzkich Mistrzostw Młodzików Strefy A w sumo.

Mistrzostwa rozegrane zostały 12 czerwca w Gorzowie Wlkp. Wystartowało w nich 200 zawodniczek i zawodników z północno-zachodniej Polski. Gminę Międzyrzecz reprezentowali młodzi adepci japońskiej sztuki walki z UKS Korona działającego pod szyldem Szkoły Podstawowej i Przedszkola w Kaławie.

Nasi zawodnicy kolejny raz pokazali przysłowiowy pazur i udowodnili, że należą do najlepszych w regionie i kraju. W kat +70 kg Patryk Klimczak wywalczył srebrny medal, natomiast  w zawodach dzieci - drugie miejsca zdobyli Tomasz Ciborowski, Piotr Kozłowski, Wojciech Hombek, Dominik Witter- Janeczej, Michał Piaskowski i Cezary Ejsmont, a trzecie Karol Dzikowski.

W ostatnich tygodniach kilka razy pisaliśmy o brawurowych walkach i zwycięstwach wojowników z Korony. Przypominamy, że mają na koncie tytuły mistrzów kraju i Europy!

Życzymy im kolejnych medali i gratulujemy także szkoleniowcowi Korony Krzysztofowi Idzikowskiemu, który ma niezaprzeczalny udział w ich sukcesach sportowych.

 

Dariusz Brożek

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.